Przy narodzinach Jagna, położna powiedziała jej mamie, że dziewczynka będzie miała szczęśliwe życie – urodziła się w czepku. I rzeczywiście, do piątego roku życia Jagna była szczęśliwa: mama czesała jej warkoczyki, czytała książeczki z obrazkami, tylko czasami złościła się, że Jagna nie chce uczyć się liter, a tata uczył ją jeździć na rowerze i zabierał na działkę, pozwalając Jagnie kierować na polnej drodze.
Gdy skończyła pięć lat, rodzice oznajmili jej, że niedługo będzie miała braciszka.
– To będzie prezent na twoje urodziny.
Rzeczywiście, prezent przybył tuż na urodziny, zabierając Jagnie wszystkie przyszłe święta: od samego początku Kamil stał się centralną postacią w ich rodzinie. Najpierw dlatego, że był mały, a potem dlatego, że okazał się cudownym dzieckiem.
Kamil nauczył się czytać wcześniej niż Jagna, której do dwudziestki czytanie szło jak uczniakowi (dzisiaj nazwaliby to dysleksją, ale wtedy takich słów nie znano, więc wysłano Jagnę do klasy wyrównawczej), liczył tak, że nauczycielka matematyki łapała się za głowę i biegła dzwonić do profesora Antoniego Janowicza, nie wspominając, że Kamil pisał specyficzne, choć bardzo oryginalne wiersze.
Tak skończyło się szczęśliwe życie Jagny – nie tylko urodziny dzieliła z bratem, ale i całą egzystencję. To ona prowadziła Kamila do szkoły i na angielski, na basen i do profesora Antoniego, do szkoły muzycznej i na kółko poetyckie. Gdy Jagna chciała dołączyć do kółka kulinarnego, mama się oburzyła:
– Chcesz, żebym rzuciła pracę i sama prowadzała Kamila do profesora i szkoły muzycznej? Zawsze myślisz tylko o sobie!
I Jagna ustąpiła. Jeśli robiła wszystko jak należy: nie myliła skomplikowanego planu zajęć Kamila, gotowała dwa dania na obiad (Kamil od szóstego roku życia został wegetarianinem, a tata dnia nie wyobrażał sobie bez mięsa), i szczególnie gdy przynosiła do domu pieniądze (po południu wyprowadzała psy sąsiadów), mama ją chwaliła i głaskała po krótko ściętych włosach.
Jagnie włosy obcięto, bo mama nie miała teraz czasu na ich układanie, trzeba było powtarzać z Kamilem angielski albo zapisywać wiersze, które wymyślał nocą, a Jagna robiła niechlujny kucyk z „kogutami” i nauczycielka pisała uwagi w dzienniku czerwoną długopisą. Mama nie znosiła uwag i zabrała ją do fryzjera, gdzie zrobiono jej krótką fryzurę, całkiem ładną, ale Jagna i tak cały wieczór płakała z powodu swoich warkoczy.
– Skończysz szkołę, i rób co zechcesz – mówiła mama, kiedy Jagna próbowała sprzeciwić się kolejnym obowiązkom związanym z bratem. – Jaka różnica, i tak nic nie robisz, tylko czytasz swoje przepisy.
Po szkole, nie tylko Jagny, ale i Kamila, Jagna wcale nie zyskała wolności – musiała gotować mu posiłki ze zwiększoną zawartością zdrowych składników, prasować i prać ubrania, i wykonywać inne domowe drobiazgi, ale stała się też czymś w rodzaju sekretarki. Prowadziła jego terminarz, śledziła konkursy i olimpiady, sortowała listy. Kiedy wspomniała, że chciałaby pracować w schronisku dla psów, nie tylko mama, ale i Kamil zaczęli ją krytykować, narzekając, że bez niej się nie obejdą.
I Jagna znowu ustąpiła.
Tylko raz sprzeciwiła się zwyczajowej niesprawiedliwości – gdy poznała Bartka.
Bartek nie był atrakcyjny – wysoki, pełny, całe dnie spędzał na komputerze, pisząc kody. Rodzina podarowała mu psa w nadziei, że zacznie choć trochę spacerować. Zamiast tego zatrudnił Jagnę – tak się poznali. I jakoś się stało, że po spacerze z jego psem, zostawała u niego na noc.
Mama dzwoniła i wymagała powrotu do domu – nie znosiła prasować koszul, a Kamil tylko w nich chodził. Kamil również dzwonił i narzekał, że nie ma kto naostrzyć jego ołówków, tata znowu przyniósł pierogi, a nic więcej nie ma do jedzenia, bo mama znowu była na diecie.
– Dajcie mi w końcu spokój! – krzyczała Jagna. – Nie jestem waszą służącą!
Bartek całował jej mokre oczy, obiecując, że kiedyś się pobiorą. A potem wyjechał do Ameryki, otrzymawszy korzystną ofertę pracy.
– Wybacz – tylko tyle powiedział.
Gdy ogłosili, że Kamil otrzymuje nagrodę, rodzice prawie pękli z dumy – informowali o tym wszystkich sąsiadów, mama od razu pobiegła zapisywać się do salonu piękności, a ojca szczególnie interesowała część finansowa, bo bardzo chciał kupić nowy samochód, ale brakowało funduszy, więc może syn podzieli się z nim pieniędzmi.
Jagna miała dodatkowe obowiązki – oprócz zwykłego „posprzątaj-podaj-przynieś”, musiała prowadzić aktywną korespondencję, rezerwować bilety lotnicze, szukać hotelu z basenem i wegetariańskim obiadem, i tak dalej. Była tak wyczerpana, że gdy przylecieli i wszystko było gotowe: smoking, przemowa, a tłum czekał na widowni – Jagna z wyczerpania cmoknęła brata w policzek, stojącego za kulisami, i udała się na widownię, mając nadzieję, że rodzice zajęli jej miejsce.
Wysoki ochroniarz stojący przy wyjściu na salę zablokował jej drogę i powiedział:
– Obsłudze nie wolno tam wychodzić.
– Co? – nie zrozumiała Jagna.
– Poczekaj na swojego pana za kulisami – wyjaśnił jej inny, młodszy, z bezczelnym spojrzeniem. – W takim łachmanie nie ma co się tam pokazywać.
Jagna spojrzała na swoją starą sukienkę – nie, że nie miała innej, po prostu nie zdążyła się przebrać. Ale mimo to, nie wyglądała tak źle, więc rzecz nie tkwiła w sukience, ale w tym, że naprawdę wzięto ją za obsługę. W rzeczywistości, byli bliscy prawdy – służąca, to służąca.
Brat popatrzył na nią z długim, zaskoczonym spojrzeniem, i przez chwilę Jagnie wydawało się, że zaraz powie ochroniarzom: „Przepuśćcie ją, to moja siostra!”. Ale brat milczał – konferansjer już głośno wywoływał go na scenę, a on podążył w kierunku sceny, nie oglądając się nawet na Jagnę.
Ona usiadła na niskim krześle przy ścianie, zamknęła oczy, przegryzając listę zadań: zdążyć odebrać garnitur z pralni, zabukować hotel i kolację w restauracji, posortować elektroniczną pocztę – od dwóch dni już tam nie zaglądała. Ileż to gratulacji teraz się posypie – drogie niebiosa, jakże ona to wszystko przeczyta!
Co Kamil mówił, nie słuchała – wczoraj już przećwiczył przed nią przemowę, i oczywiście, była idealna. Wszystko jak zwykle – dziękować rodzicom, dziękować nauczycielom, jest gotowy pracować dla dobra ojczyzny i światowej harmonii. Pamięć Jagny była świetna, śledziła propozycje.
Ale coś poszło nie tak. Zamiast powiedzieć: „A to wszystko zawdzięczam moim kochanym rodzicom (mama dzisiaj w zielonej sukni i kapeluszu z piórem, tata w ciemnym garniturze do pary i jasnej koszuli, siedzą na pierwszym rzędzie) i niezapomnianemu Antoniemu Janowiczowi (ten w niebieskim pogrzebowym garniturze siedzi na obłoku i z radością spogląda na swojego najlepszego ucznia)”, Kamil nagle powiedział:
– Tutaj miałem powiedzieć coś zupełnie innego, ale posłuchajcie… W rzeczywistości istnieje tylko jedna osoba, bez której nie stałbym tutaj dzisiaj.
Jagna żywo wyobraziła sobie, jak mama i tata triumfalnie się oglądają – oczywiście, każdy z nich uważał swój wkład za cenniejszy, a Antoni Janowicz zapewne w tej chwili spadł z obłoku.
– Całe swoje życie poświęciła na mnie. Przez długi czas tego nie zauważałem, traktując jako coś oczywistego. I wiecie, nadszedł czas, by odwzajemnić dobro, choć przyznaję, że jej rola w moim życiu jest nieoceniona, i nawet wszystkie skarby świata nie zdołają w pełni jej wynagrodzić.
Ojcu zapewne spuchła żyłka na czole – zawsze tak było, gdy się złościł, a mama zapewne poczerwieniała, i jej oczy były wypełnione łzami z radości.
– Ten dzień dedykuję tobie. I wszystkie te pieniądze, które dziś otrzymałem, chcę przekazać tobie, byś mogła otworzyć schronisko dla psów, o którym marzyłaś, i w ogóle robiła to, co chcesz.
Te słowa zabrzmiały jakoś inaczej, jakby się do niej zbliżały, i gdy Kamil chwycił ją za rękę i zaciągnął na scenę, Jagna nie od razu zrozumiała, co się dzieje.
– Poznajcie, to moja siostra Jagna. Gdyby nie ona, nigdy bym niczego nie osiągnął.
Rozległy się brawa, jaskrawe światło uderzyło Jagnę w oczy. I dopiero wtedy zaczęła sobie zdawać sprawę, co się dzieje. Patrzyła na brata z wdzięcznością, a on patrzył na nią i się uśmiechał. I ten uśmiech leczył wszystko – wyjechanego Bartka, nieukończone kółko gospodarstwa domowego, tęskniące psy w schronisku… Stała w świetle reflektorów, zgarbiona i przestraszona, ale stopniowo budziło się w niej coś, co sprawiło, że Jagna wyprostowała ramiona.
I rzeczywiście, Kamil oddał jej wszystkie pieniądze. Zatrudnił młodego chłopaka, którego Jagna nauczyła wszystkiego, co robiła dla brata przez te lata.
– Już nie będziesz moją służącą – powiedział Kamil. – Wybacz mi, Jagno, byłem ślepy głupiec.
I Jagna wybaczyła mu. Rzeczywiście, zorganizowała schronisko dla psów, poszła na kurs cukierniczy, otworzyła własny biznes – choć niewielki, i choć za ladą często musiała stać sama, wszystko było dokładnie tak, jak marzyła. A pewnego dnia, chłodnym październikowym wieczorem, gdy już zamierzała zamknąć kasę, zadzwonił dzwonek, informując o gościu w drzwiach. Jagna powitała z uśmiechem wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu, zaczęła pytać, czego sobie życzy, ale zamilkła.
Przed nią stał Bartek. Schudł, wyglądał poważnie, zmęczony. Taki znajomy.
– Wróciłeś…
Jagna poczuła, jak nogi się pod nią uginają, i chwyciła za ladę.
– Jagienko – uśmiechnął się. – Wybacz mi głupka, byłem tak w błędzie…
No cóż – drugi najważniejszy mężczyzna w jej życiu prosi o wybaczenie, czego więcej potrzeba?
Nie poprosił o wybaczenie tylko ojciec – z matką przestali rozmawiać z Jagną, uznali, że to ona nakłoniła Kamila do oddania jej wszystkiego. Ale to już nie miało znaczenia – rodzice to rodzice, jacy są, tacy są. A Bartek… wrócił, i teraz Jagna z pewnością będzie miała się dobrze…



