Fioletowe okulary
DZIKI
Brudny i wychudzony pies pisnął z bólu. Kamień trafił w łapę. Biegł, ile sił w nogach, nie oglądając się za siebie. Wiedział, że to miejscowi chłopcy. Okrutni, źli, niebezpieczni. A on był tylko głodny. Tylko bezdomny.
***
Kacper patrzył na mamę i nie rozumiał, o czym mówi. Za niedługo skończy dziewięć lat. W jego życiu nigdy nie było taty, nigdy nie było babci ani dziadka. Kiedyś często pytał dlaczego, ale nigdy nie usłyszał odpowiedzi, którą by pojął.
A potem, rok temu, w ich życiu pojawił się Tomasz. Ścisnął mocno dłoń chłopca, przykucnął przed nim, jakby Kacper był malutki, i powiedział, że od teraz będą mieszkać razem i może nazywać go tatą. Najpierw chłopiec się ucieszył, ale potem dowiedział się, że to nie Tomek wprowadza się do nich, tylko oni z mamą do niego. Nie chciał się przeprowadzać – tutaj miał przyjaciół na podwórku i w szkole. Tutaj był jego pokój i zabawki… Mama obiecała, że zabiorą wszystkie zabawki, a pokój będzie miał też tam. A przyjaciele – to się znajdzie, z czasem… Kacper złościł się na Tomka i starał się z nim nie rozmawiać…
***
— Synku, idź pobawić się na podwórko! Patrz, ilu tam chłopaków!
— Mamo, ja ich nie znam…
— Kacperku, co ty? Ja też nikogo tu nie znam i wiesz, dla mnie też to trudne. Ale na pewno się przyzwyczaimy i poznamy wszystkich! Ty tylko zrób pierwszy krok, potem będzie już łatwiej! Zobacz, jaka fajna huśtawka! Prawda, że super?
Rzeczywiście szybko zaprzyjaźnił się z chłopakami. Byli trochę starsi, więc było ciekawiej i weselej.
— Patrzcie, Dzikus! Szybko, łapcie kamienie! Dawaj, dawaj!
Kacper złapał kamień razem z innymi i pobiegł tam, gdzie biegli wszyscy. W rogu podwórka, przy śmietniku, kulała się wychudzona suka. Była stara i ledwo się trzymała na nogach. Zobaczywszy dzieci, przygarbiła się i uciekła w przeciwną stronę. Chłopcy gnali za nią dalej. Suka schowała się w krzakach bzu rosnących przy klatce Kacpra.
— Co wam zrobiła? — krzyczał do kolegów. — Przecież jest nieszkodliwa! Po co ją gonicie?!
— O co ci chodzi? To bezpański pies! Ma wściekliznę czy coś! W ogóle jest dziki! Wszystkie takie są niebezpieczne!
— Ale nawet was nie zaczepiła! Szuka tylko jedzenia! Nie bijcie jej!
— Ty chyba nie masz oleju w głowie!
Chłopcy odeszli, a Kacper stał i nie wiedział, co robić. Łzy spływały mu po twarzy. Drżały mu nogi. Skierował się do drzwi klatki, gdy z krzaków wyjrzała suka. Smutne, uważne oczy. *„A może jednak naprawdę dzika?”* — przemknęło mu przez myśl. *„Jak teraz wyskoczy…”* Przyspieszył kroku i zatrzasnął drzwi.
Nie mógł się długo uspokoić. Czekał, aż mama pójdzie do łazienki, nabrał pełne kieszenie chleba, schował parę parówek i cicho wyszedł na zewnątrz.
— Dzikus, Dzikus… — szeptał ledwo słyszalnie.
Krzaki zaszeleściły, ukazał się psi pysk. Rzucił parówkę, potem drugą, później oddał cały chleb. Suka jadła łapczywie, połykając kawałek za kawałkiem, zerkała jednak czujnie wokół. Tak zaczęła się ich przyjaźń…
***
— Kacper, mam bilety na mecz. Idziesz? — uśmiechnął się Tomek.
— Nie mam czasu — burknął chłopiec, nadąsany.
I tak było za każdym razem. Czy to nowa kolejka elektryczna, wyjście do wesołego miasteczka czy zakazane burgery, za które mama ganiła Tomka. Kacper zawsze był niezadowolony. Nie podoba mu się ten „mamin”… I nie jest jego ojcem… I nie zamierza się z nim przyjaźnić…
— Kacper — mama uśmiechnęła się — pamiętasz, jak zawsze marzyłeś o babci i dziadku?
— No — zmarszczył brwi.
— Z Tomkiem bierzemy urlop, za tydzień jedziemy do nich na wieś! Na dwa tygodnie! Cieszysz się?! Będzie super!
— Nie cieszę się i nigdzie nie jadę. Nie mam czasu.
— Jak to nie masz czasu? I czym niby jesteś tak zajęty?
— Niczym! Rozumiesz?! I oni nie są moi, tylko jego! — Wskazał na Tomka. — To z nim jedźcie! Ja mam swoje sprawy! — krzyczał. Nie mógł przecież zostawić Dzikusa. Suka ledwo doszła do siebie, rany się goiły, prawie przestała kuleć… Dwa tygodnie to za długo!
— Wiktor, dlaczego odzywasz się do mnie w takim tonie? Co to ma być?
— O co tu chodzi? — mężczyzna wrócił z pracy i znalazł się w środku kłótni.
Kacper wbiegł do swojego pokoju i trzasnął drzwy. Słyszał, jak mama i Tomek się sprzeczali, wydawało mu się nawet, że padło imię suki. Zatkał uszy… Wszystko przez niego, przez Tomka. Nigdy mama tak z nim nie rozmawiała…
— Jak sprawy, chłopaku? — Tomek klepnął go w ramię. — Opowiesz mi w końcu, co masz takiego pilnego?
— Nie — mruknął Kacper, próbując zrzucić jego dłoń.
— Słuchaj, nie gniewaj się. Przecież chcę dobrze! To może pokażesz mi swojego Dzikusa?!
— Skąd wiesz? — serce chłopca zabiło mocno, lecz Tomek tylko się uśmiechnął. — Nie mów mamie. Nikomu nie mów.
— A czemu ukrywasz swojego przyjaciela? — zmarszczył brwi.
— Chłopaki będą się śmiać, mama będzie krzyczeć — opuścił głowę.
— Mam propozycję! Zabierzmy go na wieś do dziadków! Będą zachwyceni! Tam jest dużo miejsca, łąka za płotem, buda stoi pusta, nakarmią go jak należy! Będzie mu tam dobrze… A my będziemy przyjeżdżać co weekend — mrugnął do chłopca. — Będzie pretekst! Tam jest pięknie! Świeże powietrze, ptaki śpiewają, raj!
— Dzikus będzie miał swój dom? Naprawdę?
— Niewierny Tomaszu! Oczywiście! Co ty, jak mały! Myślałem, że już jesteś duży! Chciałem cię nawet zabrać na ryby!
— I Dzikus z nami?
— No jasne! Jesteśmy przecież rodziną!
— DziękZapomniał już, jak to jest czuć się samotnym, bo teraz miał prawdziwy dom, gdzie czekała na niego rodzina — i ten jeden wierny, bezwarunkowo kochający przyjaciel.



