Dwa tygodnie na spakowanie manatków i znalezienie sobie nowego kąta. Córki śmiertelnie urażone
Pamiętam, jakby to było wczoraj choć minęły już lata. Została sama, gdy tylko Basia, bo tak miała na imię, pochowała męża. Samotnie wychowywała dwie córki Martę i Elżunię. Nigdy nie narzekała na swój los, choć los nie szczędził jej trudności. Jej córki wyrosły na dobrze wykształcone panny, i to od początku do końca była jej zasługa. Tyrała, jak oszalała, na dwóch etatach, żeby starczyło na szkoły, korepetycje, podręczniki, i jeszcze coś na szkolne wycieczki. O skardze z jej ust nie było mowy.
Kiedy Marta, starsza, przyprowadziła do mieszkania narzeczonego, od razu rzekła, że to jej przyszły mąż, lecz chłopak Paweł bez grosza przy duszy i bez dachu nad głową. Potem przyszło na świat dziecko, urodził się malutki Adasiek, i Basia musiała oddać swój pokój młodej rodzinie. Sama wcisnęła się do Elżuni, tej młodszej.
Wierzyła wtedy, że to tylko na krótko. Młodzi zarobią, wezmą kredyt czy wynajmą choćby kawalerkę, wszystko się ułoży. Ale Marta z Pawłem nie rwali się do samodzielności. Po co, skoro mają mieszkanie za darmo, a w lodówce zawsze coś do zjedzenia? Gotowała, prała, wszystko zorganizowane pod nos.
A wdzięczności za grosz nie było. Coraz częściej wybuchały kłótnie o byle co. Elżunia burczała, że sprzątanie kibelka po Pawle jest nie w jej interesie. Marta tłumaczyła, że z niemowlakiem na rękach ciężko znaleźć czas na sprzątanie. Paweł w ogóle uważał, że wynoszenie śmieci czy zmywanie talerzy to żadna robota dla faceta całymi dniami patrzył w ekran komputera.
W mieszkaniu zrobiło się duszno nie tylko od braku miejsca, ale i od nerwów. Basia coraz częściej wracała późno do domu, by nie musieć znosić tej atmosfery. Kiedy ostrożnie zasugerowała Marcie, że może by już czas pomyśleć o wynajęciu czegoś własnego, usłyszała tylko:
Mamuś, przecież odkładamy na wkład własny do kredytu, a wynajem skąd weźmiemy na to pieniądze?
I tak wszyscy zostali pod jednym dachem.
Ostatnią iskrą było to, że pewnego dnia Elżunia przyszła z chłopakiem z Lublina i oznajmiła z powagą:
Mamo, Jarek na razie się zatrzyma u nas, wiesz, zanim znajdzie coś swojego.
Basia patrzyła na córkę z niedowierzaniem:
Gdzie, kochanie? Może w kuchni zamieszka?
Elżunia nie mrugnęła nawet okiem:
Kuchnia niewygodna, mamo Ale gdybyś się zgodziła, żebyś ty się przeniosła do kuchni, mielibyśmy dla siebie cały pokój.
Tego było już za wiele. Basia poczuła, że dla nikogo nie liczy się, co ona myśli. A może, gdyby tylko mogły, już by wszystko przepisały i wyprawiły ją do domu opieki.
Nadeszła chwila decyzji. Wyprostowała się i rzekła:
Macie dwa tygodnie na zebranie swoich rzeczy i znalezienie własnego kąta.
Córki poczuły się śmiertelnie urażone. Strasznie się obraziły, zarzekały, że jak tak to nie pozwolą jej już nigdy zobaczyć wnucząt. Straszyły, że starość spędzi w samotności. Ale Basia była nieugięta. Jeśli taki ma być los trudno. Przyszła pora, by w końcu usamodzielniły się.
Za parę dni Basia skończy pięćdziesiąt lat. Nie ma pojęcia, czy jej dziewczyny przyjdą ją odwiedzić z życzeniami, czy nie. Czy zrobiła dobrze, każąc im wyprowadzić się z mieszkania? Co byś zrobiła na jej miejscu? Takie pytania cisną się czasem do dziś.



