W zeszły piątek wyszedłem napić się piwa z przyjaciółmi. Zasiedzieliśmy się trochę i wróciłem do domu bliżej pierwszej w nocy. Kiedy wróciłem, czekała mnie nieprzyjemna niespodzianka – moja dziewczyna gdzieś zniknęła. Wraz z nią wyparowały wszystkie jej rzeczy. Nawet zdjęła zasłony! Byłoby mi naprawdę przykro, gdyby nie komizm tej całej sytuacji… Gdy się do mnie wprowadzała, to przez około dwa tygodnie zwoziła swoje rzeczy, A teraz nagle zabrała wszystko w ciągu kilku godzin. Jaka szybka!
Kiedy do niej zadzwoniłem, natychmiast zaczęła wymagać ode mnie, abym zaczął prosić ją o przebaczenie. Szczerze mówiąc, nawet nie wiedziałem, dlaczego miałbym ją błagać o wybaczenie. Powiedziała, że nie pozwoliła mi pić piwa z przyjaciółmi, a ja i tak sobie poszedłem. To zdanie mnie tak rozwaliło, że nawet nie chciałem z nią już kontynuować rozmowy i po prostu się rozłączyłem.
Następnego dnia to ona do mnie zadzwoniła i tonem rozkazującym kazała mi przyjechać po nią jak i po jej rzeczy. Ja byłem akurat wtedy zajęty już czym innym – akurat zmieniałem zamek do drzwi mieszkania, aby nie przyszło jej do głowy, że może tutaj wracać. Powiedziałem jej, żeby poszła w diabli i dała mi spokój.
Kilka godzin później przyjechała sama (przynajmniej bez żadnych rzeczy). Odbyliśmy długą i szczegółową rozmowę (choć raczej był to jej monolog, pełen pretensji w moją stronę), podczas której wyjaśniono mi, że jeśli chcę mieszkać z kobietą, to muszę wiedzieć, kobiece potrzeby zawsze muszą być stawiane ponad moje własne. W pewnym momencie znowu mnie to rozwaliło i powiedziałem, żeby nie wracała i po prostu zostawiła mnie w spokoju.
Od tego momentu minął prawie tydzień, a ona wciąż nie zostawiła mnie w spokoju i nadal mnie męczy na wszelkie możliwe sposoby. Nie rozumiem, czego chce. Dałem już do zrozumienia, że nie planuję dalej z nią mieszkać ani być, ponieważ pewien niewinny incydent pokazał i jej prawdziwą naturę.



