DWIE SIOSTRY… Były sobie dwie siostry. Starsza, Waleria – piękność, kobieta sukcesu, bogata. Młods…

DWIE SIOSTRY

Dawno temu w Polsce żyły sobie dwie siostry. Starsza Waleria była piękna, spełniona, zamożna. Młodsza, Zosia, od lat pogrążona w nałogu alkoholowym, dawno już przestała przypominać młodą kobietę. Mając zaledwie trzydzieści dwa lata, wyglądała jak zniszczona przez życie staruszka. Kościotrupia sylwetka, spuchnięta i sine oblicze z ledwie widocznymi oczami, włosy matowe, tłuste, od dawna nie widziały ani szamponu, ani grzebienia sterczały w nieładzie na wszystkie strony.

Walerii nikt nie mógł mieć za złe zrobiła wszystko, co mogła. Wydała fortunę na odwyki w dobrych klinikach, jeździła nawet z siostrą do szeptuch na wsiach, lecz wszystko na próżno. Kupiła jej nawet malutkie mieszkanie w Warszawie, lecz akt własności zostawiła na siebie nie chciała, żeby Zosia zamieniła je kiedyś na butelkę. Po pół roku z wyposażenia zostało tylko brudne, zużyte materace, na których leżała dogorywająca Zosia, gdy Waleria weszła pożegnać się z siostrą przed wyjazdem na stałe za granicę.

Zosia nie miała już siły mówić. Tylko lekko rozchyliła powieki, przez spuchnięte szczeliny dojrzała zamazany zarys sylwetki Walerii na tle zakurzonego, brudnego okna. Wokół walały się puste butelki, które przynosili jej sąsiedzi z pobliskiej kamienicy. Waleria nie potrafiła tak po prostu jej zostawić sumienie nigdy by jej na to nie pozwoliło. Postanowiła uspokoić własne sumienie i oddać Zosię pod opiekę cioci Eleonory na wieś.

Z ciocią Eleonorą siostry nie miały w ostatnich latach kontaktu. Wiedziały jedynie, że to siostra zmarłej już matki, która kiedyś odwiedzała je z słoikami domowych konfitur, suszonymi jabłkami i grzybami z puszczy. Waleria zapamiętała tylko nazwę wsi Brzozówka.

Pomyślała: skoro na pogrzeb mama jej nie zapraszała, zapewne ciotka żyje. Poprosiła znajomego z pracy, zawinęła Zosię w duży koc, ułożyli ją na tylnym siedzeniu samochodu i ruszyli do Brzozówki. Wieś znalezli, dom cioci także nie było to trudne, cztery domy na krzyż, cała wieś. Położyli Zosię w kocu na łóżku cioci, Waleria zostawiła na stole kilka tysięcy złotych, mówiąc drżącym głosem: „Umiera, a ja muszę jechać, ciociu Eleonoro. Tu są pieniądze na pogrzeb. Może kiedyś przyjadę, żeby znaleźć jej grób. Tu starczy i na pamiątkę, i na karczek”. Klucz od mieszkania Zosi też zostawiła ciotce. Komu innemu miałaby go oddać?

Herbaty odmówiła i pojechała.

Ciotka Eleonora, samotna, pełna sił, sześćdziesięcioośmioletnia kobieta, rozwinęła Zosię, sprawdziła, czy jeszcze oddycha. Potem poszła nastawić czajnik, a w międzyczasie przygotowała w termosie napar z ziół zbieranych latem i dosypała suszonych owoców. Zaparzyła wszystko wrzątkiem z nowej wody ze studni i przykryła.

Przez trzy dni poła Zosię ziołowymi herbatami z miodem niemal siłą podając łyżeczką co pół godziny, także nocą. Czwartego dnia dodała do jadłospisu mleko kozy Matyldy podawane również łyżeczką. Potem przyszły warzywne wywary i domowy rosół z własnych kur. Mimo że miała ich tylko siedem, bez wahania dwie przeznaczyła na rosół dla wycieńczonej siostrzenicy.

Po miesiącu Zosia pierwszy raz samodzielnie usiadła na łóżku. Gdy przyszedł mróz, ciotka zaczęła wozić ją na saneczkach do wiejskiej bani. Owinięta w puchowy szal i koc, Zosia jechała, a w bani Eleonora myła ją naparami z ziół. Potem rozczesywała Zosi włosy, które zaczęły pachnieć latem i świeżym rumiankiem.

Samotna Eleonora oddała Zosi całą swoją troskę i niewykorzystaną miłość. Łyżeczka po łyżeczce, z każdym naparem wlewała cząstkę swojej duszy. Ani drogie kliniki, ani zaklęcia nie potrafiły odmienić losu Zosi potrafiła to rodzina. Zosia przeżyła.

Odzyskiwała siły, jadła świeże jaja, piła mleko pachnące koniczyną od Matyldy. Włosy stały się lśniące i miękkie. Policzki zaróżowiły się, a w oczach znów pojawił się błękit. Z czasem zaczęła pomagać ciotce w domu, potem w stodole nauczyła się doić Matyldę, codziennie zbierała jajka. Jadły skromnie, ale wszystko z własnego ogródka. Zosia nie chciała wracać wspomnieniami do starego życia tu, na wsi, czuła się wolna i spokojna.

Po raz pierwszy zobaczyła, jak pięknie słońce wschodzi nad polem, dostrzegała białe chmurki płynące po niebie, kwiaty rozkwitające wiosną. W trzcinach przy rzeczce pojawiła się kaczka z gromadką kaczątek, które chodziła karmić świeżą bułką.

A potem odkryła w sobie talent. Ciocia Eleonora nauczyła ją robienia na szydełku. Najpierw Zosia plotła serwetki, potem, po wspólnym wyjeździe do Lublina, gdzie zakupiły różnokolorowe włóczki, zaczęła dziergać wielkie, miękkie chusty o niepowtarzalnych wzorach. Zlecenia rash otoczyły ją tak szybko, że szybko zaczęła dobrze zarabiać.

Po trzech latach piękna Zosia zabrała ukochaną ciocię z zapomnianej Brzozówki do cichego miasteczka nad brzegiem Bałtyku. Składając wszystkie ciocine oszczędności i własne zdobyte sprzedażą niepowtarzalnych chust kupiła dla nich mały, przytulny domek z ogródkiem. Rano koza Matylda, którą specjalnym transportem przywiozła Waleria, spokojnie skubała jabłko zawieszone nisko na gałęzi i z zadumą patrzyła na morze. Tam, w ciepłej wodzie Bałtyku, kąpały się dwie ukochane przez nią kobiety.

Najpiękniejsze jest to, że ta historia wydarzyła się naprawdęPewnego wieczoru, kiedy niebo nabrało barw różu i fioletu, Zosia i ciotka Eleonora usiadły na drewnianej ławce w ogrodzie. Zapach mięty i macierzanki unosił się wokół, a w oddali cicho szumiały fale. Zosia czuła się szczęśliwa pierwszy raz od wielu, wielu lat. Odwróciła się do ciotki i uśmiechnęła z wdzięcznością. Wtedy na furtce pojawiła się Waleria. Przyjechała niespodziewanie, niesiona tęsknotą i odrobiną niepokoju.

W milczeniu, przez dłuższą chwilę, patrzyły na siebie. Waleria z trudem rozpoznała w zdrowej, promiennej kobiecie swoją dawną, umierającą siostrę. Powoli podeszła, wyciągając rękę. Zosia wstała i przytuliła ją mocno, mocniej, niż kiedykolwiek wcześniej.

Ciszę przerywał tylko dźwięk morza i śmiech Eleonory, która, widząc dwie siostry tulące się jak dziewczynki, wyciągnęła z koszyka jeszcze jedną filiżankę herbaty.

I tak siedziały we trzy w cichym ogrodzie, z widokiem na niekończący się horyzont, czując, że rodzinne światło gasnące, zaledwie tlące się przez całe lata zapłonęło na nowo. Tego wieczoru Zosia wiedziała już na pewno: najpiękniejsze cuda dzieją się po cichu, z serca do serca, tam, gdzie ktoś poda pomocną dłoń i nie przestaje wierzyć.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 1 =

DWIE SIOSTRY… Były sobie dwie siostry. Starsza, Waleria – piękność, kobieta sukcesu, bogata. Młods…