Dziadka już z nami nie ma

Dziadka już nie ma

Justyna właśnie wróciła z kolejnej delegacji i nie zdążyła nawet się przebrać ani rozpakować walizki, gdy zadzwoniła do niej mama.

Głos Zofii Zielińskiej był niespokojny, ale Justyna nie przywiązała do tego większej wagi.

Pewnie przez zmęczenie.

Justysiu, córeczko, już jesteś w domu?

Cześć, mamo. Tak, wreszcie dotarłam. Właśnie weszłam do mieszkania. A czemu dzwonisz? Coś się stało?

To dobrze, że już jesteś usłyszała w odpowiedzi.

Justyna od razu wyczuła, że mama chce jej coś koniecznie powiedzieć, tylko z jakiegoś powodu nie może zacząć rozmowy wprost.

Pewnie znowu zebrała nowinki z całej klatki i chce mi wszystko opowiedzieć pomyślała Justyna. Ale dziś nie była na to gotowa.

Najbardziej na świecie marzyła teraz, by wpaść do łóżka i porządnie się wyspać, bo podczas podróży pociągiem nawet nie zmrużyła oka.

W sąsiednim przedziale jechała czwórka młodych ludzi i od wieczora głośno śpiewali przy dźwiękach gitary.

Po północy zrobili istny koncert. Przygrywając do słynnej pieśni, śpiewali nawet dla niej:
Rozkwitały jabłonie i grusze,
Mgły popłynęły nad Wisłą,
Szła Justyna brzegiem rzeki,
Na wysoki, stromy brzeg

Gdyby Justyna miała lepszy humor, pewnie by się uśmiechnęła… Ale wtedy marzyła tylko o tym, by struny w gitarze popękały. Niestety, tak się nie stało.

Mamo, odpocznę chwilę po drodze, ogarnę się i zadzwonię do ciebie, dobrze? Pogadamy spokojnie?

Boję się, że nie zdążysz westchnęła mama.

Dlaczego? O co chodzi? Justyna nagle poczuła niepokój, bo głos mamy był zupełnie inny niż zwykle.

Nie zdążysz odpocząć, Justynko

Ale jak to? Przecież byłam w delegacji, mam prawo do odpoczynku. Nie planuję żadnych gości, nigdzie się nie wybieram Czyżbym o czymś nie wiedziała? Mam nadzieję, że nie zamierzasz wpaść do mnie bez zapowiedzi?

Justynko Dziadka już nie ma

Justyna pobladła, ściskając telefon w dłoni, powoli osunęła się na kanapę.
Nie spodziewała się takiej wiadomości.

To sąsiadka, pani Maria Wójcik, dziś rano do mnie zadzwoniła. Weszła do niego z mlekiem, a pan Stanisław już no Leżał w progu, trzymając się za serce, nie żył. Całą noc tam chyba leżał Trzeba jechać do wsi, pochować dziadka. Sąsiedzi pomogą, jakby co. Justynko, słyszysz mnie?

Justyna nie wiedziała, co powiedzieć. Ledwo zdołała wydusić z siebie cichutkie Tak, słyszę, mamo

Pani Maria zadzwoniła też do dalszej rodziny, ale ci odmówili przyjazdu. Powiedzieli, że gdyby coś im zapisał, może by się zastanowili, ale tak nie będą tracić czasu i pieniędzy. A dom, w którym dziadek mieszkał, wiadomo nikomu niepotrzebny Zofia zrobiła krótką przerwę i mówiła dalej:
Ja też, przyznam ci szczerze, nie mam najmniejszej ochoty tam jechać, mimo że sam pan Stanisław prosił, żebym więcej nie pokazywała się w jego domu. I na pogrzebie też nie mam być, takie sobie mieliśmy układy. Ale, Justysiu, tylko na ciebie mogę liczyć. Dasz radę pojechać, córciu? Odprowadzisz dziadka na ostatnią drogę?

Zapanowała cisza. Justyna patrzyła na szafkę, na której leżał list od dziadka.

Ostatni list, wysłany dobre kilka tygodni temu, kiedy była w delegacji i nie zdążyła go odebrać.

To już trzecia jej delegacja w pół roku i nie wiadomo, czy ostatnia. Firma, w której pracuje, otworzyła oddział w innym mieście w Lublinie i trzeba było wszystko organizować. Wysyłali tylko ją. Bo inni mają dzieci, problemy ze zdrowiem, albo jeszcze inne rodzinne sprawy Tylko ona taka wolna.

Justyno znów odezwała się Zofia w słuchawce. Nie chcę, żeby ludzie mówili, że zupełnie zapomniałyśmy o dziadku. Zrzędził czasem, ale przecież człowiek A ty miałaś z nim dobre relacje. Co powiedzieć Marii Wójcik? Pojedziesz na wieś?

Tak, mamo. Oczywiście, pojadę. Tylko

Justyna podeszła do szafki, wzięła list do ręki i znów odłożyła.

Mamo, nie rozumiem, jak to się w ogóle stało? Przecież dziadek dobrze się czuł. Jak byłam u niego na Święta, nic mu nie dolegało, energii mu nie brakowało.

Córeczko, sama nie wiem mruknęła Zofia. Wiek swoje robi. Wielu mężczyzn dziś nawet do emerytury nie dożywa, a twój dziadek skończył już siedemdziesiątkę. Grzech narzekać. Niech mu ziemia lekką będzie.

Justyna była naprawdę wstrząśnięta. Bardzo kochała dziadka i chyba tylko ona utrzymywała z nim kontakt. Ani bliższa rodzina Stanisława, ani mama nie rozmawiały z nim ostatnio.

Mama To inna sprawa. Ona z dziadkiem od lat się nie lubiła.

Stanisław nie mógł wybaczyć jej śmierci Marka, swojego jedynego syna Justyny ojca. Uważał, że go zagoniła i przez to przedwcześnie odszedł był jednym z tych, którzy, jak mówiła Zofia, nie dożyli emerytury.

Swoją drogą, Zofia naprawdę namówiła męża, by rzucił poprzednią pracę i jeździł na budowy. Dlaczego? Bo trzeba było wyremontować mieszkanie, kupić działkę i w ogóle żyć ładnie.

Marek z zawodu był nauczycielem, ale żeby zarobić więcej, jeździł na kontrakty. Tęsknił za domem, ale zawsze przywoził prezenty i pieniądze.

Aż któregoś razu nie wrócił. Serce nie wytrzymało napięcia i po prostu stanęło.

Stanisław płakał na pogrzebie tak, że serce się krajało wszystkim. Straszny to był widok.

Potem kompletnie zerwał kontakty ze swoją synową i kazał jej więcej nie pokazywać się w domu.

No i dobrze! powiedziała wtedy Zofia. Wcale mi na tym nie zależało i niczemu nie jestem winna! Facet powinien zarabiać. Gdyby Marek miał chore serce, by mi powiedział Skąd miałam wiedzieć?!

Stanisław z trudem powstrzymał się wtedy, by nie rzucić czymś w synową.

Przez te wszystkie lata utrzymywał kontakt tylko z wnuczką, którą bardzo kochał i która odwzajemniała tę miłość.

Gdy była dzieckiem, jeździła do dziadka na wakacje. Gdy dorosła, skończyła studia i zaczęła pracę, zaczęli do siebie pisać.

Tak, pisali listy.

Dziadek nigdy nie uznawał telefonów, tabletów ani komputerów. Z tego powodu rodzina i niektórzy sąsiedzi uważali go za innego.

Zwariował szeptały emerytki. Najpierw stracił żonę, potem syna. Jak tu nie oszaleć?

W ostatnich tygodniach nawet pani Maria, sąsiadka, zastanawiała się, czy Stanisław nie traci rozumu zaczął gadać do kota.

Tylko że nikt tego kota nigdy nie widział.

Po rozmowie z mamą Justyna odłożyła telefon na łóżko, długo patrzyła w jeden punkt, aż się rozpłakała.

Tak bardzo chciała odwiedzić dziadka latem, ale jak zwykle przeszkodziły delegacje.

Szef, jeśli już o tym mowa, dość dziwnie reagował na jej zastrzeżenia:

Zgodnie z umową, pani Justyno, mam prawo. Nie pasuje nikt tu pani nie trzyma. Sama pani wie, gdzie indziej taką pensję pani dostanie?

A faktycznie zarobki miała dobre. Może dlatego spokojnie znosiła te wszystkie wyjazdy.

W końcu kiedyś te delegacje się skończą, a ona wróci do normalnego trybu.

Choć i tak było jej przykro przez taki stosunek przełożonych bo przecież człowiek to nie maszyna. Mogłaby mieć życie prywatne, nawet jeśli go nie miała, i też miała prawo czasem być zmęczona.

*****

Na cmentarzu wszystko przebiega zgodnie z planem: po minucie ciszy, gdy w wieko trumny, pokrytej bordowym aksamitem, zostaje wbity ostatni gwóźdź, mężczyźni na linach opuszczają trumnę do grobu.

Pozostaje tylko wrzucić garść ziemi, a potem zasypać wszystko.

Świeże kwiaty, wieńce, nowa mogiła. Czy to naprawdę wszystko? nie mieści się Justynie w głowie. Był dziadek, nie ma dziadka

Został jeszcze stypa, podczas której pije się dużo wódki, wygłasza przemowy, wspomina zmarłego.

Dzięki tym słowom i wspomnieniom podczas stypy i później Stanisław zostanie w pamięci ludzi, którzy go znali.

Kiedy skończyły się jedzenie i alkohol, ludzie pożegnali Justynę i zaczęli wracać do siebie domów lub sklepów.

Po chwili została całkiem sama. Czuła żal i dziwną pustkę.

Nie zdążyłam Nie zobaczyłam dziadka, nim odszedł na zawsze myślała ze ściśniętym gardłem.

Żeby się oderwać od tych myśli, zaczęła sprzątać.

Najpierw porządnie przewietrzyła pokoje, potem umyła stare drewniane podłogi, starła kurz, zmieciła pajęczyny, schowała jedzenie do lodówki.

Oddychało się łatwiej.

Dom dziadka solidny, przestrzenny, po wiejsku przytulny, choć skromny i trochę surowy, zachęcał do spokoju.

Spojrzała przez okno: już wieczór. Wyszła na próg i zaczerpnęła pełną piersią pachnącego, wiejskiego powietrza.

Zaczęła oglądać podwórko. Nic specjalnego równo pocięte grządki, choć w tym roku puste. Dziadek niczego nie posadził. Może przeczuwał, że odchodzi?

W sadzie kwitły jabłonie, krzaki porzeczek i malin. Stanisław nigdy nie pozwalał, by ziemia leżała odłogiem. Dbał o wszystko, jak tylko mógł.

Ciekawe, kto teraz się tym zajmie? westchnęła Justyna.

Usiadła pod jabłonią i zadzwoniła do matki, by ją powiadomić, że odprowadziła dziadka w ostatnią podróż.

Dobra robota, Justynko. Jaki był, taki był, ale człowiek

Był normalny, mamo. Po prostu w jego życiu było za dużo cierpienia. Nie miej do niego urazy. Najbardziej kochał tatę, stąd te nieprzyjemne słowa pod twoim adresem.

Daj spokój, Justysiu westchnęła Zofia. Nie mam żalu. Niech leży spokojnie. Powiedz, kiedy wracasz? Dziwnie tam samej, co?

Jeszcze nie wiem, wzięłam wolne w pracy i chcę trochę odpocząć na wsi. Spędzę tu dziewięć dni. Może byś przyjechała?

Justynko, gdzie mi tam się wyprawiać? I czasu brak sama wiesz, sezon działkowy

Jasne, ale przypominam, że tu jest też grób taty, a jeszcze ani razu od pogrzebu nie przyszłaś na cmentarz.

Ja mówiłam Stanisławowi, że grzebać Marka trzeba było w Warszawie, nie w wiosce. No ale nie słuchał. Oj, zaczyna się serial. Lecę, Justysiu, dzwoń jak coś!

Justyna się uśmiechnęła.

Jej mama jak zwykle: gdy nie wie, co powiedzieć, od razu ma ważne sprawy.

Wróciła do domu, zaparzyła herbatę z suszonych liści porzeczki, mięty i melisy, które znalazła w zapasach dziadka, wypiła i poszła spać.

Przed snem znów wyjęła z torebki list od dziadka. Oczywiście przeczytała go od razu po przyjeździe.

Ale ten list budził w niej dziwne uczucia.

Zazwyczaj dziadek pisał o sobie, tym razem cały list był o jakimś kocie.

Jakim kocie, Justyna nie pojęła nigdy żaden kot nie mieszkał u dziadka. Stanisław do zwierząt w ogóle nie miał słabości.

Postanowiła wrócić do lektury w spokojniejszej atmosferze. Przeczytała jeszcze raz.

Znów nie mogła zrozumieć

Kto to ten Czarnuś? Skąd się wziął?

Wyobraź sobie, Justynko, Czarnuś pije mleko! Słyszałem, że dorosłym kotom nie wolno, a on wypił chyba pół słoja. Trzeba będzie znowu poprosić sąsiadkę Marię o mleko. Może się zdziwi? Czasem ledwo starczało mi tych trzech litrów na tydzień, a teraz już muszę prosić znowu Ale daję jej za to pieniądze, więc się cieszy. Czarnuś bardzo głodny. Nie wiem, czym go karmić, bo prawie pusto w lodówce. I ciągle się kryje, ledwo go widzę, tylko coś czarnego mignie przy stodole. Ani za dnia, ani z latarką w nocy. Tylko czasami czuję czyjś wzrok na plecach, chyba jego, koci Czekam, aż przyjedziesz, wnuczko. Może ty go złapiesz, albo razem spróbujemy. Chyba ludzie go skrzywdzili i dlatego wszystkich unika

To był tylko wycinek, bo dziadek większość listu poświęcił Czarnusiowi. Ale…

tak naprawdę żadnego Czarnusia nie było. Justyna przez kilka dni nie zauważyła żadnego kota. Ani na posesji, ani w domu.

A przecież gdyby był na pewno by go zobaczyła!

Choć wzrok na plecach, o którym pisał dziadek, Justyna poczuła dziś bardzo wyraźnie. Kilka razy się obejrzała, ale nikogo nie zauważyła.

Muszę jutro zapytać panią Marię o tego kota Czarnusia

*****

Obudziła się o świcie.

Drobne promienie światła przebijały się przez zasunięte firanki. Za oknem świergotały wróble, w oddali piały koguty. Typowy, wiejski poranek.

Justyna wstała i szeroko otworzyła okno, zamknęła oczy i wsłuchała się w dźwięki, których nie znała z miasta.

Przypomniały jej się lata dzieciństwa, wakacje u dziadka, robienie budek dla ptaków I przypomniała sobie o sąsiadce i o kocie.

Jaki kot? zdziwiła się Maria Wójcik.

Sama nie wiem Czarnuś. Kiedy pisał do mnie w kwietniu, nie wspomniał o nim ani słowem. Dopiero w ostatnim liście pisał tylko o Czarnusiu.

A-a, już wiem! Maria uderzyła się dłonią w czoło. Miesiąc temu Stanisław zaczął rozmawiać z jakimś kotem. Raz przechodziłam, słyszałam, jak prosi, by się pokazał. Zajrzałam przez płot nikogo nie widziałam. Następnego dnia to samo. Potem niemal codziennie gadał ze swoim niewidzialnym przyjacielem: opowiadał mu o swojej żonie, o synu I tak, nazywał go Czarnusiem. To nawet ludzie słyszeli, przechodząc obok. Ale kota nikt nigdy nie widział! A ja do niego zaglądałam często raz z mlekiem, raz z ciastem, raz na herbatę. Spytałam wprost, to się żartobliwie wykręcał: Jak złapię, to pokażę. Moim zdaniem, po prostu zdziwaczał na starość. Sama powiedz, gdyby kot był ktoś by go chyba zauważył?

No tak zamyśliła się Justyna. Ale dziadek miał głowę na karku, jestem pewna. Może po prostu my czegoś nie wiemy, albo kot naprawdę się tak dobrze ukrywa. Nie zginęły wam we wsi koty ostatnio?

O to chodzi, że nie zginęły. I nikt czarnych kotów tu nie ma.

Wróciwszy do siebie, Justyna zabrała się za porządki na podwórzu.

Cały czas myślała o kocie, o którym tak dużo pisał dziadek, a nikt go nie widział.

Naprawdę dziwna sprawa jeśli był, to gdzie się podział?

A tymczasem, z ukrycia, właśnie nią zainteresował się czarny kot.

Czarnuś od dłuższego czasu ją obserwował. Z ludzi, którzy przez ostatnie dni kręcili się po działce, najbardziej ciągnęło go właśnie do niej. Coś w niej było znajomego i bliskiego

Może po prostu przypominała mu dziadka, który przez ostatni miesiąc poił go mlekiem, karmił kiełbasą czy kotletem.

Czarnuś nie pokazywał się jej na oczy, patrzył z ukrycia.

Stanisław miał rację kot bał się ludzi i dlatego się chował.

Bał się okrutnie. Gdy był mały, ciągle był przeganiany, a potem rzucano w niego różnymi rzeczami: kijami, kamieniami.

Nie zaznał szczęścia wśród ludzi. Przemieszczał się od wsi do wsi, mając nadzieję znaleźć dom.

Tak trafił do dziadka, który od razu wydał mu się inny. Miał dobre oczy i łagodny głos.

Zasłuchiwał się w opowieściach Stanisława, kiedy ten dzielił się z nim smutkami na ławce pod jabłonią albo gdy krzątał się po podwórku. Czarnuś żałował tego człowieka.

Jednak strach przed ludźmi był większy niż chęć wyjścia z ukrycia.

A teraz żałuje, że nie udało mu się zaprzyjaźnić z dziadkiem bliżej. Już prawie się odważył, ale pewnego dnia dziadek odszedł.

Czarnuś od razu poczuł zapach śmierci. Rzucił się pod drzwi, ale te były zamknięte. Próbował przez okna też zamknięte. Do rana siedział na ganku i cicho płakał.

Teraz obserwuje tę nową dziewczynę, czuje, że ma dobre serce.

Takie ciepłe jak u dziadka. I duszę niezatwardziałą.

Niby wszystko dobrze, ale na razie nie odważył się pokazać jej na oczy.

Doświadczenie nauczyło go, że ostrożności nigdy za wiele.

Raz jednak Justyna nagle się odwróciła i go zauważyła. Stało się to akurat w dziewiąty dzień po pogrzebie.

Tak chyba chciało niebo.

Tego dnia na posesji znowu zebrało się wielu ludzi i Czarnuś był bardzo dyskretny.

Gdy goście się rozeszli, kot trochę się rozluźnił i właśnie wtedy Justyna go zobaczyła.

A więc to ty, Czarnusiu! A dziadek pisał o tobie prawdę. Chodź tutaj, poznajmy się!

Ale kiedy tylko zrobiła krok w jego stronę, kot zniknął i już go nie widziała.

No dalej, Czarnuś, nie bój się! wołała radośnie do krzaków. Jutro wracam do miasta, a ty wciąż się chowasz. Chciałabym się z tobą zaprzyjaźnić

Tę rozmowę usłyszała pani Maria, która przyniosła Justynie kapuśniaczki na drogę.

Usłyszała, jak Justyna z kimś gada, podeszła do płotu, stanęła na palcach i zajrzała na podwórko.

Zobaczyła Justynę, kota jednak nie.

No nie pomyślała przestraszona Maria, wracając szybko do siebie, zapominając o pierogach. Najpierw jej dziadek, teraz ona gada z niewidzialnym kotem. Psychiczne choroby teraz chyba przez powietrze się przenoszą?

Po południu niebo nadciągnęło granatowymi chmurami, przysłaniając słońce.

W powietrzu zawisła dziwna, groźna cisza, którą przerywało jedynie gdakanie przestraszonych kur na posesji Marii i daleki pomruk grzmotu.

Pogoda się psuje skrzywiła się Justyna, patrząc w niebo. Burza idzie, nie ma wątpliwości.

I rzeczywiście nad wieś sunęła potężna nawałnica. W jednej chwili zerwał się wiatr, spadły pierwsze grube krople.

Wołała kota, by wszedł do domu, ale nie przyszedł

Czarnuś trzymał się wtedy w kryjówce, wystraszony odgłosami burzy. Bał się Jeszcze bardziej niż ludzi.

*****

Deszcz bębnił w dach, to ustępując, to przybierając na sile. Na dworze dawno zapadła ciemność, a Justyna niespokojnie przewracała się w łóżku. Nie mogła zasnąć.

Aż nagle zagrzmiało!

Natychmiast usiadła, wystraszona spojrzała w okno. Nigdy nie słyszała tak mocnych grzmotów. I nie tylko grzmotów

Za oknem błyskały pioruny, a każdy rozświetlał pokój na sekundy.

Firany powiewały w otwartym oknie, aż Justyna pomyślała, że trzeba je zamknąć.

Właśnie wtedy przez okno zajrzały dwa błyszczące oczy.

O rety! zawołała, zsuwając się do tyłu.

Po chwili coś czarnego i mokrego wpadło do pokoju, przemknęło obok nóg, wbiegło do szafy, po chwili wróciło pod łóżko i tam zostało.

To przecież Czarnuś! domyśliła się Justyna.

Gdy zajrzała pod łóżko, siedział tam przerażony, mokry czarny kot.

Musiała się nieźle nagimnastykować, by go wyciągnąć, ale się udało.

Osuszyła go ręcznikiem, wzięła do łóżka i gdy za zamkniętym oknem szalała burza, oni dwoje ogrzewali się wzajemnie swoim ciepłem.

Nawet błyskawice i huk grzmotów już nie były takie straszne.

*****

Justyna obudziła się, gdy ktoś próbował otworzyć okienko. Wiadomo kto. Czarnuś oczywiście.

Poranne światło wlewało się do pokoju było po burzy.

Gdzie się wybierasz, koleżko? uśmiechnęła się do kota na parapecie.

Czarnuś zastygł, po chwili spojrzał na nią przepraszająco.

Miau zamiauczał, drapiąc w szybę, prosząc o wypuszczenie.

Oj nie, najpierw śniadanie. A potem potem sam zdecydujesz. Chcesz zostać tu czy jedziesz ze mną? Myślę, że dziadek bardzo by sobie tego życzył. Ja na pewno tego chcę. Ale decyzja należy do ciebie.

Nakarmiła kota i wypuściła go na dwór, a sama zaczęła szykować się do powrotu do Warszawy. Zostało kilka godzin do autobusu.

Kiedy wychodziła z domu z torbą, Czarnuś już czekał na ganku.

Stanął, popatrzył w oczy i zaczął ocierać się o jej nogi. Podjął decyzję jedzie z nią do miasta. Bo z nią czuł się dobrze. Bo ona nie krzywdzi. Dzięki niej pokonał strach przed burzą i ludźmi…

I po prostu miał już dość ukrywania się. Chciał być zwyczajnym domowym kotem.

No i brawo, Czarnuś uśmiechnęła się Justyna. Wiedziałam, że tak zrobisz.

Kiedy Maria Wójcik zobaczyła Justynę z kotem na rękach (przyszła jej oddać klucze od domu ktoś musi przypilnować pod nieobecność), bardzo się zdziwiła.

To ten kot?

Ten potwierdziła Justyna. A widzi pani, dziadziuś miał rację. Wszystko w porządku z jego głową. Tylko po prostu kot był wystraszony. Ludzi się bał, a burzy jeszcze bardziej. Ale już będzie dobrze.

O matko A już naprawdę myślałam, że Stanisław oszalał Widzisz, Justynko, przypilnuję domu. Przyjedziesz tu jeszcze?

Oczywiście, będziemy z Czarnusiem przyjeżdżać. Nie wiem jak często, ale przyjedziemy na pewno.

To dobrze. A tu masz coś na drogę podała jej siatkę z pierogami.

Dziękuję, pani Mario. Za wszystko dziękuję.

Kiedy Justyna siedziała już w autobusie, spojrzała w niebo i przez chwilę wydawało jej się, że ujrzała w chmurach twarz dziadka.

Nawet Czarnuś na jej kolanach przytulił się do szyby i patrzył w górę.

Twarz patrzyła na nich życzliwie i uśmiechała się. Jakby mrugała okiem.

A potem autobus ruszył, a chmura zniknęła z oczu. I nawet jeśli im obojgu to tylko się wydawało, nie miało to już znaczenia.

Najważniejsze było, że dziadek nie odszedł bez śladu. Żył w ich głowach i sercach. I gdziekolwiek teraz jest, Stanisław na pewno cieszy się, że jego wnuczka i jego zagadkowy, koci przyjaciel odnaleźli się.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × 2 =

Dziadka już z nami nie ma