Dwie żony: Miłość, zdrada i nieprzewidziane konsekwencje

Nierodzicza staruszka już nie jest starą babą, a jedynie półbabą tak mawiała moja teściowa, westchnęła i gorzkim uśmiechem spojrzała na mnie.
Nie słuchaj jej, nagle i donośnie przerwała półgłucha sąsiadka Basia, Bóg wie, co czyni. Nie masz jeszcze czasu na dziecko, On widzi wszystko z wyprzedzeniem.
Jak to widzi? zapytała z rozpaczą Marzena, łzy spływały po jej policzkach. Rzadko mówiła o tym głośno, w sercu trzymała ból, a teraz wróciła do rodzinnej wioski, oddalonej dziesięć kilometrów, aby odwiedzić grób matki i porozmawiać z podstarzałą sąsiadką.
Wiadomo, to smutne. Ale nie my szukamy dzieci, a one nas znajdują. Cierpliwość, dziewczyno.

Dźwięki wsi szczekające psy, ćwierkające skowronki zdawały się topnieć w ciszy. Wieś Załęże w województwie mazowieckim już prawie umarła, domy pochyłe pod kątem przyciągały się do rzeki, jakby oddawały jej ostatni hołd.

Marzena ruszyła do domu, do męża w wielkiej wsi Iława. Musiała opuścić Załęż przed świtem. Całe życie bała się nocnego lasu i pola to był dziecięcy lęk.

Marzena pochodziła stamtąd. Szósty rok po wojnie stała się jedyną. Ojciec zginął w bitwie, matka umarła młodo. Została dojnicą w lokalnym gospodarstwie.

Gdy poznała przyszłego męża, był czerwiec. To był jej siedemnasty rok życia i pierwsze lato w gospodarstwie. Dojazd był daleko, ale biegała tam chętnie, choć ręce bolały od ciężkiej doby.

Pewnego poranka spotkał ją po drodze skośny deszcz. Niebo zasnuło się chmurami, grzmot wzdrygał się nisko. Wszystko wokół zdawało się pochyłe, zgięte pod kątem.

Marzena wskoczyła pod zadaszenie przy brzegu lasu, usiadła na desce, splatała czarne warkocze i wyciskała z nich krople deszczu. Przez skośne strugi dostrzegła płynącego ku niej czarnowłoskiego chłopa w szarej koszuli i spodniach sięgających kolan. Chłopak podbiegł pod zadaszenie, zobaczył ją i uśmiechnął się szeroko:
Co za prezent! Ja jestem Nikodem, a ty?

Marzena zadrżała, serce zabiło mocniej wokół ciemność od skośnego deszczu. Milczała, cofała się na krawędź deski.
Co cię piorun ogłuszył? Czy może od urodzenia milcząca? żartował.
Nie milcząca. Nazywam się Marzena.
Zmarzłaś? Nie chcesz się ogrzać? drwił dalej, nie podchodząc od razu. Cały deszcz nam podpalony. Z MTSa przyjechałem.

On żartował jeszcze długo, po czym zaczął nachodzić tak, że Marzena mocno się przestraszyła. Jej bluzka przywarła do ciała czy to podnieciło chłopa, czy po prostu był bardzo pożądliwy. Marzena rzuciła się w deszcz, uciekając na wszystkie nogi i patrząc wstecz.

W mrocznym lesie, pod nawarstwiającymi się chmurami, biegła aż do momentu, gdy nagle przybiegl do nich Janek, zastępczy chłopiak w gospodarstwie, na krótko. Marzena spojrzała na niego z urazą. Wtedy on zaczął zaloty, podążał za nią poważnie. Spotkanie zostawiło ślad.

W małżeństwie Marzena weszła z radością. Choć nie wiedziała, co czeka ją w domu męża i w obcej wsi, teściowa okazała się surowa i chorowita. Z chęcią zrzuciła na synową część obowiązków, lecz czujnie obserwowała ich wykonanie.

Mimo że nie było łatwo, Marzena nie poddawała się. Była pracowita, wytrwała, choć uwagi teściowej ją dręczyły. Przyjechałaś bez posagu, sierota, bez niczego powtarzała staruszka.

Po pewnym czasie teściowa uspokoiła się, widząc, że synowa jest zręczna. Kolejne zarzuty przestały się pojawiać. Rok minął, potem kolejny, a ciąża nie nadeszła.

Ty, dziewczyno, nieszczęśliwa. Nierodzicza babka już nie jest babą, a półbabą. Gdzie będą wnuki w tym domu?

Marzena płakała w ramiona Nikodema, on groził matce, a ona jeszcze bardziej się wściekała. Teściowa milczała, wzdychała. Mąż patrzył na Marzenę tylko wtedy, gdy napełniała mu miskę.

Jednak Marzena nie traciła nadziei. Sama chodziła do położnej, potajemnie biegła do sąsiedniej wsi, by spotkać się z lekarzem, warzyła i piła napary zalecane przez kuzynki na niepłodność.

Życie toczyło się dalej. Dom Nikodemów nie był najbiedniejszy, choć czasy powojenne były trudne. Zdarzało się, że w domu był fragment jedzenia.

Pewnego poranka Nikodem przyniósł pół worka surowego zboża.
Ojej, Kolku, nie rób tak Nie chcę, żeby nas złapali! krzyknęła matka.
Wszyscy ciągną, ja nie sam. Uspokój się, mamo

Marzena trzymała się z daleka od takich spraw, namawiając Nikodema, by nie wciągał się w niepotrzebne rzeczy.

Nocami Marzena spała słabo, siadając przy łóżku bez lampy, podciągając nogi i czekając na męża.

Pewnego dnia postanowiła go spotkać. Odkryła pod łóżkiem starą spódnicę, koszulę i fartuch, znalazła pod łóżkiem wysokie gumowe kalosze, chwyciła płócienny płaszcz i wyszła na próg. Listopadowy wiatr uderzył w otwarte drzwi, krople wody poparzyły twarz.

Gdzie on był w tej deszczowej porze? Nogi same poprowadziły ją na skraj wsi. Okna nie płonęły, nawet psy się schowały. Nie podążał za nią przywiązany szczeniak Fenek, którego kochała. Marzena szła, patrząc przed siebie, szukając męża, aż stanęła przy starym kołowrotku na skraju wsi.

Dalej droga wiodła jedynie przez pole. Nocne pole i las zawsze ją przerażały. Zadecydowała chwilę poczekać i wrócić.

Deszcz uderzał w zimną, mokrą ziemię, grzmił wiatrem i ciszą. Wtedy, przez szum deszczu, usłyszała lekki, kobiecy śmiech. Brzmiał z kierunku kołowrotka.

Zbliżyła się i usłyszała głos Nikodema. Najpierw się ucieszyła, ruszyła w stronę, a potem ochłonęła Nie był sam.

Rozbrzmiewały głosy: kobiecy głos to była Kaja, dziewczyna z sąsiedniej wsi, pracująca razem z Marzeną w gospodarstwie.

Kaja kiedyś była odważna, wesoła i gadatliwa, marzyła o wyjeździe do miasta, o lepszej pracy.
Chodź, chata, chodź, piec, chodź, galareta. śpiewała, z dumą mówiąc, że ma matkę i jest atamanem.
Chcę miasto, bogatego, wysokiego nie chcę tu w kolonię zostawać! krzyczała na zabawach.

Ostatnio jednak jej radość przygasła, przestała żartować, stała się poważna. Mieszkańcy farmy mówili, że jest zazdrosna o męża.

Marzena była pewna, że Kaja chce uciec do miasta. Nie mogła jednak wyobrazić sobie, że zazdrość dotyczy właśnie Nikodema.

Deszczowe strugi spływały po drogach, a zamrożona od myśli Marzena stała przy kołowrotku. Nagle rozległy się głośne, radosne śmiechy Kajy. Biegła w stronę domu, poślizgając się po błotnistych ścieżkach, jej suknia z wojskowego płaszcza zaplątała się w buty.

Wróciła do domu i zaczęła prać w kąpieli, wylewając wodę z wiadra. Pracowała długo, z zapałem, nie mogąc wyrzucić z głowy śmiechu, szepotu męża i jej słów.

Pranie tej brudy, Fenek, pranie mówiła do szczeniaka.

W domu pozostała tylko miłość między nią a mężem, ale nie było już tej miłości. Nie widziała tego w oczach, a jedynie słyszała w szumie deszczu. Nie chciała wierzyć w zdradę.

Kiedy Nikodem wszedł do kąpieli, nie powiedziała mu nic. Zdecydowała poczekać do rana.

Rano przybyli dwaj funkcjonariusze i przewodniczący kooperatywy. Matka płakała, łapiąc się za rękawy płaszcza przewodniczącego. Ojciec pożegnał syna w milczeniu, spoglądając na nieproszonych gości. Marzena zbierała męża, podnosiła ze ziemi smutną teściową.

Z wioski zabrano czternaście osób, odprowadzono do władz. Tłumy ludzi stały przed budynkiem do południa, przekazując worki i kartony. W południe przyjechał ciężarówka, a aresztowanych wsadzono do przyczepy i odprowadzono. Powiedziano, że jedzie do miasta na proces.

Marzena odwróciła się. Nieopodal pod brzozami stała Kaja.

Areszt wstrząsnął całą wioskę. Mieszkańcy milcząco siedzieli w izbach, nie chcąc rozmawiać.

Teściowa zapadła w matczyną rozpacz, ojciec słabł. Marzena nie spała już od kilku dni.

Nic nie zdecydowała z Nikodem, pozostała niezupełnie żoną, nie do końca porzuconą. Lecz litość i strach o męża przyćmiły żal i zazdrość. Nie mogła już wyjeżdżać, bo żona aresztowanego nie była mile widziana w innych gospodarstwach. O rozwodzie nie rozmawiano.

Kilka dni później, zmęczona, wróciła z farmy, niosąc mleko, gdy otworzyła drzwi domu i zobaczyła Kaję. Siedziała przy stole, ręce złożone pod dużym brzuchem. Przed nią siedzieli teść i teściowa. Kaja patrzyła prosto, tylko język przycisnęła, a rodzice pochylili głowy.

Dzień dobry przywitała się Kaja.
I wam nie choroba odpowiedziała Marzena.
Marzenko niecodziennie serdecznie zwróciła się do niej teściowa a przecież Kaja jeździła do miasta, odwiedzała naszych. Z Olgą i Niną, a ojciec ich i Waszek, mąż Olgi.

Marzena postawiła wiadro mleka na piecu, umyła ręce przy zlewie, słuchała.

Marzena, proces był, nasz Kolik dostał dziesięć lat! Pomyśl matka wyciągnęła chustkę, przyłożyła ją do oczu i zaczęła płakać.

Marzena usiadła na ławie.

Jak to dziesięć? zapytała.

Powiedzieli, że to przestępcy państwowi, większość dostała dziesięć lat. Sądili wszystkich razem.

Boże! westchnęła Marzena, nie wierząc własnym uszom.

Teściowa płakała, wzruszało ją to. Marzena uspokajała:

Mamo, nie może być. Może pomyślą jeszcze, może wypuszczą Strach ich trafi, a potem wypuszczą, mam nadzieję.

Kto ich teraz wypuści? Głupiaś, Marcinie! Teraz już po kolei, mówię, sądili i… Kaja była przekonana o swoich słowach.

Rozmawiały o szczegółach procesu, potem nastąpiła cisza, słychać było tylko szelest herbaty z filiżanki.

No i co! Kaja klaskała dłonią w stół, wszystkie podskoczyły, i głośno oznajmiła: Gdyby właściciele milczeli, powiem: Kolis zamierzał się ze mną ożenić. A z tobą rozwiedzieć chciał, ale nie zdążył. Tak, Marzenko. Wierz albo nie, ale dziecko mnie od niego dostanie. I sama go nie zamierzam wychowywać. A w domu mój ojciec nie pozwoli, bo usłyszał, że się burzy. Myślałam, że poślę się z Kolkiem, on wybaczy. A tak to wyszło Dlatego przyjeżdżam, żebyś ty opiekowała się jego wnukiem. Kolik powiedział, że nie ma nic przeciwko, ale Masę nie chciał wyrzucać, więc rozwiodą się.

Kaja wymamrotała wszystko szybko, patrzyła na Marzenę, czekając na reakcję zdziwienie, protest, łzy Ale Marzena siedziała spokojnie, ręce złożone na wojskowej sukience, i milczała, wpatrując się w podłogę.

Pierwsza wytrzymała teściowa.

Marzena, to nasz dom, my decydujemy. Będzie wnuk, a Kolis Co z nim? szlochając, teściowa rzekła Niech Kaja zostanie, to nasze rozwiązanie. Niech dziecko rośnie w domu. A ty sama zdecyduj.

Nie mam nic przeciw, odpowiedziała Marzena, wMarzena wzięła wiadro mleka, położyła je na stole, spojrzała w oczy Kajki i, z cichym szmerem serca, przyjęła los, który wypełnił się nieskończonymi szeptami deszczu i obietnicą nowego jutra.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 + osiem =

Dwie żony: Miłość, zdrada i nieprzewidziane konsekwencje