Dziecko dla przyjaciółki
Kiedy Agnieszka przeżywa ostatnie tygodnie swojej ciąży, jej młodszy brat wyprowadza się z domu, a ojciec popada w alkoholizm. Od tej chwili życie Agnieszki zamienia się w koszmar.
Każdy poranek Agnieszki wygląda niemal identycznie najpierw wietrzy mieszkanie, potem zbiera butelki spod stołu i czeka, aż ojciec się obudzi.
Tato, przecież nie powinieneś pić. Ledwo wyszedłeś ze szpitala po udarze.
Chcę, to piję. Kto mi zabroni? Tak łatwiej zapomnieć o bólu.
O jakim bólu?
O bólu istnienia, córko. Nikomu nie jestem już potrzebny. Tobie też jestem tylko ciężarem. Zmarnowałem życie, Agnieszka. Nie powinienem w ogóle się urodzić. Bez sensu się ożeniłem i narobiłem dzieci, które odziedziczyły po mnie tylko słabość i biedę. Wszystko na nic. Najlepiej jest pić.
Agnieszka, i tak będąc w złym nastroju, odpowiada mu rozgoryczona.
Nie jest tak źle, tata. Ludzie mają w życiu gorzej.
Gorzej? Ty wychowywałaś się bez matki. Teraz chcesz urodzić dziecko bez ojca, które będzie żyło w biedzie tak samo jak ty.
Nie wszystko jest takie czarne, tato. Wszystko się może zmienić w jednej chwili.
Z nostalgią przypomina sobie, jak jeszcze niedawno była szczęśliwa szykując się do ślubu z Marcinem. Świat się zawalił, ale trzeba żyć dalej.
Tego dnia ojciec znów upił się do nieprzytomności. Agnieszka wykrzyczała, wzburzona:
Naprawdę przepiłeś wszystkie pieniądze, które chowałam na czarną godzinę? Gdzie je znalazłeś? Przeszukałeś całe mieszkanie, grzebałeś w moich rzeczach?!
Wszystko w tym domu należy do mnie! wykrzyknął ojciec. Nawet moja emerytura, którą ukrywasz przede mną!
I wszystko przepiłeś? Nie pomyślałeś, z czego będziemy żyć?
A czemu to ja mam myśleć? Jestem schorowany. Dorosłaś, to teraz ty o mnie dbaj!
Agnieszka sprawdza wszystkie szafki.
Wczoraj jeszcze były dwie paczki makaronu i olej. Teraz nie ma nic! Czym nakarmię się na kolację?..
Jest zrozpaczona. Siada na krześle i zakrywa twarz dłońmi.
Nie wie, że ciocia Teresa zaczęła w jej nieobecności przynosić ojcu alkohol i wynosić jedzenie oraz zapasy z domu.
Cichutka jak wąż Teresa wślizgnęła się do ich domu i konsekwentnie prowadziła go do ruiny.
Tamta noc mija Agnieszce we łzach. Leży wycieńczona i głodna w łóżku.
Rano ktoś puka do drzwi. Wchodzi Teresa, cała wystrojona w modny płaszcz i buty na obcasie, nawet nie ściągając ich, przechodzi do kuchni.
Cześć. Moja koleżanka z administracji powiedziała mi, że macie zadłużenie i za chwilę odetną wam prąd. Co się u was dzieje, Agnieszka? Może zrobisz mi herbatę?
Nie doczekawszy się odpowiedzi, sama otwiera lodówkę i szafki.
Sama zrobię, jesteś przecież w ciąży, tak jak moja Zosia… Ale tu nie ma ani cukru, ani herbaty. Nic tu nie ma! Chodź, pójdziemy do sklepu.
Agnieszka unika jej spojrzenia.
Ciociu Tereso, nie poczęstuję pani herbatą. Lepiej, żeby pani wyszła.
Ale Teresa nie daje za wygraną.
Masz kłopoty? Widzę to. Przecież mówiłam ci, żebyś przeniosła się do mnie. Tym razem nie proszę nalegam. Nie masz warunków na dziecko, twój ojciec pije, a ty nie masz nawet jedzenia. Potrzebujesz owoców, witamin… Pakuj się i jedź ze mną!
Agnieszce kręci się w głowie, siada, po policzkach spływają łzy. Teresa ją przytula:
Słuchaj, wiem, jak mnie postrzegasz. Nie spotkam przebaczenia, w końcu to moja córka odebrała ci narzeczonego. Ale nie jestem potworem. Nie mogę patrzeć, jak się tutaj męczysz. Chcesz czy nie, zadbam o ciebie.
Dalej wszystko dzieje się jak we śnie: Teresa pomaga jej się spakować i zamawia taksówkę.
***
W dniu, w którym u Agnieszki zaczynają się bóle, Teresa nie odstępuje jej na krok.
Słuchaj mnie uważnie. Powiedziałam już lekarzom, że chcesz zrzec się praw do dziecka. Kiedy urodzisz, nie bierz go na ręce, nie przykładaj do piersi. Po prostu nie patrz.
Agnieszka skręca się z bólu.
Och ciociu Tereso, już mi wszystko jedno. Tak boli… byle już urodzić.
Pamiętaj, co ci mówiłam sama sobie nie poradzisz z tym dzieckiem. A ja już znalazłam porządną rodzinę, która marzy o adopcji.
Po kilku godzinach rodzi się dziewczynka.
Trzy kilo trzysta, zdrowa, w porządku.
Pielęgniarka zawija dziecko i wynosi, nie pokazując nawet Agnieszce.
Ale lekarka patrzy na młodą matkę surowym wzrokiem:
Co to ma znaczyć? Zdrowa, piękna dziewczynka, a pani nie chce nawet zobaczyć swojego dziecka. Pani Elżbieto, proszę przynieść dziecko i przystawić do mamy!
Agnieszka kiwa głową, załamana.
Nie chcę. Nie mam za co żyć, nie chciałam rodzić… Są ludzie, którym ta dziewczynka będzie bardziej potrzebna. Zrzec się adoptują…
Niech się pani opanuje. Nawet nie chce pani na nią spojrzeć?
Agnieszka zaciska oczy, ale czuje dotyk czegoś delikatnego na swojej dłoni.
Pielęgniarka kładzie noworodka obok, ten cicho stęka, trąca delikatnym nosem i otwiera usta. Agnieszka w końcu patrzy na córkę.
Bezbronny maluszek patrzy na nią lekko zmrużonymi oczami, wyciąga rączki i niezdarnie szuka piersi.
No, mamo, karmimy uśmiecha się lekarka. Widzi, jak cała drży od pierwszego kontaktu z dzieckiem.
Śliczna dziewczynka, to pani jest jej potrzebna, a nie obcy ludzie, rozumie pani?
Agnieszka płacze, obejmując dziecko i potakuje głową.
Dwie godziny leży obok córki, patrzy na nią i nie może oderwać od niej wzroku.
Tak budzi się w niej instynkt macierzyński.
Oto sens mojego życia moja córka.
Nieważne, czy Marcin odszedł, tata szaleje… Jestem potrzebna mojej córce. Zostaję z nią.
***
Agnieszkę budzi głos Teresy.
Teresa, w szlafroku, wchodzi do sali i patrzy na Agnieszkę leżącą w łóżku.
Zapomniałaś, co żeśmy ustaliły? pyta cicho. Obiecałaś, że po porodzie oddasz dziecko. Mam już ludzi, którzy wezmą maleństwo natychmiast.
Tereso, zmieniłam zdanie. Nie oddam jej nikomu.
Przecież ty nie masz pieniędzy, Agnieszko, praktycznie jesteś bezdomna! Gdzie pójdziesz z dzieckiem?
Do domu. Nie będę już pani kłopotem. Dam sobie radę.
Widzi na twarzy Teresy wściekły grymas.
Zwariowałaś?! Nie masz za co żyć! Co będziesz robić żebrać?
Płacz małej wybudza matkę, Agnieszka podchodzi do łóżeczka.
Nie dotykaj! Ja ją ukołyszę i nakarmię mlekiem modyfikowanym. Lekarzom powiemy, że nie masz pokarmu oświadcza Teresa.
Agnieszka kręci głową:
Nie pani decyzja, to moje dziecko. Jak powiedziałam, tak będzie nie oddam nikomu.
Nie możesz! Obiecałaś! Teresa jest bezradna.
Proszę wyjść.
Teresa wychodzi. Wtem odzywa się cicho współlokatorka Agnieszki:
Kto to był?
Ciotka.
Przerażająca kobieta. Dobrze, że ją wygoniłaś. Jestem Lena. Pomogę ci, jeśli będzie trzeba. Jeszcze są dobrzy ludzie.
Ja Agnieszka.
Miło cię poznać, Agnieszko. Wiesz, wydawało mi się, że ta kobieta chciała zabrać twoją córkę. Ona naprawdę dziwnie się zachowywała.
***
Przed wypisem odwiedza Agnieszkę kolejna osoba. Nie wpuszczają jej jednak do sali, więc wychodzi na korytarz.
Była przyjaciółka Zosia stoi, niepewnie przesuwa dłonią po zaokrąglonym brzuchu.
Cześć.
Agnieszka siada ostrożnie na ławce. Zosia obok niej.
Słyszałam, że urodziłaś.
Tak. Córeczka.
Zosia patrzy wystraszona.
Agnieszko, sprawa jest taka… Przecież wiesz, że mama znalazła ludzi do adopcji twojego dziecka.
I co z tego?
To bardzo porządni ludzie, są bogaci i dużo zapłacą za dziewczynkę.
Patrzy Agnieszce w oczy, łapie ją za rękę.
Dają za twoją córkę dwieście tysięcy złotych! Możesz kupić kawalerkę albo odłożyć na mieszkanie.
Serio? Dwieście tysięcy? kiwa głową Agnieszka. To jak się o nich troszczysz, to sprzedaj im swoje dziecko.
Zosia się obraża, ale nadal ściska dłoń Agnieszki.
Poczekaj, Agnieszko. Oddaj dziecko mnie! Ja się nią zaopiekuję, to w końcu córka Marcina…
Myślisz, że dasz radę z dwójką dzieci?
Ty nic nie rozumiesz! Moje małżeństwo się rozpada!
Agnieszka zrywa się z ławki, gotowa odejść. Zosia chwyta ją za rękaw, jej wzrok wydaje się szalony:
Potrzebuję tego dziecka, Agnieszko!
Puść mnie.
… Po kilku godzinach do sali wpada sam Marcin. Agnieszka cofa się, widząc go.
Urodziłaś? Mogę zobaczyć?
Nie, nie możesz! Zaraz twoja Zosia będzie rodzić, tam patrz!
Musimy pogadać, Agnieszka. Od twojego porodu nie mogę sobie znaleźć miejsca. Chcę zabrać córkę do siebie. Zrzeknij się, a adoptuję ją od razu.
Agnieszka kręci głową:
Nie jestem jak ty, nigdy nie zostawię kogoś, kto mnie potrzebuje. Dziecka Ci nie dam!
Marcin nie odpuszcza.
Oddaj mi dziecko! Nie powinnaś go ze mną mieć! I tak wezmę to, co mi się należy!
Ty? Maminsynek? Najpierw spytaj się swojej matki o pozwolenie!
Agnieszka odtrąca go, bierze córkę na ręce, wychodzi na dyżurkę pielęgniarek i mówi:
Proszę, nie wpuszczajcie już do mnie nikogo. Nie chcę nikogo widzieć. To nie hostel!
Epilog
W dniu wypisu Agnieszka wychodzi z córką na rękach ze szpitala.
Towarzyszy jej współlokatorka Lena, którą odbiera mąż i jej mama.
Staje na schodach, widzi samochód państwa Nowaków.
Wysiada z niego matka Marcina, Barbara Nowak, wyciąga szyję i patrzy na Agnieszkę.
Agnieszka czuje ciarki na plecach.
Niedoszła teściowa patrzy groźnym wzrokiem, jest jak wilczyca gotowa do skoku.
Lena podchodzi do Agnieszki.
Kto to jest?
Rodzice Marcina.
Patrzy, jakby na coś czekała. Coś tu jest nie tak, Agnieszko. Zapraszałam cię do siebie, moja mama już szykuje ci pokój. Chodź ze mną.
Agnieszka kiwa głową, czuje niepokój.
***
Mieszkając u nowych przyjaciół, Agnieszka niespodziewanie znajduje miłość brat Leny, zatwardziały kawaler Janek, zaczyna się nią opiekować.
Janek okazuje się dobrym człowiekiem, troskliwym i uczciwym. Ożenił się z Agnieszką, adoptował jej córkę i zaczął pomagać jej ojcu.
Co do Zosi i Marcina, ich małżeństwo rozpadło się.
Wyszło na jaw, że Zosia udawała ciążę, przez kilka miesięcy nosiła pod ubraniem poduszkę, oszukując wszystkich Nowaków.
Teresa, próbując ratować córkę, sama powiedziała zięciowi, że Zosia poroniła na wczesnym etapie. I natychmiast zaproponowała swój sposób na rozwiązanie sytuacji.
Marcin, zięciu, nie gniewaj się na Zosię poprosiła. Ciąża się nie utrzymała, ale nie jesteś bez winy. W końcu urodzi ci się dziecko gdzie indziej. Pomyślałam, że może przygarniecie dziecko Agnieszki. Adoptujecie je, przecież to twoja krew. Rodzicom nic nie powiemy, będziemy udawać, że Zosia urodziła.
Marcinowi spodobał się plan teściowej.
Wszystko szło dobrze, dopóki Agnieszka nie postanawia sama wychować swojej córki i nie zgadza się na oddanie jej w szpitalu. Była przyjaciółka i jej matka są w kropce.
Barbara Nowak, rozczarowana kłamstwem Zosi, wyrzuca ją z domu i zmusza syna do rozwodu.



