Dziewczyna siedziała na łóżku, podkurczając nogi, i zirytowana powtarzała:

Siedziałem w izbie szpitalnej i obserwowałem, jak młoda kobieta, Zuzanna, przепiąła nogи pod siebie i z irytacją powtarzała:

Nie potrzebuję go. Odmawiam. Chcę tylko Andrzeja, a on powiedział, że nie chce dziecka. Więc i ja nie potrzebuję go. Róbcie z nim, co chcecie nie obchodzi mnie to.

Kochanie, to już barbarzyństwo odrzekła pielęgniarkazarządca. Nawоду się od własnego dziecka odwrócić, nawet zwierzęta tak nie czynią.

Mam to gdzieś, co robią zwierzęta. Wypiszcie mnie natychmiast, bo zaraz was tu rozszarpię wykrzyknęła dopiero co urodzona matka, drżąc z wściekłości.

Ty, głupia dziewczyna, wybacz Bogu! westchnęła pielęgniarka, po czym dodała, że medycyna w tej sytuacji nie ma siły.

Zuzanna trafiła tydzień temu ze szpitala położniczego do oddziału pediatrycznego. Była niepocieszona i skandaliczna, odmawiała karmienia dziecka, choćbyśmy jej tłumaczyli, że to konieczne. Zgodziła się jedynie na odciąganie mleka, ale potem nie miała gdzie się podziać.

Młoda lekarka Janina, prowadząca tego małego pacjenta, bezskutecznie walczyła z żałosną Zuzanną, która nieustannie wpadała w histerie. Janina wyjaśniała, że to niebezpieczne dla noworodka, a Zuzanna groziła ucieczką. W panice Janina wezwała pielęgniarkęzarządcę, która spędziła kolejną godzinę, usiłując namówić nieprzytomną matkę, że musi poczekać na swojego chłopaka, który jej nie poczeka.

Pielęgniarkazarządca nie zamierzała się poddać. Po latach pracy widziała już podobne przypadki i wiedziała, że może trzymać Zuzannę jeszcze trzy dni, dając jej czas na przemyślenie. Gdy usłyszała o tym, matka wpadła w wściekłość.

Czy wy wariacie? Andrzej i tak jest na mnie wkurzony z powodu tego cholernie małego dziecka, a wy mi jeszcze podkopywacie rękę. Nie rozumiecie, że jak nie pojedziemy na południe, on zabierze Kaczkę! krzyczała, łamiąc się i płacząc. Wierzyła, że Kaczka (jej ulubiona lalka) czeka, by zabrać chłopaka.

Pielęgniarkazarządca westchnęła, podała jej napar z waleriany i ruszyła w stronę drzwi. Ordynator, milczący do tej pory, podążył za nią.

Czy wierzycie, że dziecko może dobrze rosnąć przy takiej mamie? zapytała cicho w korytarzu.

Kochanie odparła zarządczyni. Co zrobić? Inaczej odeślą je do domu dziecka, a potem do przytułku. Chociaż rodziny mają przyzwoite warunki: i u niej, i u chłopaka. Może porozmawiamy z rodzicami? Dziecko ma pięknego chłopczyka, a rodzice mają pieniądze. Zdobądź mi ich dane kontaktowe.

Zuzanna uciekła tego samego dnia. Zarządczyni zadzwoniła do rodziców. Młody chłopak nie chciał już rozmawiać.

Po dwóch dniach przyjechał ojciec ponury, nieprzyjemny człowiek. Zarządczyni próbowała go namówić do obejrzenia dziecka.

Nie obchodzi mnie to. Napisałabym odmowę, a mój kierowca przekaże papier powiedział. Nie przyjmiesz tej dziewczyny bez jej obecności.

To nie pójdzie odparła zarządczyni. Musi przyjść sama, inaczej będą problemy. Po tych słowach mężczyzna się napinał i w końcu przyznał, że wyśle żonę, by załatwiła sprawę.

Następnego dnia przybyła blada, drobna kobieta. Usiadła na skraju krzesła i od razu zaczęła łkać, szepcząc, że to tragedia. Mówiła, że rodzice chłopca wyjechali za granicę, mają fortunę i wielkie plany, a ona płacze, bo dziecko jest niepotrzebne. Twierdziła, że jedzie za granicę po niego, nie pozwoli mu zostać z Zuzanną. Krzyczała, że z Andrzejem świat może wybuchnąć ze złości.

Zarządczyni westchnęła, podała jej kolejny napar z waleriany i zasugerowała obejrzenie maleństwa, licząc, że może pojawią się choć odrobiny uczuć. Pojawiły się, ale tylko pogorszyły sytuację. Kobieta trzymała dziecko w ramionach zarządczyni, płacząc, że chciałaby je wziąć, ale mąż tego zabrania, a córka nie chce.

Zarządczyni mruknęła: M… m, i kazała pielęgniarce podać walerianę, narzekając, że przy takich bzdurach leki się skończą.

Poszła do dyrektora, opowiedziała całą historię i zadeklarowała, że zostawi dziecko w oddziale. Dyrektor, niegdyś dobry pediatra, uśmiechnął się na widok malucha i zapytał, czym go karmią. Taki mały słodziak, prawie jak pączek tak nazwano go wszystkich.

Pączek został w szpitalu na kilka miesięcy. Najpierw próbowano przekonać matkę, by przychodziła i się bawiła. Zbierając pieniądze na bilet, twierdziła, że w końcu odnajdzie chłopaka, więc wciąż przychodziła. Z czasem wydawało się, że przyzwyczaja się do niego. Ojciec i babcia odwiedzali go, ale nigdy nie zabierali. Zarządczyni postanowiła poważnie porozmawiać o zdrowiu dziecka, bo zachorowało i wymagało intensywnej opieki. Młoda lekarka Janina nosiła go w ramionach, mówiąc, że już nie jest pączkiem, a raczej naleśnikiem. Mimo to powrócił do dawnej wagi i znów był ulubieńcem oddziału, uwielbiając koralowe koraliki, które Janina nosiła.

Pewnego dnia Zuzanna dowiedziała się, że jej chłopak wyjawił się z kimś innym. Wpadła w szał, krzycząc, że wszyscy podstępnie ją zdradzają, a dziecko jest jedynym, co jej przeszkadza. Napisała odmowę przyjęcia dziecka i złożyła ją dyrektorowi, po czym odeszła. Dyrektor wezwał zarządczynię, a ona, gniewna i wyczerpana, stwierdziła:

Gotowe! Złożyłam wniosek. Dyrektor kazał przenieść go do domu dziecka. Co zrobić?

Młoda ordynatorka płakała. Zarządczyni zdjąła okulary, przetrzeć je powoli, szepcząc pod nosem, bo każdy, kto widział ją przy szklankach, wiedział, że jest zdenerwowana. W tym momencie Pączek radośnie machał w swoim łóżeczku. Pielęgniarka weszła, a on, jakby słysząc ją, wydał wesołe piski, po czym nagle zamarł, patrząc w lustrzane oczy.

Pielęgniarka podeszła, zobaczyła w jego oczach coś, co ją poruszyło, i łzy same spłynęły po policzkach. Wiedziała, że to właśnie wtedy matka złożyła odmowę. Złamało się jej serce, a zarządczyni, widząc to, zniecierpliwiona, wzburzyła się, że ludzie wymyślają bzdury i się tylko rozgłaszają.

Wszystko to brzmiało jak bajka, a noworodki nic nie rozumieją. Czy to tylko przesąd, czy może anioły szeptają im prawdę? Porzucone dzieci czują, że ich odrzucili, choć nie wiedzą, czy to od ludzi, czy od losu. Stają się niewidzialne, nie chcą przeszkadzać, bo świat ich nie chce.

Nie ma odpowiedzi, świat obojętny odrzucił ich bez powodu. Ty, mały przyjacielu, nie wiesz jeszcze, że cierpisz z powodu cudzych błędów, ale wciąż masz nadzieję, że los się odmieni. W tym bezdusznym świecie istnieje dobro, choć go mało, ale ono istnieje. Wierz w to, dziecko, czekaj i wierz.

Od tego dnia chłopiec leżał cicho w łóżeczku, nie uśmiechał się, a jedyne, co robił, to patrzył w oczy z powagą. Janina próbowała go rozbawić:

Pączku, może chcesz się przytulić? Mam koraliki, pobawmy się.

Podawała mu rękę, uśmiechała się, ale on patrzył na nią obojętnie, nie ruszając się. W końcu wrzaśniała:

Zdradzamy go, rozumiesz? To nie jego wina, że tak się stało! Nienawidzę!

Usiadła na kanapie, przygnębiona, nie płakała, a jednak jęczała. Zarządczyni podeszła, usiadła obok i pogłaskała ją po ramieniu.

Kochana, nie wiem, co zrobić. Czuję współczucie dla Pączka, nie pojąć, jak bardzo go kocham. O Boże, jaka to praca!

Nie będę czekać, muszę działać odparła.

To nie siedź tak, bo tylko pogorszysz sprawę odpowiedziała zarządczyni, zniecierpliwiona. Nie mów, że chcesz go adoptować, bo nie pozwolą. Żyjesz w akademiku, nie masz męża, więc nie chcę tego słuchać. Ile miałam takich Pączków w życiu? Nie policzę, Boże

Szukajmy mu rodziców zasugerowała zarządczyni. Dobrych rodziców. Przestań się rozpuszczać.

Janina ruszyła w poszukiwania. Z sercem i pasją przedstawiła historię wszystkim pracownikom oddziału. W końcu znalazła parę Olgę i Piotra, po trzydziestce, bezdzietnych, marzących o potomku. Olga była delikatną, urokliwą kobietą, a Piotr silnym, wojskowym typem, pełnym czułości dla żony. Mieli przytulny dom, wypełniony światłem.

Kiedy para przybyła, zarządczyni nie ukryła zdziwienia, ale szybko opanowała się:

Przepraszam, to tylko podziw. Czy mogę zapytać, ile ważył przy narodzinach?

Przepraszam, nie wiem niepewnie odpowiedział Piotr.

To nieistotne, po prostu wyglądacie jak nasz Pączek wyjaśniła.

Olga otworzyła drzwi i weszła do pokoju. Pączek, śpiąc, rozpromienił się, a w kącie przymknęła się mu mała łezka. Gdy otworzył oczy, spojrzał najpierw na Olgę, potem na Piotra i nagle przywitał się z nimi, mocno trzymając się jej małego palca. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, mówiąc, jaki to sprytny maluch. Olga i Pączek patrzyli na siebie, nie odrywając wzroku.

Po chwili Pączek nieśmiało się uśmiechnął. Olga odwzajemniła uśmiech, a on cicho pisnęł. Pokój zamilkł, czekając, co dalej. Zarządczyni zakrztusiła się lekko i rzekła:

Zakończmy to spotkanie. Myślcie i zdecydujcie

Nie musimy myśleć odparła Olga, nie odwracając się. Już podjęliśmy decyzję.

Zarządczyni spojrzała zdziwiona, a Piotr skinął głową. W końcu para zgodziła się przyjąć Pączka. Olga położyła mu rękę na brzuszku, a on mocno trzymał jej palec, nie puszczając go.

Proszę, wypuść mnie teraz, muszę iść, ale wrócę, obiecuję, że będę cię odwiedzać szepnęła Olga.

Pączek wsłuchał się w jej słowa i po chwili uwolnił palec, po czym rozpromieniony krzyknął radosnym piskiem.

Zarządczyni westchnęła: Boże, to tylko odruch chwytny. Odpisała to w swoim notesie, przetarła okulary i pogrążyła się w myślach, jak wiele jeszcze takich Pączków czeka na dom.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 + 7 =

Dziewczyna siedziała na łóżku, podkurczając nogi, i zirytowana powtarzała: