Moja córka, nie nazywa mojej teściowej 'babcią’ tylko 'mamą taty’. Mój syn mówi do niej „ta”. Mój mąż znów był wściekły, krzyczał na dzieci: „Jak śmiecie tak nazywać własną babcię!”. W obecności dzieci nie sprzeciwiłam się mu, ale kiedy byliśmy sami, powiedziałam mu wszystko, co myślałam o jego matce, zarówno jako teściowej, jak i jako babci. Powiedziałam mu wszystko z faktami, z dowodami. Po przemyśleniu tego, co powiedziałam, doszedł do wniosku, że dzieci mają prawo tak lekceważąco traktować jego matkę. Ostatnio, gdy przyjechała do nas teściowa, nie przyniosła wnukom nawet słodyczy.
Przyszła, usiadła w kuchni, wpatrywała się w swój telefon, wstała i wyszła. Po co tu przyjechała? Żeby pamiętali, że coś takiego pojawiło się w naszej rodzinie? Nie musiała się męczyć. Nie rozmawiała ze mną o niczym, nie zwracała uwagi na wnuki. Chociaż ten młodszy wychodził z siebie, żeby zwrócić na siebie jej uwagę. A jak czują się przy niej moje dzieci, skoro sama mi to powiedziała: „Dzieci mojej córki to pewnie moje wnuki. A dzieci mojego syna są nieznane”. Innymi słowy, niemal wprost nazwała mnie puszczalską. Ciekawe, czy takie wnioski wyciągnęła z osobistego doświadczenia.
Tylko raz poprosiłam ją, by usiadła ze swoją wnuczką, bo musiałam zawieźć najmłodszą do lekarza. Przybrała więc pozę: „Nie muszę siedzieć z Twoją córką! Same wychowałyśmy swoje dzieci, nikogo nie prosiłyśmy o pomoc. A Ty nie masz o co prosić”.
To tylko kilka z wielu faktów, którymi obrzuciłam męża. Na koniec naszej rozmowy powiedziałam: „Jeśli, nie daj Boże, będziesz musiał się nią opiekować, to natychmiast się do niej wprowadź. Nie życzę sobie jej stopy w moim domu”. I mój mąż musiał się zgodzić na to żądanie, uznając je za całkiem rozsądne.



