Drogi pamiętniku,
Dziś po raz kolejny usłyszałem wołanie: Dziadku, patrz! mój nos przyklejony do okna. Za furtką rozbiegł się kudłaty kundel, czarny i brudny, z wykrzywionymi kośćmi.
Znów ta bestia, mruknął mój dziadek, Stanisław Kowalski, zakładając stare kalosze. Trzeci dzień się kręci. Ide na zewnątrz!. Machnął kijem, pies odskoczył, ale nie uciekł. Zatrzymał się pięć metrów dalej i po prostu patrzył.
Dziadku, nie przepędzaj jej! chwyciłam go za rękaw. Na pewno jest głodna i zimna!.
Mam dość własnych zmartwień! odparł surowo. Może przyniesie pchły, choroby. Znika stąd!.
Pies podszedł, ogoniem potrząsnął i odszedł. Gdy dziadek zamknął drzwi, wróciła.
Miesiąc temu przyjechała do mnie po wypadku na drodze. Straciłyśmy rodziców w jednej chwili. Dziadek wziął mnie pod swój dach, choć nigdy nie miał z dziećmi dobrego kontaktu. Przyzwyczaił się do ciszy, do swojego rytmu. A ja płacząc nocą i pytając: Dziadku, kiedy wrócą mama i tata? nie dostałam odpowiedzi.
Po obiedzie, gdy dziadek drzemnął przed telewizorem, wymknęłam się cicho na podwórko z miseczką resztek zupy. Idź tu, Żuśka szepnęłam. Nazwałam ją tak, bo podobało mi się to brzmienie. Pies podszedł ostrożnie, wyczyścił talerz, położył się i patrzył na mnie z wdzięcznością.
Jesteś dobra, pogłaskałam ją. Bardzo dobra. Od tamtej chwili Żuśka nie oddalała się od domu. Strzegła furtki, odprowadzała mnie do szkoły, witała przy powrocie. Kiedy dziadek wychodził na ulicę, słychać było: Znowu ona! Ile można?. Żuśka jednak wiedziała, że człowiek szczeka, a nie gryzie.
Sąsiad, Szymon Mikołajewicz, kręcąc się przy płocie, obserwował nasz teatr i rzekł kiedyś: Stasiek, nie gniewaj się na nią bez powodu. Czemu! Potrzebuję psa jak bólu zęba! odpowiedział dziadek. Może to Bóg ci ją nieprzytomnie posłał? dodał Szymon. Dziadek jedynie wzruszył ramionami.
Tydzień później Żuśka stała przy furtce, bez względu na pogodę i mróz. Ja potajemnie przynosiłam jej jedzenie, a dziadek udawał, że nic nie zauważa.
Dziadku, mogę wpuścić Żusię do kurnika? błagałam przy kolacji. Tam będzie cieplej. Nie! W tym domu nie ma miejsca dla zwierząt! ryknął dziadek. Ale ona. Dość! Masz już dość jej kaprysów!. Zamilkłam, a w nocy dziadek nie mógł zasnąć. Rano spojrzał przez okno i zobaczył Żusię skuloną na śniegu. Wkrótce odda ją Bogu, pomyślał i poczuł dziwny odraz.
W sobotę wybrałam się na lodowisko przy stawie. Żuśka przyczepiła się do mnie. Kręciłam się po lodzie, a ona siedziała na brzegu i patrzyła. Patrz, jak umiem! krzyknęłam i ruszyłam w środek. Lód pękł i wpadłam do czarnej, lodowatej wody. Straciłam równowagę, krzyczałam, a fale zagłuszały mój głos.
Żuśka zatrzymała się na chwilę, potem podbiegła do domu. Dziadek, tnąc drewno, usłyszał przeraźliwy szczek. Pies szalał po podwórku, podbiegł do niego, chwycił za spodnie i ciągnął w stronę furtki. Co ty, zwierzę niewinne? nie rozumiałem. Żuśka wciąż szarpała, w oczach miała panikę. Wtedy wpadłem na pomysł: Lilka! krzyknąłem i poszedłem za psem.
Zobaczyłem czarną plamę w lodzie, usłyszałem słabe pluski. Trzymaj się! krzyknąłem, chwytając długą laskę. Poślizgnąłem się, ale udało się uchwycić bronkę za kurtkę i wyciągnąć na brzeg. Żuśka trącała mnie, szczekając i dopingując. Kiedy wciągnąłem się na lód, a ona trzaskająco szarpała, w końcu udało się wydostać mnie z wody. Byłam sinie-zmarznięta, a dziadek ocierał mnie śniegiem i modlił się do wszystkich świętych.
Dziadku, gdzie jest Żuśka? wyszeptałam. Pies siedział obok, drżąc z zimna i strachu. Jest tutaj odrósł zadyszany. Po tym incydencie dziadek przestał krzyczeć na psa, ale i tak nie wpuścił go do domu.
Dlaczego, dziadku? nie mogłam przestać pytać. Ona mnie uratowała!. Uratowała, uratowała. Nie ma dla niej miejsca w naszym domu. Dlaczego?. Bo tak zawsze było. Dziadek gniewał się na siebie, nie rozumiał, po co tak postępuje. Sąsiad, Szymon, przyszedł na herbatę, żując pierniki. Słyszałeś, co się stało? zaczął ostrożnie. Tak, słyszałem. Dobra suka, mądra. Tak, trzeba ją chronić. Rozmowa cichła, a w sercu Szymona było tylko ukryte rozczarowanie.
Zima przerodziła się w prawdziwą zamieć. Dziadek walczył z podjazdem, który wypełnił się śniegiem po pas. Żuśka wciąż stała przy furtce, skulona, sierść opuszczona, oczy przygaszone. Dziadku, spójrz na nią! Ledwo żyje. Sama wybrała to miejsce, odrzucał. Ale ona. Dość! Masz już dosyć tej jednej i той samej sprawy!.
Wieczorem, kiedy dziadek czytał gazetę, szepnęłam: Żuśka zniknęła. I co? odparł nie podnosząc wzroku. Cały dzień jej nie widać. Może choruje?. Może w końcu odeszła. Tam jej droga. Dziadku! Jak możesz tak mówić? pchnęłam go. A jak mam? odrzucił, odkładając gazetę. Ona nie jest nasza! Nie jesteśmy jej winni. Jesteśmy winni, mrnęłam. Uratowała mnie, a my nie daliśmy jej ciepła.
Miejsce nie ma! uderzył pięścią w stół. Dom to nie zoo!. Złamałam się i uciekłam do pokoju, a dziadek został przy stole, niezdolny już czytać gazetę.
W nocy zawitała tak silna śnieżyca, że dom drżał. Wiatr świstał w kominie, szkło trzeszczało, a śnieg zasypał okna. Leżałem w łóżku, nie mogłem zasnąć. Piesia pogoda, pomyślałem i zwróciłem się do siebie: Co mi to szkodzi? To nie moja sprawa!. Ale różnica była wyraźna.
Rankiem wiatr ucichł. Wyszedłem, zrobiłem herbatę i spojrzałem przez okno podwórze było zakopane po kolana. Na furtce coś czarne się wyróżniało. Na pewno śmieci, pomyślałem, ale serce stało się cięższe.
Zszedłem na dwór, wciągnąłem kurtkę, wsunąłem stopy w kalosze i dotarłem do furtki. Tam leżała Żuśka, pokryta śniegiem aż po uszy, jedynie uszy i mały fragment ogona wystawały. No, już po prostu umarła, mruknąłem. Nagle coś pękło w środku mnie. Podniosłem ją delikatnie szarpała się, ale oddech był słaby, gardło skrzypiało. Ehh, głupia, szepnąłem. Czemu nie poszła?.
Podniosłem jej lekki, prawie kościsty korpus i z trudem przyniosłem do domu. Położyłem ją na starej kołdrze przy piecu. Wtedy drzwi otworzyły się stałam w piżamie. Dziadku, co się stało?. To zamroziła się na dworze. Niech się rozgrzeje. Rzuciłam się do Żuśki: Jest żywa? Dziadku, naprawdę żywa?. Żywa. Nalej mleka do miski, cieplejszego. Zaraz! pobiegłam do kuchni.
Usiadłem przy niej, głaszcząc po głowie, i myślałem: Co ja się stałem? Prawie doprowadziłem ją do śmierci, a ona i tak nie odszedła. Wierzyła. Żuśka otworzyła ledwo oczy, spojrzała wdzięcznym wzrokiem, a moje gardło zaciśnęło się od emocji.
Mleko gotowe! krzyknęła ja, stawiając miskę obok psa. Żuśka z trudem podniosła głowę, napijała się, potem kolejny łyk, i jeszcze jeden. My siedzieliśmy razem, obserwując, jak piję i jak powoli odzyskuje siły.
Do obiadu Żuśka już siedziała spokojnie, a wieczorem przechadzała się po kuchni na drżących łapach. Co jakiś czas spoglądałem na nią i mruknąłem: To chwilowe, rozumiesz? Dajmy jej czas, potem znów wyjdzie na zewnątrz!. Bronka tylko się uśmiechała, obserwując, jak dziadek podsuwa jej najlepsze kawałki mięsa, otula cieplejszym kocykiem i głaszcze, myśląc, że nikt nie patrzy.
Rano dziadek wstał wcześnie. Żuśka leżała na dywanie przy kominku, przyglądając się mu uważnie. No to, ożyłaś?, burknął, zakładając spodnie. Pies machnął ogonem, ostrożnie sprawdzając, czy nie będzie kolejnego wyrzutu.
Po śniadaniu wyruszyłem na podwórko, przejrzałem stary szop przy zagrodzie, który od lat stał pusty. Lilka! zawołałem do domu. Chodź tutaj!. Bronka wybiegła, a za nią Żuśka, trzymając się bliżej córki niż dziadka.
Patrzyłem na stary dachu szopy, zniszczony i przesiąknięty wilgocią. Po co to, dziadku? zapytała Bronka. Po co? mruknął to miejsce leży nieużywane. Nieporządek. Zabrałem deski, młotek i gwoździe, i zacząłem naprawiać gwoździe ciągle się wyginały, deski nie pasowały. Żuśka stała w pobliżu, obserwując, rozumiejąc, po co tak się staram.
Do obiadu szopa lśniła nowym dachem. Dziadek położył w niej starą kołdrę i ustawił miski z wodą i jedzeniem. Gotowe, powiedział, wycierając pot.
Dziadku, to dla Żuśki? zapytała nieśmiało Bronka. A dla kogo jeszcze? odpowiedział, łaskawie. W domu nie ma dla niej miejsca, a na dworze trzeba żyć po swojemu, czyli po psim.
Bronka wpadła mu w ramiona: Dziękuję, dziadku! Dziękuję!. On tylko machnął ręką: Spokojnie, nie płacz. Pamiętaj to tymczasowe, dopóki nie znajdziemy jej prawdziwych właścicieli. W głębi duszy wiedział, że nikt nie przyjdzie. Żuśka już nie potrzebuje nikogo poza nami.
Wtem przyszedł sąsiad, Szymon, spojrzał na odnowioną szopę, na psa i na uśmiechniętą Bronkę. Widzisz, Stasiek, nie bez powodu Bóg ją zesłał. Omijaj się z tym swoim Bogiem, wykrzyknął dziadek. Szkoda, naprawdę. Oczywiście, szkoda, przyznał Szymon. Masz dobre serce, tylko schowasz je w głąb.
Patrzyłem, jak Żuśka wącha nowW sercu czułem, że w tej niepełnej, lecz prawdziwej rodzinie wreszcie odnalazłam swój dom.



