DWA LATTES

DWA LATTE.

Dzisiaj znów przyszła.

Dobry wieczór, Pani Zofio! Jak zwykle dwa latte? uśmiechnęłam się, spoglądając na jej zmarszczoną, lecz pełną godności twarz.

Witaj, Elżuniu! Tak, jak zawsze, dwa latte. I jeszcze tę drożdżówkę, proszę. Pani Zofia oparła laskę o oparcie krzesła i z wysiłkiem usiadła przy oknie, tłumiąc grymas bólu.

Wszyscy się martwiliśmy, co się stało. Myślałam, że może Pani zapomniała, jaki dziś dzień. Wybiegałam nawet na ulicę, żeby Panią zobaczyć powiedziałam, rzucając okiem na nową kelnerkę.

Moja droga, to, o czym myślisz, na pewno kiedyś nastąpi, ale nie dzisiaj odparła z uśmiechem, choć widać było, że jest wyczerpana. Rano poszłam po emeryturę, a bankomat połknął mi kartę. Cały dzień spędziłam w banku, w kolejce. Chyba wszystkie babcie z Krakowa postanowiły dziś załatwiać swoje sprawy!

Jej dłonie, zwykle w koronkowych rękawiczkach, drżały, a kąciki ust opadły w dół. Lata nie oszczędzają nikogo.

Pracuję jako administratorka w małej kawiarni w samym sercu Krakowa. Zaczęłam tu jako nastolatka, chcąc zarobić na telefon dla mamy. Najpierw myłam podłogi, potem zostałam kelnerką. Teraz studiuję psychologię zaocznie, a ta kawiarnia to moje prawdziwe laboratorium życia.

Ludzie przychodzą tu różni: rozkrzyczana młodzież, zakochani patrzący sobie w oczy, eleganckie panie z towarzyszami i młode mamy z dziećmi. Ale najwięcej wrażeń zostawiała pewna para, którą poznałam na początku mojej pracy.

On wysoki, siwy, o szlachetnej posturze. Ona starannie ukrywająca upływ czasu. Przychodzili co sobotę, bez względu na pogodę. W deszcz, śnieg czy upał, pan Zbigniew i pani Zofia spacerowali po rynku, zawsze kończąc w naszej kawiarni.

Zmarzłaś, uparta istoto? Mówiłem, żebyś wzięła parasol! irytował się pan Zbigniew, patrząc, jak żona pije kawę z wyciągniętym małym palcem.

Nic się nie stało! Nie jestem z cukru odgryzała się pani Zofia.

Zapomniałaś, jak ostatniej jesieni też nie posłuchałaś mnie i złapałaś zapalenie oskrzeli? Miesiąc ciebie leczyłem!

Och, przestań już gderać, stary dziadku. Zamów mi jeszcze jedną drożdżówkę, taką z cynamonem.

Pan Zbigniew uśmiechał się, patrząc, jak żona zajada się ciastkiem, po czym mówił:

Lubię patrzeć, jak jesz. Dla mnie to większa przyjemność niż jeść samemu. Jak ty to robisz, że tyle pochłaniasz i nie tyjesz? Żartował, choć sam od ostatniej operacji ledwo zmuszał się do jedzenia.

Rok temu pana Zbigniewa zabrakło. Ale pani Zofia wciąż przychodzi. Zawsze zamawia dwie kawy, a pije tylko jedną. Druga stoi nietknięta. Siedzi przy oknie, miesza łyżeczką cukier i milczy. Czasem płacze, wycierając łzy batystową chusteczką.

Pewnego dnia opowiedziała mi swoją historię. Poznali się w bibliotece, gdy osiemnastoletnia Zosia spadła z drabiny.

Zapytał, czy się nie uderzyłam, a ja nie mogłam wydusić słowa wspominała. Spódnica podwinęła się, a ja płonęłam ze wstydu. Podniósł mnie, a ja zobaczyłam jego oczy. Wpadłam w nie jak w wir. Pobraliśmy się po trzech miesiącach. Nigdy tego nie żałowałam.

Gdy chorowała, on nakładał jej wełniane skarpety i przynosił herbatę z malinami.

Brakuje mi go, Elżuniu. Gdy zamykam oczy, słyszę, jak szura butami po podłodze. Straciłam połowę siebie. Ale mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Tymczasem muszę żyć dalej…

Właścicielka kawiarni często proponowała, by nie płaciła za kawę, ale pani Zofia zawsze odmawiała:

Za wszystko w życiu trzeba zapłacić.

Dziś też zapłaciła i wyszła, opierając się na lasce. Patrzyłam, jak odchodzi powoli, zgarbiona, i płakałam. Chcę mieć taką wiarę jak ona.

Na stoliku zostały dwie filiżanki. Jedna pusta, druga pełna.

Dopóki są na świecie tacy ludzie, chce się żyć. I kochać. Mimo wszystko. Kochać.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewięć + szesnaście =

DWA LATTES