Dziadka już nie ma
Jagoda dopiero co wróciła z kolejnej służbowej delegacji i nawet jeszcze nie zdążyła się rozebrać czy rozpakować walizki, gdy rozdzwonił się jej telefon. Dzwoniła mama.
Głos Haliny Borkowskiej był wyraźnie zdenerwowany. Jagoda jednak machnęła na to ręką. Może już była za bardzo zmęczona tym całym zamieszaniem.
Jaga, córeczko, jesteś już w domu?
Cześć, mamo. Tak, przyjechałam wreszcie, dopiero weszłam do mieszkania. Co się stało?
To dobrze, dobrze, że jesteś na miejscu
Jagoda od razu wyczuła, że mama ma jej coś ważnego do przekazania, ale nie może się jakoś zebrać.
Znowu się naczytała osiedlowych plotek i teraz musi mi opowiedzieć wszystko ze szczegółami pomyślała. Ale dziś nie miała na to siły. Marzyła tylko o tym, żeby paść na łóżko i porządnie się wyspać po nocnej podróży pociągiem jej się to zupełnie nie udało.
W sąsiednim przedziale czwórka młodych chłopaków świętowała życie śpiewali, pili i robili koncert na całą kolej. No i, oczywiście, nie mogło zabraknąć Kateczki :
Zakwitły jabłonie i grusze,
Po rzece płynęły mgły.
Wyszedł na brzeg Jagódka,
Na wysoki brzeg, ostry taki…
Gdyby była w lepszym humorze, pewnie by się uśmiechnęła. Ale wtedy miała ochotę wyrzucić im tę gitarę za okno. Niestety nie wyrwali strun.
Mamo, ja muszę chwilę odpocząć po drodze, doprowadzić się do porządku i potem oddzwonię, dobrze?
Obawiam się, że się nie da, westchnęła mama.
Co się nie da? O czym ty mówisz? Jagoda właśnie zdała sobie sprawę, że mama brzmi dziwnie.
Odpocząć nie dasz rady.
Ale czemu? Przecież byłam w delegacji, należy mi się trochę spokoju. Nie spodziewam się żadnych gości, sama też do nikogo się nie wybieram Chyba że coś mnie ominęło? Tylko nie mów, że chcesz wpaść bez zapowiedzi?!
Jaga, dziadka już nie ma…
Jagoda zbladła i powoli osunęła się na kanapę, mocno ściskając telefon. Na takie wiadomości żaden jetlag nie pomaga.
Zadzwoniła do mnie dzisiaj rano sąsiadka, Zofia Fiedorowicz. Przyniosła mu trochę mleka, a tu Władysław już… Leżał w korytarzu, trzymając się za serce i nie oddychał. Pewnie całą noc tam przeleżał. No i trzeba jechać na wieś, pochować dziadka. Sąsiedzi, jeśli co, pomogą. Słyszysz mnie, Jaga?
Jagoda była tak zdezorientowana, że nie wiedziała, co powiedzieć. Ale ledwo słyszalne Tak wycisnęła z siebie z trudem.
Zosia obdzwoniła rodzinę, ale oni dobitnie stwierdzili, że nie przyjadą na pogrzeb. Gdyby zostawił im spadek, to może by się zastanowili, a tak nie mają po co. Dom w tej wiosce nikomu niepotrzebny od stu lat zawiesiła na chwilę głos Halina i dodała: Prawdę mówiąc, mi też zupełnie nie po drodze, zwłaszcza że Władysław sam powiedział, żebym więcej nie pokazywała mu się w domu. I na pogrzebie też. A ja obiecałam, jak pamiętasz, że nie będę. Więc tylko na ciebie jest nadzieja, Jagódko. Dotrzymasz dziadkowi towarzystwa do końca?
Zapadła cisza. Jagoda patrzyła na szafkę, gdzie leżał list od dziadka.
Ostatni list, sądząc po stemplu pocztowym, wysłany miesiąc temu. Przegapiła go, bo była wtedy poza miastem. To już trzecia delegacja w pół roku i raczej nie ostatnia. Nowa filia w innym mieście trzeba było wszystko rozkręcić. Tylko ją tam wysyłają, bo innym wiecznie coś nie pasuje: zdrowie, dzieci, rodzinne dramaty Tylko ona taka bezproblemowa.
Jaga znów rozległ się głos Haliny Nie chcę, żeby ludzie pomyśleli, że go zupełnie porzuciliśmy. Był jaki był, ale człowiekiem był. I w sumie dobrze się wam dogadywało. Więc co mam powiedzieć Zosi? Pojedziesz na wieś?
Pojadę, mamo. Jasne
Jagoda wstała i wzięła do ręki list od dziadka. Potem znów go położyła.
Nie rozumiem, mamo, jak to się mogło stać? Dziadek przecież świetnie się trzymał, na Nowy Rok wyglądał zdrowo i energicznie.
Skąd mam wiedzieć, kochanie… Wieku nie oszukasz. Teraz mało który mężczyzna w Polsce do emerytury dociąga, a twój dziadek już osiemdziesiątkę przekroczył. Niech mu ziemia lekką będzie.
Jagoda była w szoku. Bardzo kochała dziadka i chyba tylko ona utrzymywała z nim jeszcze jakiś kontakt. Ani bliższa rodzina, ani mama od dawna z nim nie rozmawiały.
Matka miała z teściem wzajemną awersję ciągnącą się od lat.
Dziadek Władysław nie mógł wybaczyć Halinie śmierci Andrzeja swego syna, a jej męża, i obwiniał ją, że go zagoniła, aż serce mu wysiadło. Zresztą, Halina naprawdę przekonała męża, żeby zrezygnował z posady nauczyciela i jeździł na kontrakty, bo trzeba było zrobić remont, kupić działkę i ogólnie: żeby żyć bardziej po europejsku.
No i tak Andrzej jeździł. W miesiącach go nie było, zjeżdżał na chwilę z prezentami i gotówką, aż raz już nie wrócił. Serce się zbuntowało i zatrzymało na dobre.
Wtedy dziadek Władysław na pogrzebie wył nie płakał wył. Każdy z gości wtedy to rozumiał, bo jak to mówią w Polsce: Nie powinno się chować własnych dzieci.
Od tamtego dnia Władysław z synową rozmawiać przestał i wyprosił ją z domu.
No to niech cię! wypaliła wtedy Halina. I tak mnie tam nie ciągnie. Poza tym to nie moja wina. Chłop powinien zarabiać. Na to chłop jest. A że miał z sercem kłopoty nigdy mi nie mówił! Skąd miałam wiedzieć?
Dziadek musiał się mocno powstrzymywać, żeby nie rzucić w nią polanem z podłogi.
Potem kontakt utrzymywał już tylko z wnuczką. Uwielbiał Jagodę, a i ona kochała go ogromnie. Jeszcze w podstawówce co wakacje spędzała u niego na wsi, potem, jak już została inżynierem i pracę zaczęła, pisali do siebie listy.
Tak, tak, LISTY. Bo dziadek gardził wszelkim nowoczesnym sprzętem typu smartfon, tablet czy komputer. I dlatego też pewnie reszta rodziny zerwała z nim kontakty.
Kto w XXI wieku pisze listy? Po co? Bez sensu, można przecież zadzwonić lub wysłać maila szybciej i prościej.
Więc większość rodziny uważała, że Władysław nie za bardzo ma dobrze pod kopułą. Tak samo jak część sąsiadów.
Odleciał na stare lata kwitowały emerytki z ławeczki. Ale co się dziwić, tyle nieszczęścia miał: najpierw żona, potem syn Każdy by się sturlał.
A w ostatnim miesiącu życia wieść się rozeszła, że kompletnie sfiksował, bo zaczął gadać… z kotem. Normalnie rozmawiać! Tylko nikt kota tego na oczy nie widział.
No i jak tu nie pomyśleć, że coś mu odbiło?
Po rozmowie z mamą Jagoda upuściła telefon na łóżko i długo wpatrywała się w pustą ścianę. Po chwili się rozpłakała.
Tak bardzo jej się chciało zobaczyć dziadka tego lata, ale nie zdążyła. Już planowała przyjazd na wiosnę, ale przez delegacje wszystko przełożyła. Najpierw jedna, potem druga, potem trzecia…
Szef ostatnio całkiem odleciał, a na wszystkie jej protesty tylko się uśmiechał:
Teoretycznie, pani Jagodo, wszystko zgodnie z prawem pracy. A jak pani się nie podoba, nikt pani tu nie przetrzymuje. Może napisać wypowiedzenie. Tylko gdzie indziej pani znajdzie taką pensję?
Trudno się dziwić, pensja faktycznie była nie do pogardzenia. Więc się godziła.
Może delegacje szybko się skończą i wróci do starego rytmu tak sobie tłumaczyła.
Mimo wszystko czuła żal, bo traktowano ją jak robota, nie człowieka. Miała prawo do zmęczenia i do życia prywatnego (choćby z nazwy).
*****
Na cmentarzu wszystko przebiegało zgodnie z lokalnym zwyczajem: po chwili ciszy, gdy już wbijano ostatni gwóźdź w gruby, sosnowy trumień obity czerwonym suknem, mężczyźni opuścili go powoli do grobu przy pomocy starych konopnych lin.
Wrzuciła jeszcze grudę ziemi na trumnę i zaraz całą mogiłkę przykryto świeżą, soczystą ziemią.
Kwiaty, znicze, świeża mogiła. To już koniec? Przecież przed chwilą jeszcze był… myślała z niedowierzaniem Jagoda.
No, został jeszcze stypa, na której oj, poleje się wódka, a każdy wygłosi mowę o tym, jaki to porządny był człowiek.
Tylko dzięki tym rozmowom i wspomnieniom na stypie i potem Władysław będzie żył dalej. Nie już ziemskim życiem, ale w pamięci tych, co go znali.
Kiedy przysmaków i trunków zabrakło, wieśniacy jeszcze raz wyrażając współczucie rozeszli się. Kto do domu, kto do sklepu.
Po chwili została na podwórzu kompletnie sama. Było strasznie pusto i przykro.
Nie udało mi się Nie zdążyłam się pożegnać myślała z bólem.
Żeby zająć czymś myśli, zabrała się za domowe sprawy.
Najpierw porządnie przewietrzyła izby, potem umyła stary, drewniany podłogowy parkiet, wytarła kurz, zmuchnęła pajęczyny z sufitów, resztę jedzenia upchnęła do lodówki.
Powietrze zrobiło się lżejsze.
Dom dziadka był typowo wiejski, prosty i surowy, ale miał w sobie domowe, swojskie ciepło.
Zajrzała przez okno: robiło się już późno. Wyszła na ganek, wciągnęła głęboko pachnące wiejskie powietrze w płuca i zaczęła oglądać ogród.
Ot, typowo polski ogród, nic wielkiego: równe grządki, choć tym razem puste dziadek pewnie już wyczuł, że nie będzie miał kiedy posadzić, albo po prostu wiedział, co się święci.
W sadzie kwitły jabłonie, a pomiędzy nimi czarne i czerwone porzeczki oraz maliny. Dziadek nie pozwalał ziemi marnować się bezczynnie to chociaż po nim zostało.
Ciekawe, kto teraz będzie tu działał? zamyśliła się Jagoda.
Przysiadła pod jabłonią i zadzwoniła do mamy, meldując, że załatwiła wszystko jak trzeba.
No i widzisz, Jagódko. Jaki był, taki był, ale człowiek.
Był zupełnie normalny, mamo. Po prostu los go nie oszczędzał, a ty nie miej żalu. Kochał mojego tatę nad życie, więc powiedział ci rzeczy, których potem pewnie żałował.
E, wiesz co, ja już do niego nie mam żadnej złości. Niech leży spokojnie. Powiedz, kiedy wracasz? Jutro? Dziś? Pewnie straszno tak samemu być
Zostaję jeszcze trochę, wzięłam wolne. Muszę odpocząć od miasta. Poza tym za dziewięć dni znowu trzeba zorganizować wspomnienie. Może przyjedziesz?
A jakże Gdzie ja się będę tłukła na wieś? I tak mam mnóstwo roboty na działce, sezon trwa!
Dobrze, już dobrze. Po prostu przypomnę ci, że tu także leży tata, a od pogrzebu nie odwiedziłaś jego grobu ani razu.
Mówiłam przecież Władkowi, żeby chować Andrzeja w mieście, ale nie posłuchał. A teraz mój serial leci, muszę kończyć, pa! i rozłączyła się matka.
Jak zwykle kiedy nie ma nic mądrego do powiedzenia, nagle przypominała sobie o bardzo ważnej sprawie.
Jagoda zrobiła sobie herbatę z dziadkowych zapasów mieszanki suszonych liści mięty, melisy i czarnej porzeczki i położyła się spać.
Przed snem jeszcze raz zerknęła na list od dziadka. Przeczytała go już zaraz po powrocie z delegacji, ale wywołał w niej jakieś dziwne uczucia.
Przeważnie dziadek pisał o sobie, tym razem opisywał kota. Jakiegoś Czarusia.
Ale nigdy wcześniej nie mieli kota. Dziadek do zwierząt był raczej obojętny, o czym Jagoda doskonale wiedziała.
Dlatego czytała ten list kilka razy. W końcu dość dziwne to było.
Wyobraź sobie, wnuczko, Czaruś uwielbia mleko. Słyszałem, że dorosłym kotom nie powinno się dawać mleka, a Czaruś wczoraj pół słoika wyżłopał. Chyba będę musiał poprosić jutro Zosię o więcej mleka, bo jak na kota, to apetyt ma jak prosiak. Dotąd trzy litry starczały mi na tydzień, a teraz co chwilę muszę dokupować. Dobrze, że za darmo nie biorę. Czaruś jest bardzo głodny, nie wiem już, czym go karmić. Lodówka prawie pusta. Ale najdziwniejsze, że on nadal się mnie boi. Ciągle się chowa. Ledwo go widziałem, co najwyżej cień mignął. Wyczuwam jego spojrzenie na plecach. Bardzo liczę, że jak przyjedziesz, to może go złapiesz, bo samemu nie daje się podejść. Wydaje mi się, że ktoś go mocno skrzywdził i dlatego ucieka przed ludźmi.
To był tylko wycinek kociej opowieści dziadka Władka. Ale kota w domu i na podwórku Jagoda nie znalazła. Nawet śladu. Była tam już parę dni, więc jakby kot był, na pewno by zauważyła.
A jednak… spojrzenia w plecy, o którym pisał dziadek, sama czuła tego dnia. Raz nawet odwróciła się gwałtownie, ale nikogo nie zobaczyła.
Muszę popytać Zosię o tego Czarusia obiecała sobie.
*****
Obudziła się o świcie. Między zasłony wciskały się pierwsze promienie słońca, na podwórku koncertowały wróble, w sąsiednich zagrodach pianie kogutów walczyło z wiejską ciszą.
Typowy, polski, letni poranek.
Jagoda otworzyła na oścież okno, zamknęła oczy i wsłuchała się w dźwięki dzieciństwa przypomniała sobie, jak razem z dziadkiem budowała budki lęgowe. Umówiła się sama ze sobą, że pójdzie zaraz do Zosi.
Jaki jeszcze kot? zdziwiła się Zofia.
Sama już nie wiem, wzruszyła ramionami Jagoda. Czaruś czy Czarnek w ostatnim liście dziadek tylko na temat kota się rozpisywał. A wcześniej ani słowa.
Aaaa! Zosia pacnęła się w czoło. No tak, mniej więcej od miesiąca dziadek zaczął rozmawiać z jakimś kotem. Przechodziłam pod płotem, słyszę, on go do siebie zagaduje, żeby się pokazał. Zerkam a tu nikogo. Następnego dnia to samo. I tak codziennie. Opowiadał kotu o wszystkim o żonie, o synu, niech im ziemia lekką będzie. Mówił też: Czaruś albo Czarnek. Nie tylko ja to słyszałam, inni też. Ale tego kota nikt nigdy nie widział. Ani w domu, ani w ogrodzie. A często do dziadka zaglądałam raz mleko przyniosłam, raz ciasto, raz na herbatę. Zagadnęłam go kiedyś: a on tylko się śmieje i mówi, że jak złapie, to pokaże. Myślę, Jagoda, że jemu po prostu się lekko pomieszało na stare lata. No powiedz sama: gdyby kot faktycznie był, to chyba by się komuś pokazał?
Może i racja mruknęła Jagoda. Ale dziadek miał zawsze zdrowy rozsądek. Myślę, że coś po prostu nam umyka. A może to kotoszpieg, co specjalizuje się w ukrywaniu. Koty w czarnej maści się po okolicy nie gubiły?
No właśnie nie. U nas na wsi nikt czarnego kota nie ma.
Jagoda po rozmowie wróciła do swojego gospodarstwa i, żeby nie siedzieć bezczynnie, rzuciła się w wir pracy. Myślała cały czas o tajemniczym kocie.
Rzeczywiście, to dziwna sprawa. Gdyby był gdzie się podziewa?
A w tym czasie z bezpiecznej kryjówki cały czas ją obserwował czarny kot.
Dla wszystkich zebranych ludzi przez te kilka dni, tylko ona wzbudzała w nim zaufanie. Coś w niej było dobrze znajomego…
Może dlatego, że dziadek w ostatnich tygodniach częstował go mlekiem, kiełbasą, kotletami i czym się dało.
Nigdy nie pozwalał się dotknąć, tylko podglądał ludzi na dystans.
I dziadek miał rację: Czaruś panicznie bał się ludzi. Jako kocię ktoś go skrzywdził, potem dzieciaki rzucały w niego wszystkim, czym popadnie kto patykiem, kto kamieniem.
Więc wędrował z wsi do wsi, szukając domu.
Tak trafił na dziadka człowieka o łagodnym spojrzeniu.
Jego historie i opowieści kocur chłonął podczas długich wieczorów pod jabłonią choć strach nie pozwolił mu nigdy podejść bliżej.
Teraz żałował, że nie zdążył. Już miał się odważyć aż tu nagle dzień stał się inny, dziadka zabrakło.
Od razu Czaruś wyczuł zapach śmierci. Próbował wejść do domu drzwi zamknięte. Obiegł cały budynek, ale i okna niedostępne. Tak całą noc przesiedział na ganku, cichutko popłakując.
Teraz obserwował Jagodę jak się krząta, sprząta, ogarnia wszystko po swojemu.
Wiedział, że serce ma dobre jak jej dziadek.
Ale odważyć się nie śpieszył.
Traumatyczne doświadczenia nauczyły go, że pozory bywają mylące.
Jednego dnia tak się zagapił, że Jagoda go dostrzegła. Stało się to dziewiątego dnia po pogrzebie przypadek czy przeznaczenie?
Tego dnia na podwórzu znów było sporo ludzi, więc Czaruś przycupnął cicho w trawie.
Ale gdy wszyscy rozeszli się, zrobił błąd pozwolił sobie na chwilę nieuwagi. Dzięki temu Jagoda go zauważyła.
Ooo, jednak jesteś, Czaruś! Czyli dziadek opisywał prawdę! No chodź, przywitajmy się.
Gdy tylko zrobiła krok w jego stronę kot czmychnął pod krzaki i już się nie pokazał.
No co ty, tchórzu mały? śmiała się Jagoda, zaglądając pod krzewy. Jutro już muszę wracać do miasta, a ty dalej się chowasz. Nie bój się, nie zjem cię! Bardzo chcę się z tobą zaprzyjaźnić
Rozmowę podsłuchała sąsiadka Zofia, która akurat niosła ciepłe drożdżówki na drogę.
Podniosła się na palcach, by zerknąć przez płot. Jagodę zobaczyła od razu kota już nie.
No to gratuluję… pomyślała przerażona Zofia, szybko zasuwając w stronę domu, zupełnie zapomniawszy o bułkach. Najpierw dziadek, teraz wnuczka gada z niewidzialnym kotem. Te psychiczne to się chyba przenosi z człowieka na człowieka…
Po południu niebo pociemniało od granatowych chmur i powiało grozą. Kurz opadł, kury na podwórku Zosi wpadły w panikę, z oddali zagrzmiało jakby cała wieś czekała na armagedon.
Coś się zbiera… pokiwała głową Jagoda. Czysta burza idzie.
I rzeczywiście: zaczęły padać pierwsze krople, chwilę później lunął deszcz. Zawołała kilka razy kota, zapraszając do środka, ale nie pokazał się.
W tym czasie Czaruś siedział skulony w kryjówce i wsłuchiwał się w grzmoty. Bał się bardziej niż ludzi.
*****
Deszcz bębnił o dach, wiatr wył w kominie, a Jagoda przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć.
Aż nagle łubudu! ściana strzeliła na oślep błyskawicą. Na sekundę pokój rozjaśniło światło.
W cieniu firanki dwa jarzące się ślepia. Jagoda aż podskoczyła.
Jezu Chryste! wykrzyknęła, cofając się na drugi koniec łóżka.
Coś mokrego i czarnego przebiegło przez pokój, wskoczyło pod fotel, potem czmychnęło pod łóżko i tyle go widzieli.
Tak to był Czaruś.
W końcu udało jej się go wywabić. Starannie wytarła kota starym ręcznikiem, zabrała ze sobą na łóżko i przy dźwiękach burzy, tuliła go do siebie.
I nagle cała ta wichura już nie wydawała się taka straszna…
*****
Obudził ją delikatny ruch Czaruś mozolnie próbował otworzyć okno.
Poranek był słoneczny, burza odeszła w zapomnienie.
Ty to jednak przedsiębiorczy jesteś uśmiechnęła się Jagoda. Gdzie pędzisz?
Czaruś zatrzymał się i spojrzał na nią przepraszającym wzrokiem jakby wstydził się wczorajszego strachu.
Miau zamiauczał prosząco, drapiąc w szybę.
No nie, kolego. Najpierw śniadanie, potem wolność. Zdecydujesz, czy chcesz zostać na wsi, czy wracasz ze mną do Warszawy. Sądzę, że dziadek by chciał, żebyś pojechał. Ja też. Ale wybór należy do ciebie!
Nakarmiła kota, wypuściła na zewnątrz i zabrała się za pakowanie. Na autobus była jeszcze chwila.
Gdy wyszła z walizką, Czaruś wymyty i wytarty jak się patrzy już czekał na progu. Spojrzał na nią i zaczął ocierać się o nogi.
No, dobra, pakujesz się w nasze miejskie życie! zaśmiała się. Wiedziałam, że tak zdecydujesz.
Kiedy Zofia zobaczyła, jak Jagoda przytula kota (przyszła oddać jej klucze do domu), stanęła jak wryta.
To ten? TEN kot?
Ten, przytaknęła Jagoda. Niepotrzebnie wietrzycie, że dziadek zbzikował. Z głową miał się całkiem dobrze. Po prostu Czaruś to wyjątkowy przypadek bał się ludzi bardziej niż burzy. Ale już będzie dobrze. Ja na dom popilnuję, a my z Czarusiem będziemy wpadać.
To dobrze. Poczekaj, mam dla ciebie jeszcze coś na drogę, Zosia wręczyła jej torbę z bułkami z kapustą.
Dziękuję za wszystko, Zosiu.
Kiedy siedziała już w autobusie i patrzyła na chmurki na niebie, zdawało jej się, że w jednej z nich ujrzała twarz dziadka. Nawet Czaruś, siedząc na jej kolanach, patrzył tam z zainteresowaniem.
Twarz była pogodna, uśmiechnięta, jakby puszczała oczko.
Autobus ruszył, obłok zniknął, a nawet jeśli to była tylko jej wyobraźnia, to nie miało znaczenia.
Najważniejsze, że wiedziała, że dziadek nie zniknął na amen żył przecież w niej, w jej wspomnieniach i we wspomnieniach kota, którego mu przysłał los na pocieszenie.


