Dzienna kukułka przekukała
Nie, ona sobie żartuje! wybuchnęła Basia. Jurek, chodź tu natychmiast!
Mąż, który właśnie zrzucił adidasy w przedpokoju, spojrzał w drzwi, rozpinając w biegu kołnierzyk koszuli.
Basiu, co znowu? Dopiero wróciłem z pracy, głowa mi pęka…
Co znowu?! Basia wskazała brzeg wanny. Spójrz dobrze. Gdzie jest mój szampon? Gdzie jest ta maska do włosów, którą kupiłam wczoraj?
Jurek zmrużył oczy, próbując coś dojrzeć pośród równego szeregu butelek.
Prym wiódł wielki litrowy szampon Brzozowy, jakiś Żeń-szeń i ciężki słoik kremu o dziwacznym, brązowym kolorze.
Yyy To mamusia przyniosła swoje rzeczy. Jej chyba wygodniej, jak wszystko ma pod ręką… mruknął, nie patrząc żonie w oczy.
Wygodniej? Jurek, ona tu nie mieszka! A teraz popatrz w dół.
Basia przykucnęła i wyciągnęła spod wanny plastikową miskę. W niej leżały jej drogie francuskie kosmetyki, do tego gąbka i maszynka do golenia.
To co to ma być, Jurek? Ona zepchnęła moje rzeczy do tej brudnej miski, a swoje pięknie poustawiała!
Uważa, że moje mogą leżeć koło szmaty do podłogi, a jej Brzozowy musi stać dumnie na wannie!
Jurek westchnął ciężko.
Nie denerwuj się, Basiu. Mamie bardzo źle teraz, wiesz przecież. Przełożę wszystko na miejsce i pójdziemy na kolację, dobrze? Mama zrobiła gołąbki.
Nie zjem jej gołąbków ucięła Basia. I dlaczego ona tu ciągle siedzi? I dlaczego się rządzi w moim domu?!
Czuję się tu jak lokatorka, której pozwolono korzystać z toalety.
Basia wyminęła męża, a Jurek cicho kopnął miskę z rzeczami żony z powrotem pod wannę.
Problem mieszkaniowy, który zatruł życie milionom, Basię i Jurka nawet nie dotknął.
Jurek miał własne, przestronne dwupokojowe mieszkanie na Targówku, odziedziczone po dziadku ze strony ojca.
Basi została po babci przytulna kawalerka przy Placu Wilsona.
Po ślubie postanowili zamieszkać u Jurka było świeże malowanie i klimatyzacja; Basi kawalerkę wynajęli porządnej małżeńskiej parze.
Z rodzicami Jurka relacje układały się na zasadzie zbrojnej neutralności zakończonej grzeczną sympatią.
Urszula Jaworska i jej mąż, dystyngowany, cichy Henryk, mieszkali na drugim końcu miasta.
Raz w tygodniu tradycyjna kawa, pytania o zdrowie i pracę, wymiana grzecznych uśmiechów.
Basiu, ty tak schudłaś mówiła Urszula, dokładnie dokładając kolejny kawałek sernika. Jurku, ty ją wcale nie dokarmiasz?
Mamo, chodzimy razem na siłownię odpalał Jurek.
I tyle. Żadnych nagłych wizyt, żadnych porad domowych.
Basia nawet chwaliła się przyjaciółkom:
Mam złotą teściową! Wcale się nie wtrąca, nie poucza, Jurka nie męczy.
Wszystko runęło pewnego deszczowego wtorku, gdy Henryk, po trzydziestu dwóch latach związku, spakował walizkę, zostawił na stole liścik: Pojechałem nad morze, nie szukaj!, zablokował kontakt i zniknął.
Okazało się, że kryzys wieku średniego miał twarz pewnej zgrabnej recepcjonistki z sanatorium w Kołobrzegu, do którego para jeździła od trzech lat.
Dla sześćdziesięcioletniej Urszuli świat stanął na głowie.
Najpierw były łzy, telefony o trzeciej w nocy, niekończące się analizy:
Jak on mógł? Za co? Basiu, jak to się stało?!
Basia szczerze współczuła. Przywoziła teściowej melisę, słuchała tych samych historii po dziesięć razy i kiwała głową, gdy ta złorzeczyła na tego starego podrywacza.
Ale cierpliwość szybko ją opuściła teściowa z tym swoim narzekaniem zaczęła ją drażnić.
Jurek, dzwoniła pięć razy od rana powiedziała Basia przy śniadaniu. Prosiła, żebyś przyjechał i wkręcił żarówkę. W przedpokoju.
Wszystko rozumiem, ale… Kiedy to się skończy?
Mąż spochmurniał:
Jest jej samotnie. Przez całe życie była z tatą, a teraz Nie bądź na nią zła
Żarówkę można wkręcić sama albo zadzwonić po fachowca. Ona potrzebuje, żeby przyjechał ty albo ja! Czemu ja mam to robić?
Później zaczęły się noclegi Jurek zaczął jeździć do matki.
Basiu, mama boi się zasypiać sama tłumaczył pakując torbę. Mówi, że cisza jej doskwiera. Przenocuję tam parę dni, dobrze?
Parę dni? Dopiero co się pobraliśmy, a ty już uciekasz! Nie chcę spać sama pół tygodnia.
Basieńko, to tylko tymczasowe. Wróci jej równowaga, wszystko minie.
Tymczasowe trwało już miesiąc.
Urszula wymagała, by syn cztery wieczory i noce tygodniowo spędzał z nią.
Symulowała nadciśnienie, ataki paniki, sama zatykała zlew.
Basia widziała, jak mąż się wykańcza, rozrywając między dwoma domami, i popełniła ten jeden błąd, którego potem codziennie żałowała.
***
Postanowiła szczerze porozmawiać z teściową.
Proszę, pani Urszulo zaczęła przy niedzielnym obiedzie. Jeśli tak ciężko pani samej w czterech ścianach, może przychodziłaby pani do nas w ciągu dnia?
Jurek w pracy, ja często pracuję z domu. Będzie pani bliżej centrum, pospaceruje w parku, posiedzi u nas. Przed snem Jurek panią odwiezie.
Urszula spojrzała na Basię dziwnie.
Ależ masz rację, Basieńko… Mądra z ciebie dziewczyna. Po co siedzieć i więdnąć?
Basia sądziła, że odwiedzi ją ze dwa razy w tygodniu, że będzie przychodzić około południa i wychodzić przed powrotem Jurka.
Ale Urszula miała własny plan pojawiła się punkt siódma rano.
Kto tam? wymamrotał zaspany Jurek na dźwięk domofonu.
Poszedł sam otworzyć.
To ja! rozbrzmiał radośnie głos Urszuli. Przyniosłam wam świeży twarożek!
Basia naciągnęła kołdrę na głowę.
Co jest, do diabła wysyczała. Jurek, jest siódma! Skąd ona ma o tej porze świeży twaróg?!
Mama wcześnie wstaje Jurek już ubierał spodnie. Śpij, ja otworzę.
Od tego dnia zaczęło się piekło. Urszula nie tylko przychodziła spędzała osiem godzin pod ich dachem.
Basia usiłowała pracować przy laptopie, lecz nad uchem rozlegało się nieustannie:
Basiu, coś ty nie starła kurzu z telewizora? Mam tu szmatkę, zaraz przetrzę.
Pani Urszulo, jestem zajęta, mam zaraz spotkanie online!
Oj tam spotkanie. Siedzisz, obrazki oglądasz.
A jeszcze jedno, kochanie. Jurkowi prasujesz koszule źle. Kanty muszą być ostre jak brzytwa! Zaraz pokażę, póki czekasz na tych swoich klientów.
Krytykowała wszystko.
Jak jarzyny pokrojone: Jurek lubi w paski, a tu kostka jak na stołówce.
Jak pościel poskładana: Narzuta powinna sięgać ziemi, a tu ledwie wisi.
Jak pachnie w łazience: Ma pachnieć świeżo, a tu zgnilizną.
Basiu, nie gniewaj się zaglądała do garnka ale przesoliłaś zupę.
Jureczka od dziecka przyzwyczajałam do lekkiej diety. Brzuszek ma słaby, nie wiedziałaś?
Zagęszczasz go tą kuchnią. Zejdź, ja odcedzę.
Zupa jest pyszna wysyczała Basia, zaciskając pięści. I Jurka smakuje. Wczoraj dwie porcje zjadł!
Oj, on tylko grzeczny. Nie chce cię urazić, to je, biedaczek.
Po południu Basia była już na skraju załamania.
Uciekała do kawiarenki, siadywała godzinami, byle nie słyszeć tych uwag.
A gdy wracała irytowała się jeszcze bardziej.
Najpierw na kuchennym stole pojawił się ulubiony kubek Urszuli ogromny, pstrokato ozdobiony, z napisem Najlepsza Mama.
Potem na haczyku zawisł jej płaszcz, a po tygodniu półka w szafie zwolniła się na jej garderobę i dwa frotowe szlafroki.
Po co pani tu szlafroki? spytała Basia, odkrywając różowego stwora obok swoich satynowych koszul.
Jak to, kochana? Siedzę tu cały dzień, zmęczona, chcę się przebrać w coś domowego. W końcu jesteśmy rodziną, czemu się dąsasz?
Jurek na jej narzekania reagował zawsze tak samo:
Basiu, okaż więcej zrozumienia. Mamie ciężko. Straciła męża, szuka swojego miejsca. Żal ci półki?
Nie półki mi żal, Jurek! Mama coraz bardziej wyrzuca mnie z mojego mieszkania!
Przesadzasz. Przecież pomaga gotuje, sprząta. Sama mówiłaś, że nie znosisz prasować.
Wolę chodzić w pogniecionych niż w to, co ona wyprasuje! krzyknęła Basia.
Ale mąż jakby jej nie słyszał.
***
Słoiczki w łazience były ostatnią kroplą.
Jurek, chodź, bo gołąbki stygną! zawołała Urszula z kuchni.
Basiu, chodź! Dla ciebie mniej pieprzu dałam, wiem, że nie lubisz ostrego.
Basia wtargnęła do kuchni, gdzie teściowa już pewnie rozstawiała talerze.
Pani Urszulo zapytała przymilnie spokojnie. Czemu wrzuciła pani moje kosmetyki pod wannę?
Teściowa nawet nie drgnęła. Ostrożnie położyła widelec obok talerza Jurka i się uśmiechnęła.
Ach, Basieńko, te twoje buteleczki prawie puste były, tylko miejsce zajmowały.
A pachniały… tak mocno, aż mnie głowa rozbolała.
Postawiłam swoje, sprawdzone. Twoje odłożyłam niżej, by nie zawadzały.
Nie masz chyba nic przeciwko? Tam i tak bałagan trzeba było zrobić.
Mam odpowiedziała Basia, stając przy stole. To moja łazienka. Moje rzeczy. I mój dom!
No jaki twój, kochana? Urszula przysiadła teatralnie, wzdychając. Mieszkanie przecież Jurka.
Jesteś tu gospodynią, ale trzeba szanować matkę męża.
Jurek zbledniał, stojąc w progu.
Mamo, daj spokój Basia ma przecież swoje mieszkanie, tylko tu mieszkamy na razie
To tamto mieszkanie? machnęła ręką Urszula. Stary babciny blok.
Jureczku, siadaj jeść. Widzisz, żona znowu nie w humorze, głodna chyba.
Basia spojrzała na męża. Czekała.
Czekała, że powie: Mamo, wystarczy. Przesadziłaś. Spakuj się, wracaj do siebie.
Jurek przez minutę patrzył na matkę i żonę, a potem po prostu usiadł do stołu.
Basiu, usiądź, zjedz. Po prostu porozmawiajmy spokojnie. Mamo, ty też nie powinnaś ruszać cudzych rzeczy
No widzisz! triumfalnie zakrzyknęła Urszula. Syn rozumie.
A ty, Basiu, strasznie jesteś zaborcza. Nie można być taką egoistką. Rodzina to wspólnota.
W Basi pękła ostatnia struna.
Wspólnota? powtórzyła. Świetnie.
Odwróciła się i wyszła. Jurek coś wołał za nią, ale nie słuchała. Rzeczy spakowała w dwadzieścia minut, wszystko do walizek.
Kosmetyków z łazienki nawet nie zabrała kupi nowe.
Wychodziła przy akompaniamencie dwu głosów: mąż marudził i błagał, teściowa lamentowała i kąśliwie dogadywała.
***
Basia nie zamierzała wracać od razu po ucieczce złożyła pozew o rozwód.
Mąż, ciągle jeszcze oficjalny, dzwoni codziennie, prosi o powrót, a teściowa przenosi swoje rzeczy coraz szerzej do syna.
Basia nie ma wątpliwości, że o to właśnie Ursuli chodziło…



