Jolanta spędziła cały dzień przy garnkach. Rozległ się dzwonek do drzwi. Rodzina Tomka przyjechała i rozsiadła się przy stole.
A gdzie mięso? zapytała ciotka.
No jest tam faszerowana gęś odpowiedziała uprzejmie Jolanta.
Ciotka teatralnie wstała od stołu:
Tego się nie da jeść. Wracamy do domu.
Tomek wstał tuż za nią:
No chyba… Radź sobie sama, jak nie potrafisz gotować!
Nagle zaczął pakować swoje rzeczy do torby.
Halo, Haniu. To ja, Jola. Co? Mówię, Jola. Słabo słychać. Dlaczego dzwonię? Haniu, w tym roku do was nie przyjadę. No nie przyjadę, mówię, na święta. Czemu? A na co? Ty z Wiktorem będziesz, twoja córka z mężem i dziećmi. A ja co. Najem się sałatek i potem taksówką za podwójną stawkę do domu? Przecież w cudzym domu nie umiem spać, sama wiesz. Co będę robić? Po prostu się położę spać, ot co przez szumy i trzaski Jola próbowała rozmawiać z przyjaciółką.
Od pięciu lat właśnie u Hani spędzała Nowy Rok i inne święta, odkąd się rozwiodła.
Co mówisz? Ty też chciałaś zadzwonić? Wyjeżdżacie? Gdzie? Do Krakowa, do ciotki Wiktora? Szczęśliwej drogi i dobrego humoru. Co jest? Jakaś sprawa? Kto przyjeżdża? Sandra? Jaka Sandra? Siostrzenica? Halo? Co oni tam robią z tą łącznością? Przyjąć na kilka dni? Przecież wiesz, nie lubię obcych w domu. No ale pomogę, niech przyjeżdża. Co za pech! Rozłączyło Jolanta odłożyła słuchawkę z irytacją.
Usiadła, rozmyślała. Może to i lepiej, że na święta nie będzie sama. Przecież trzeba chociaż jakąś sałatkę zrobić. Ona sama na kanapkach by przeżyła, ale gościa przecież trzeba ugościć. Wstawiła ziemniaki i marchew na gotowanie, oprawiła zieleninę i zaczęła się zamyślać.
Zanim jeszcze była z Tomkiem, nigdy tak nie siedziała. Już trzydziestego cała jego wiejska rodzina zjeżdżała się do nich. Zaczynało się. Kuchni nie szło poznać, wszystko się dusiło, parowało i wrzało nawet otwarte okno nie dawało rady. Gotowała się galareta, piekły się placki, smażyły kotlety. Wszystko tłuste. Jola tylko biegała z potrawami tam i z powrotem. A to galareta na balkon, a to warzywa do sałatki obierała. Gotować sama nie mogła, od kiedy zrobiła sałatkę z awokado.
Ohyda jakaś skomentowała jej ciotka i wszyscy się zgodzili.
A u nich nie ohyda, myślała potem Jola, wszystko w majonezie, aż z łyżki kapie. I jeszcze faceci zaraz za stół, żeby naleweczkę posmakować. Trzydziestego pierwszego wszyscy już ledwie się ciągnęli do północy.
Drugiego stycznia rodzina wyjeżdżała, uprzednio zjadając wszystko i opróżniając wszystko, co można. Jolancie zostawał bałagan na cały tydzień sprzątania i zmywania. Tomek tymczasem zostawał na wsi i dalej świętował. Wracał markotny, nieogolony i w złym nastroju. Po wysłuchaniu rodziny, że żona nawet gotować nie umie, zaczynała się kłótnia. I do tej pory wspominał Weronikę, z którą rzekomo Jola mu się zamieniła. Jola wszystko znosiła i uznawała winę nie umiała przecież gotować tych potraw, które znał jeszcze z dzieciństwa tłustych, z boczkiem.
Pozostawało tylko żalić się Hani, przyjaciółce z dzieciństwa. Tamta zawsze miała pomysły. W końcu kazała Joli obdzwonić wszystkich i postawić warunek: przygotuje wszystko, przyjeżdżajcie do Nowego Roku. Zrobiły z Hanią całą masę lekkich, ale sycących przekąsek. Rodzina przyjechała, usiadła.
A gdzie mięso? znowu rozczarowana ciotka.
Przecież tu jest gęś nadziewana próbowała przekonać Jola.
A puree? dopytywała ciotka.
Ciotka teatralnie wstała: Nawariowałaś tu zieleniny, jakiejś paszy narobiłaś. No, Franek, jazda do domu.
Wszyscy wstali, ubrali się i zamknęli drzwi z hukiem.
No, brawo… sapnął Tomek i wymachnął ręką.
Poczekajcie, idę z wami zawołał do rodziny.
Nie zapomnij rzeczy powiedziała Jolanta i podała mu torbę.
Żyj sobie sama, nudziaro. Ja to sobie poradzę, a ty? Tomek powrzucał rzeczy do torby i wyszedł.
Kiedy woda zaczęła kipieć, Jola wróciła do siebie. Uchyliła pokrywkę i usłyszała dzwonek do drzwi. „Pewnie Sandra,” pomyślała i otworzyła.
Zmieszała się, widząc gościa:
A Sandra?
Czterdziestoletni mężczyzna uśmiechnął się sympatycznie:
To ja. Przepraszam, jestem Aleksander Ignacy Mikulski, siostrzeniec Wiktora. Wpadłem z wizytą-niespodzianką, a oni pojechali do Krakowa. Ty jesteś pewnie Jolanta?
Jola kiwnęła głową i palnęła: Ale Hania mówiła o siostrzenicy…
Aleksander się roześmiał: Może coś źle na linii usłyszałaś?
Jola przypomniała sobie chwilę ciszy podczas rozmowy i zgodziła się: Możliwe. Skoro już jesteś, wejdź proszę.
Nie martw się. Mam bilet na wieczór pierwszego. Zaraz się zwijam, nie będę przeszkadzał dłużej.
Jola poszła do kuchni, odcedziła warzywa i odłożyła, żeby przestygły.
Aleksander, półżartem zapytał:
To tylko sałatką święta będziesz świętować?
Jola, zupełnie niespodziewanie dla siebie, burknęła:
A potrzebujesz pełnej oprawy? Schabowy, misa sałatki jarzynowej?
Aleksander wybuchnął śmiechem:
Ależ nie! Ja wolę ryby.
Jola wzruszyła ramionami:
Ryb nie mam. I przyznam, nie umiem ich dobrze przygotowywać.
Aleksander wkładając płaszcz zawołał: To nie problem. Zaraz będzie! i zanim Jola zdążyła zaprotestować, zamknął za sobą drzwi.
Rozbawił ją absurd tej sytuacji oczekiwała starszej kobiety, a tu takie zaskoczenie, młody, energiczny facet.
Aleksandra nie było ponad godzinę. Jola zaczęła się niepokoić przyjezdny, jeszcze się zgubi… Gdy w końcu zadzwonił dzwonek, popędziła otworzyć.
Gdzie pan zniknął? Już się martwiłam zaczęła, ale zamilkła.
W drzwiach pojawiła się puszysta choinka, a za nią Aleksander z wypchanymi torbami.
Po co to? spytała mocno zaskoczona.
Aleksander postawił drzewko i uśmiechnął się szeroko:
No jak to, bez choinki nie ma Nowego Roku!
Jola wciągnęła cudowny, żywiczny zapach i roześmiała się:
Mandarynek tylko brakuje.
Też o tym pomyślałem! Mandarynki i szampan to podstawa! Wszystko kupiłem. Pomagaj teraz, zaraz przygotujemy świętowanie.
Potem wspólnie, w żartach i śmiechu, stroili choinkę i szykowali potrawy. Jola pod okiem Aleksandra uczyła się czyścić krewetki i przyglądała, jak ten przyrządzał pieczonego karpia.
Do północy wszystko było gotowe szampan już w kieliszkach, wszystko dopięte. Po dwunastej stuknęli się i wypili za: Nowy rok, nowe szczęście!
Później rozmawiali. Jola powiedziała:
Wie pan, kiedy wychodziłam za Tomka, był zupełnie inny. Może bardziej ludzki, może to tylko złudzenie zakochanej… Ale potem tylko zgryzłość, pretensje i wyrzuty, wszystko źle robię, nie tak gotuję… Ale dość już o mnie, proszę opowiedzieć o sobie. Jesteś żonaty?
Aleksander westchnął:
Już nie. Klasyk: mnie nie było, ona znalazła kogoś innego. Ledwo wrócę, składam pozew. Zresztą, smutne gadanie. Przejdźmy „na ty” i pogadajmy o dzieciństwie.
A ja, wyobraź sobie, założyłam się z chłopakami i wlazłam na wielkie drzewo, a potem nie mogłam zejść. Siedziałam i płakałam, aż wujek Zbyszek z trzeciej klatki mnie ściągnął. W domu stałam cały wieczór w kącie Jola roześmiała się.
Ja w szkole przykleiłem krzesło do podłogi dyrektorowi. Ojciec mnie potem pasem nieźle potraktował śmiał się Aleksander.
I tak do rana wspominali śmieszne przygody z życia. W końcu Jola ziewnęła, a Aleksander powiedział:
Rozgadaliśmy się. Idź spać.
Spać? Trzeba jeszcze posprzątać ze stołu… zamruczała śpiąco.
Ja wszystko sam uprzątnę! powiedział stanowczo Aleksander.
Jola dała się przekonać, poszła do pokoju i po chwili już spała.
Obudził ją Aleksander.
Jolu, wstawaj. Muszę już wyjść, zamkniesz za mną.
Jola zerwała się:
Co, już wieczór? Czemu nie obudziłeś wcześniej?
Poprawił jej kosmyk z czoła i uśmiechnął się łagodnie:
Tak słodko spałaś, nie miałem serca budzić. Naprawdę muszę już iść, zanim dojadę na dworzec.
Jolanta odprowadziła go do drzwi:
No cóż, dziękuję za święto powiedziała z żalem.
Aleksander stał chwilę w progu, po czym zdecydowanie spytał:
A mogę kiedyś znowu przyjechać? Jak już będę wolny?
Jola ucieszyła się:
Przyjeżdżaj, będę czeka…
Aleksander pocałował ją, nie dając dokończyć zdania, i szepnął:
No to… do zobaczenia!
A Jolanta długo stała w drzwiach, dotykając ust, uśmiechając się szczęśliwie. Bo czasem zna się kogoś całe życie i okazuje się nie wart grosza. Albo odwrotnie po jednej nocy masz wrażenie, jakbyście się znali od zawsze.
Nie ma co mówić, cuda w Nowy Rok się zdarzają. Zbieg okoliczności, a potem nowe uczucie i nowe życie.


