Dwie dekady bez prezentów dla niej: zgodne współżycie.
Marek Kowalski nigdy nie podarował żonie prezentu, choć przeżyli razem dwadzieścia lat małżeństwa bez większych problemów. Nie dlatego, że był skąpy, ale okazja nigdy się nie nadarzyła. Z Jadwigą wszystko potoczyło się błyskawicznie miesiąc po poznaniu już brali ślub.
Ich randki też nigdy nie były naznaczone podarunkami. Przyjeżdżał do niej do małej wsi, gdzie mieszkała, gwizdał pod jej oknem. Wybiegała w pośpiechu i siadali razem na ławce przy bramie, rozmawiając niewiele do północy.
Pierwszy pocałunek ukradł jej w dzień zaręczyn. Potem był ślub, codzienność z jej rutyną i troskami. Marek okazał się bystrym przedsiębiorcą jego hodowla świń przynosiła zyski. Jadwiga ciężko pracowała, a jej warzywnik był zazdrością sąsiadek. Potem pojawiły się dzieci, pieluchy, sukienki na sznurówki, dziecięce choroby Prezenty? Nie było czasu o tym myśleć. Święta obchodzili skromnie, przy dobrym obiedzie. Tak płynęło ich życie bez fajerwerków, wypełnione pracą, ale spokojne.
Pewnego dnia Marek pojechał z sąsiadem na targ sprzedać ziemniaki i słoninę, tuż przed Dniem Kobiet. Opróżnił piwnicę, przejrzał zapasy i postanowił pozbyć się nadmiaru. Słoninę też lepiej było sprzedać teraz, przed ubojem nowej świni. Stanął więc na targowisku. Przyjemny chłód, ale już z zapachem wiosny. Ku jego zaskoczeniu, wszystko rozeszło się jak świeże bułeczki. Słonina zniknęła w mgnieniu oka, ziemniaki rozchwytywano jak cukierki. Nieźle pomyślał Marek, zadowolony. Jadzia będzie zadowolona.
Spakował worki do sąsiadowej fury i poszedł po zakupy. Jadwiga dała mu krótką listę. Z przyzwyczajenia najpierw wstąpił do knajpy, by uczcić dobry interes. Nie był pijakiem, ale wierzył, że nie wznieść toastu przyniesie pecha następnym sprzedażom. Po kieliszku wódki wyszedł z lekkim krokiem, rozglądając się po witrynach i tłumie. Wtedy niemal dosłownie wpadł na niecodzienny widok.
Przed sklepem młoda para podziwiała sukienkę na manekinie. Dziewczyna, świeża jak poranek, zachwycała się:
Zosiu, no chodź, nie będziesz tu stać cały dzień?
Patrz, Krzysiu, jaka piękna! Idealnie by mi pasowała!
Eh, to tylko kawałek materiału.
Ośle jeden! To ostatni krzyk mody, retro styl! Kup mi ją na Dzień Matki, dobrze?
Zosia, wiesz, że jesteśmy na dorobku. Jak to kupię, to do końca miesiąca suchy chleb
Jakoś to będzie, kochanie! Tak bardzo jej pragnę. Rok już jesteśmy małżeństwem, a ty nigdy mi nic nie dałeś, nawet na święta!
Zosiu, doprowadzasz mnie do szału
Kocham cię szepnęła, całując go czule i ciągnąc do środka.
Chłopak, zauważywszy wzrok Marka, wzruszył ramionami z porozumiewawczym uśmiechem, jakby mówił: Baby, co?
Wkrótce para wyszła, Zosia śmiejąc się głośno, z cenną torbą przy sercu. Marek stał przez chwilę zamyślony przed wystawą. Sukienka była ładna, skromna, w kwiaty, jak ta, którą Jadwiga nosiła dawniej na ich randkach. Zapomniane uczucie zrodziło się w jego piersi. Czy to nostalgia za młodością? A może odbicie tego, czym byli? Nagle przyszła mu myśl: Nigdy nie dałem Jadzi prezentu. Zawsze zajęty. Uważałem to za zbędne. A ten dzieciak gotów jest zacisnąć pasa, by ucieszyć żonę. Z miłości. A ja? Czy ja kocham Jadwigę? Przed ślubem tak myślałem. Potem wszystko zniknęło w rutynie. Życie w pracy, bez wspomnień O, lała, co za życie!
Ten skradziony moment szczęścia zabolał go. Zapragnął też go poczuć.
Zdecydowanym krokiem wszedł do sklepu. Podeszła uśmiechnięta sprzedawczyni:
W czym mogę pomóc?
Tak, moja droga. Chcę tę sukienkę z witryny.
Och, świetny wybór! To ostatni hit, czysta jedwab, vintage. Córka będzie zachwycona.
Nie dla córki, dla żony burknął Marek.
Ach, co za szczęściara! zaśpiewała, pakując sukienkę.
Ile to kosztuje?
Gdy usłyszał cenę, zabrakło mu tchu. Fortuna.
Czemu tak drogo? warknął.
To projekt znanego projektanta wyjaśniła cierpliwie.
Zawahał się. Ale przed oczami stanęła mu rozpromieniona Zosia. Postanowił.
Biorę.
Policzył banknoty i wyszedł, dumny ze swej śmiałości. Sąsiad już na niego czekał. Droga powrotna była wesoła. Sąsiad przechwalał się zyskiem.
A tobie jak poszło?
Jak to?
Dobrze sprzedałeś?
Czyjego liczysz pieniądze? warknął nagle Marek.
Oj, uspokój się mruknął sąsiad, zaskoczony jego nagłą zmianą nastroju.
W domu Jadwigi jeszcze nie było wróciła później z gospodarstwa. Marek zajął się zwierzętami, posprzątał chlew, nakarmił świnie. Mimo dobrych uczynków, coś gniotło go w piersi. Skąd ten niepokój? Wzruszył ramionami i wszedł do domu, sięgając po kieliszek wódki. Potem po kolejny. Trochę się uspokoił.
Trzasnęły drzwi. Weszła Jadwiga, jak zwykle z kamienną twarzą.
Jesteś? Jak poszło na targu?
Dobrze. Masz pieniądze.
Jadwiga przeliczyła banknoty.
Za mało. Źle sprzedałeś?
Nie, reszta jest tu, w tej torbie.
Jadwiga wyjęła sukienkę, podejrzliwie.
Dla kogo to? Dla Ani? Za duża na nią. Marnujesz nasze pieniądze
Dla ciebie powiedział nieśmiało. Na Dzień Kobiet.
Cisza.
Dla mnie? spytała niedowierzająco. Naprawdę?
No, dla ciebie! odparł, ulżony, że nie dostał burę. A dla kogo by innego?
Jadwiga wybuchnęła płaczem i wybiegła do sypialni. Wróciła po dziesięciu minutach, z zaczerwienionymi oczami.
Nie pasuje. Przytyłam.



