Dziadek odszedł na zawsze

Dziadka już nie ma

Dzisiaj długo nie mogłam zasnąć, chociaż wróciłam z kolejnej delegacji wykończona jak nigdy. Nie zdążyłam się nawet rozebrać czy rozpakować walizki, gdy zadzwoniła mama.

Od razu usłyszałam w jej głosie jakieś napięcie, ale może byłam zbyt zmęczona, by się tym przejmować.

Kinga, córeczko, jesteś już w domu? spytała mama, Grażyna Witkowska.

Cześć, mamo. Tak, właśnie weszłam do mieszkania. A dlaczego pytasz o tej godzinie? Coś się stało?

To dobrze. Dobrze, że jesteś już w domu.

Od razu poczułam, że mama coś chce mi powiedzieć, ale nie może się zebrać na odwagę. Może nie wiedziała, jak zacząć, albo z innego powodu zbywała i odwlekała.

Pewnie znowu zebrała plotki z całego osiedla i nie może się doczekać, żeby mi wszystko opowiedzieć pomyślałam. Ale tego wieczoru nie miałam na to ochoty. Marzyłam tylko, by paść na łóżko i porządnie się wyspać całą noc w pociągu nie zmrużyłam oka.

W sąsiednim przedziale jechała wesoła czwórka młodzieży, która od samego początku była pod wpływem i po północy urządzili koncert z gitarą. Śpiewali chyba wszystkie możliwe piosenki nawet o mnie się znalazła:

Szły dzieweczki do laseczka,
Do zielonej, do zielonej, do gęsteczka

Gdybym była w lepszym nastroju, może bym się nawet uśmiechnęła, ale wtedy marzyłam tylko o ciszy. Niestety, żadne struny w gitarze nie pękły

Mamo, ja naprawdę muszę się chwilę ogarnąć po podróży. Oddzwonię potem, dobrze?

Nie sądzę, córciu mama westchnęła.

Ale o co chodzi? Co się nie uda?

I dopiero wtedy dotarło do mnie, że jej głos jest obcy, wymęczony.

Nie wypoczniesz, Kingo.

Dlaczego? Przecież mam prawo się położyć, byłam na delegacji, nie mam żadnych gości i nie wybieram się do nikogo A może czegoś nie wiem? Obyś mi tylko nie miała zamiaru wpaść z niezapowiedzianą wizytą!

Kinga, już dziadka nie ma

Zbladłam, cisnęłam telefon do ucha, a miękkie kolana wcisnęły mnie w sofę.

Tego się nie spodziewałam.

Zadzwoniła do mnie rano jego sąsiadka, pani Maria Jaśkiewicz. Weszła do niego z mlekiem, a tam Staś już leżał przy wejściu Trzymał się kurczowo za serce, nie oddychał. Całą noc musiał tam leżeć. Musisz jechać do wsi, pochować dziadka. Sąsiedzi pomogą. Dasz radę, córeczko?

Nie mogłam z siebie nic wydusić, tylko jakieś ledwo słyszalne hm.

Maria zadzwoniła do rodziny dziadka, ale oni od razu się wyparli. Jakby spadek zostawił to może by jeszcze przyjechali, a tak to po co? Dom od lat nikomu niepotrzebny zrobiła przerwę mama i znów mówiła:

Prawdę mówiąc mnie też nie po drodze jechać na wieś. Staś sam kiedyś poprosił, żebym więcej do niego nie przyjeżdżała, nawet na pogrzeb. Obiecałam, że tak będzie. Zostałaś tylko ty, Kinga. Zawieziesz staruszka na tamten świat?

Długo milczałam. Patrzyłam na szafkę, gdzie leżał jeszcze nieotwarty list od dziadka.

Ostatni list, wysłany patrząc na datę stempla miesiąc temu.

Nie zdążyłam go odebrać, byłam wtedy w delegacji.

To już trzecia taka w pół roku i pewnie nie ostatnia. Firma otwierała nowy oddział w Katowicach, wszystko trzeba było tam poustawiać. Tylko mnie wysyłali inni chorzy, dzieci mają albo osobiste sprawy. Tylko ja taka niezależna.

Kingo, znów odezwała się mama. Nie chcę, żeby sąsiedzi myśleli, że o dziadku zapomnieliśmy. Był uparty, ale to człowiek. I chyba miałaś z nim lepszy kontakt niż z kimkolwiek innym. Co mam powiedzieć pani Marii? Jedziesz?

Jasne, mamo, pojadę. Tylko

Podniosłam list, przejechałam palcami po kopercie i odłożyłam na szafkę.

Mamo, jak to możliwe? Przecież Staś dobrze się czuł na Boże Narodzenie. Zdrowy, żartował nawet.

Kinga, no ja skąd mam wiedzieć? Wieku nie oszukasz. Twój dziadek swoje przeżył. Tyle lat Teraz wielu mężczyzn nawet do emerytury nie dożywa, a on już tak długo Niech mu ziemia lekką będzie.

Zamurowało mnie. Naprawdę kochałam dziadka i byłam chyba jedyną osobą, która w ostatnich latach z nim się kontaktowała. Jego rodzina ani mama, ani kuzyni nie chcieli słyszeć o spotkaniach.

Mama wiadomo, tam niechęci nie brakowało. Staś obwiniał ją za śmierć ojca, że to przez nią jego jedyny syn mój tata tak się zajechał na tych wyjazdach, aż w końcu serce mu nie wytrzymało. Mama zawsze powtarzała z kolei: mężczyzna musi zarabiać. Remont, działka, lepsze życie więc tata był ciągle na kontraktach, choć był nauczycielem z wykształcenia. Miesiącami nie było go w domu, za to przyjeżdżał z pieniędzmi i prezentami.

Aż pewnego dnia nie wrócił.

Na pogrzebie dziadek nawet nie płakał wył. To było potworne przeżycie. Tym bardziej zrozumiałe: rodzice nie powinni żegnać swoich dzieci.

Po pogrzebie Staś zerwał kontakt z mamą, powiedział, że nie chce jej więcej widzieć nawet na własnym pogrzebie.

Odpowiedziała wtedy: Bardzo proszę. Nie paliło mi się, żeby tam jeździć. I nie mam sobie nic do zarzucenia! Nie mówił mi o problemach z sercem. Skąd miałam wiedzieć?

Staś ledwo się powstrzymał, żeby nie rzucić w nią kawałkiem drewna, który leżał pod ławką.

Ze mną natomiast korespondował do końca. Jeszcze w szkole co lato przyjeżdżałam do niego na wakacje, później pisałam listy. Ot, taka nasza tradycja. Nie uznawał komórek, laptopów, komputerów. Po co SMS-y czy e-maile, skoro można napisać list?

Ludzie we wsi już się dziwili. Twierdzili: Na głowę upadł, kobieta mu umarła, syn zszedł przedwcześnie, więc zdziwaczał. Ostatni miesiąc zdziwienie we wsi tylko narastało zaczął gadać z kotem. I nie chodziło o zwykłe pogaduchy z domowym futrzakiem nikt tego kota na oczy nigdy nie widział.

Po rozmowie z mamą długo gapiłam się w jeden punkt. Potem się rozkleiłam. Tak liczyłam, że latem odwiedzę dziadka. Planowałam już wiosną, potem kolejna i kolejna delegacja. A szef tylko się złośliwie uśmiechał: Legalnie mogę, Kingo, prawo jest po mojej stronie. Nie pasuje? Cóż, nie trzymam na siłę. Ale z taką pensją nigdzie indziej nie znajdziesz.

Fakt zarabiałam dobrze, ale relacje Cóż, po ludzku powinno się podchodzić do ludzi, choćby i do pracowników. Komu z nas nie należy się trochę odpoczynku?

*****

Na cmentarzu wszystko przebiegało jak zwykle. Minuta ciszy, wbicie ostatniego gwoździa w wieko, opuszczenie trumny w dół. Każdy dokłada grudkę ziemi.

Świeże kwiaty, wieniec. Nowy grób. To naprawdę już koniec? Był dziadek i już go nie ma?

Choć nie jeszcze stypa. Mnóstwo wódki i pochwał pod adresem zmarłego. Może właśnie przez te rozmowy, wspomnienia, Staś jeszcze trochę pożyje w naszej pamięci. Już tylko w niej.

W końcu wszyscy zaczęli się rozchodzić. Ja zostałam sama, czując się jednocześnie obco i przykro.

Nie zdążyłam Nie zdążyłam się z nim pożegnać.

Dla zajęcia czymś rąk i myśli przewietrzyłam pokoje, umyłam podłogi, starłam kurz, zmiotłam pajęczyny pod sufitem, a resztki jedzenia wstawiłam do lodówki.

Oddychało się już trochę lepiej.

Dom dziadka zawsze był prosty, gościnny, po wiejsku, ale zadbany. Wyszłam na ganek, zaciągnęłam się powietrzem wieczoru i poszłam obejrzeć ogród. Zwykłe rzędy grządek puste w tym roku. Może już czuł, że to koniec, więc nic nie posiał?

W sadzie kwitły jabłonie, porzeczki i maliny. Dziadek nigdy nie pozwalał, by ziemia leżała odłogiem.

Ciekawe, kto się tym teraz zajmie? pomyślałam.

Usiadłam na ławce pod jabłonią i zadzwoniłam do mamy. Zreferowałam pogrzeb.

Dobrze zrobiłaś, Kinguniu. Raz był uparty, ale człowiek to człowiek.

Był normalny, mamo. Po prostu życie go mocno doświadczyło. Nie miej do niego żalu. Kochał mojego tatę i całe to zamieszanie z niechęcią po pogrzebie To z żalu, nie ze złej woli.

No już dobrze, Kinga, wszystko dobrze. Powiedz lepiej, kiedy wracasz do Warszawy? Dzisiaj? Jutro? Sama tam chyba nie zostaniesz, strach tak w pustym domu.

Jeszcze nie dziś, mamo. Wzięłam wolne, chcę parę dni zostać. Odpocznę od miasta, poza tym już zaraz będzie dziewięć dni. Może przyjedziesz na tą dziewiątkę?

Kinga, mnie tam się nie chce jechać, i teraz sezon działkowy pełną parą. Wiesz, ile roboty! Poza tym zawsze mówiłam, żeby tatę chować w mieście, nie na wsi. A Staś nie chciał słuchać

Dobrze, niech ci będzie żartowałam ale pamiętaj, że grób taty też tu jest. Ani razu się tam nie pojawiłaś od czasu pogrzebu.

No widzisz, teraz mam serial, potem sprzątanie. Ale dzwoń, jakby co!

Zaparzyłam herbatę z suszonych listków porzeczki, mięty i melisy, które jeszcze zostały po dziadku. Usiadłam z kubkiem w dłoniach i zanim poszłam spać, jeszcze raz sięgnęłam po list od dziadka. Przeczytałam go już wcześniej, ale w głowie zostało tylko jedno dziadek pisał o jakimś kocie.

Żadnego kota nigdy u niego nie widziałam. Do zwierząt był raczej chłodny, więc skąd nagle wzięty Czarny?

Fragmenty powtarzały się w mojej głowie:

Wyobraź sobie, Kinguniu, mój Czarny uwielbia mleko. Mówili mi, że dorosłym kotom nie wolno, ale Czarny wczoraj wydoił pół butelki. Znów sąsiadka będzie musiała mi przynieść mleko, jeszcze się zdziwi… Czarny ciągle się chowa, ledwo go widzę kątem oka czarna plama śmignie do szopy i tyle go widziałem. Czuję tylko wzrok na plecach Bardzo czekam na Ciebie, może ty go ujarzmisz?

Próbowałam znaleźć w tym sens, ale żadnego kota nigdzie nie widziałam.

Jednak spojrzenie na plecach, o którym pisał Staś, sama dziś wyczułam. Kilka razy aż się obejrzałam, lecz nikogo nie dostrzegłam.

Zapytam jeszcze pani Marii Jaśkiewicz, może ona coś wie o tym Czarnym, pomyślałam, kładąc się spać.

*****

Obudziłam się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Za oknem świergotały wróble, gdzieś dalej piejące koguty próbowały się przekrzyczeć. Wiejskie poranki są inne niż w mieście.

Otworzyłam szeroko okno, zamknęłam oczy i cofnęłam się myślami do dzieciństwa. Te wakacyjne wypady do dziadka, wspólne budowanie budek dla ptaków I przypomniałam sobie, że miałam pójść do sąsiadki.

Jaki kot? zdziwiła się pani Maria, gdy opowiedziałam o liście.

Sama nie wiem Czarny. Wcześniej o nim nie pisał, a tu w tym ostatnim tylko o nim.

Och, chwileczkę Rzeczywiście, od mniej więcej miesiąca Staś zaczął rozmawiać z jakimś kotem. Słyszałam przez płot, jak go ułagadzał, mówił do niego po imieniu. Zajrzałam przez deski nikogo. Tak było dzień po dniu. Twierdził, że jak złapie, to pokaże. Ale nikt go nie widział. Ani ja, ani inne gospodynie ze wsi. Ani kotów czarnych, ani kotów w ogóle ostatnio nie zaginęło. Wyglądało, jakby Staś powoli postradał zmysły.

Może Ale nie wyglądało na to, żeby tracił zdrowy rozsądek. Może rzeczywiście kot tak się ukrywał? zamyśliłam się. Albo o czymś po prostu nie wiemy.

Wracając, zabrałam się do sprzątania podwórka, myśląc ciągle o kocie, którego nikt nie widział, a o którym dziadek tak dużo pisał. Było to dziwne Jeśli istniał gdzie się podział?

Tymczasem zza krzaka z ostrożnością obserwował mnie mały, czarny kot.

Zwrócił na mnie uwagę już wcześniej, spośród wszystkich ludzi, którzy krzątali się po obejściu, to do mnie jakoś go ciągnęło Czuł, że jestem swoja.

Może przypominałam mu dziadka, który ostatni miesiąc poił go mlekiem, dokarmiał, rozmawiał i dzielił się samotnością. Kot wciąż się bał ludzi, bo wiele razy go skrzywdzili i kije, i kamienie się zdarzały.

Od tamtej pory wędrował z wsi do wsi w poszukiwaniu domu, aż trafił tutaj, do Stasia, który spojrzał na niego dobrymi oczami.

Kot się nie ujawniał tylko obserwował z ukrycia.

Gdy w końcu odważył się podejść bliżej, Staś już nie żył Czarny wywąchał śmierć, ale nie dostał się do środka. Całą noc płakał pod drzwiami, szeptem, żałośnie

Teraz przyglądał mi się coraz odważniej, ale nadal nie chciał wyjść z ukrycia.

Podczas dziewiątego dnia po pogrzebie, gdy wszyscy już rozeszli się do domów, spostrzegłam kątem oka czarną sylwetkę pod krzakiem.

No proszę, jesteś. Dziadek miał rację! To ty, Czarny! Chodź, przyjdź! ucieszyłam się.

Ale tylko poruszyłam się w jego stronę, natychmiast się schował.

No co ty, Czarny, taki płochliwy? Jutro wracam do miasta, a ty się boisz. Nie bój się, chcę się tylko zaprzyjaźnić.

Ten dialog usłyszała właśnie pani Maria, która przyszła z paczką rogalików do pociągu.

Podniosła się na palcach przy płocie i zobaczyła tylko mnie.

O rety Najpierw dziadek, teraz wnuczka gada z niewidzialnym kotem. Chyba te choroby już w powietrzu się przenoszą westchnęła i pognała do siebie, zostawiając rogaliki na ławce.

Wczesnym popołudniem zbierała się burza. Niebo szybko zaciągnęły granatowe chmury, powietrze wypełniła dziwna, nerwowa cisza. Kury na podwórzu sąsiadki gdakały niespokojnie, czasem grzmiało w oddali.

Burza idzie pomyślałam. Rzeczywiście: za chwilę zaczęło padać. Zawołałam Czarnego, żeby przyszedł się schować, ale nie pojawił się nawet na chwilę

W swojej dziupli przy ziemi leżał skulony i trząsł się bardziej niż zwykle. Bał się burzy jeszcze bardziej niż ludzi.

*****

Deszcz bębnił o dach bez przerwy. Za oknem było już ciemno, a ja przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć.

Aż nagle huknęło piorun trzasnął blisko domu.

Wyskoczyłam przerażona i spojrzałam przez okno. Błyskawice waliły prawie że prosto w podwórko. Firany tańczyły w oknach, wiatr był jak szalony.

Gdy już chciałam zamknąć okno, w świetle kolejnej błyskawicy zobaczyłam dwa święcące ślepia ktoś, a właściwie coś, próbowało się dostać do środka.

O matko! krzyknęłam, a moment potem przez okno przeleciał czarny, przemoczony kształt. Kot przebiegł przez pokój, skrył się pod łóżkiem i nic już nie było słychać poza deszczem.

To Czarny! pomyślałam.

Wywabiłam go delikatnie, osuszyłam ręcznikiem i położyłam obok siebie na łóżku.

Przytuleni do siebie, nie baliśmy się już ani burzy, ani świata na zewnątrz.

*****

Rano kot próbował otworzyć okno. W pokoju było jasno, burza przeszła, świeciło słońce.

Dokąd się wybierasz, przyjacielu? zapytałam Czarnego, który siedział na parapecie.

Zatrzymał się, obejrzał i spojrzał na mnie wzrokiem, w którym było coś z wdzięczności.

Miau zamiauczał, drapiąc futrem przy oknie.

Najpierw śniadanie. Potem zdecydujesz, czy zostaniesz tutaj, czy pojedziesz ze mną do miasta. Jestem pewna, że dziadek by tego chciał. I ja też. Ale wybór należy do ciebie.

Po śniadaniu wypuściłam go na dwór i zaczęłam się pakować. Do autobusu miałam jeszcze parę godzin. Gdy wyszłam z walizką, Czarny już czekał na ganku, ocierał się o moje nogi.

Podjął decyzję chce jechać ze mną do Warszawy. Może i ludzi się nadal trochę bał, ale ze mną już nie.

Cieszę się, czarnuszku szepnęłam z uśmiechem. Wiedziałam, że to wybierzesz.

Poszłam pożegnać się z panią Marią i oddać jej klucze. On siedział dumnie na moich rękach.

To ten sam kot? zdziwiła się.

Tak, ten sam Czarny. Zdziwicie się, ale wszystko z moim dziadkiem było w porządku. Po prostu kot był strachliwy, a ja go tylko znalazłam i trochę pogłaskałam.

No proszę No to pilnuj domu Stasia. Przyjedziecie jeszcze?

Oczywiście. Teraz już razem.

I masz, podała mi siatkę z rogalikami. Na drogę

Gdy siedziałam już w autobusie, patrzyłam na przelatujące za szybą chmury. Przez chwilę wydawało mi się, że w jednym z nich widzę twarz dziadka. Czarny, skulony na moich kolanach, również przyglądał się niebu.

Twarz Stasia uśmiechała się łagodnie, mrugała do nas po czym zniknęła wśród obłoków. Może tylko mi się wydawało, może i Czarnemu, ale przecież nieważne.

Bo wiem, że dziadek nie odszedł zupełnie. Został w naszej pamięci. W moim sercu. A wiem, że gdziekolwiek jest na pewno się cieszy, że odnalazłyśmy się z Czarnym.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × dwa =

Dziadek odszedł na zawsze