Duch

Duch

Leszek wracał do domu od rodziców. Latem mieszkali na wsi. Dom był stary, wymagał wiele pracy. Leszek w weekendy pomagał tacie w drobnych remontach. Ojciec ostatnio miewał problemy z sercem, więc Leszek starał się przejmować większość cięższych obowiązków.

Wyskoczył na jeden dzień na wieś, naprawił płot, nanosił wody ze studni – najpierw do podlewania ogródka, potem do łaźni, pojechał z mamą do sklepu. Po kolacji zaczął się zbierać do powrotu.

– Gdzie tak późno? Zostań, rano pojedziesz – namawiała mama.

Ale Leszek obiecał Marzenie, że wróci do domu. Gdy już miał wyjeżdżać, zadzwonił do niej, a ona też radziła, żeby został do rana.

– Co, nie tęsknisz za mną? – Leszek udawał, że jest obrażony.

– Tęsknię, bardzo. I czekam – zaśmiała się żona.

– No to niedługo będę – odpowiedział Leszek, nabierając energii.

Słońce dawno zaszło, zapadły tajemnicze, chłodne zmierzchy. Na drodze było mało samochodów. Dopiero za kierownicą Leszek zdał sobie sprawę, jak jest zmęczony. Nieliczne spóźnione auta mijały go, oślepiając światłami. I tak, już pod samym miastem, Leszek na chwilę zamknął oczy…

– Marzena, jestem! – krzyknął Leszek, wchodząc do mieszkania.

Marzena nie odpowiedziała. Leszek zajrzał do kuchni. Żona stała przy kuchence i mieszała coś na patelni, nucąc pod nosem prostą piosenkę. „Ty jesteś jak róża, ja jestem jak głaz” – rozpoznał słowa piosenki T.Love. Zapach smażonego mięsa łaskotał nozdrza. Leszek dawno nie czuł się tak lekko. Zmęczenia jakby nie było. Jak po długim, mocnym śnie. A może tak właśnie było? Nie pamiętał, jak dotarł do domu, jakby przeskoczył przez czas lub spał.

– Marzena – zawołał jeszcze raz.

Ale żona nie zareagowała.

„Znowu w słuchawkach” – pomyślał i podszedł bliżej, ale w uszach Marzeny nie było słuchawek.

– Stęskniłem się i zgłodniałem – szepnął jej do ucha.

Marzena na moment zastygła, jakby czegoś nasłuchując.

– No, nareszcie – ucieszył się Leszek. – Już myślałem, że ogłuchłaś.

W następnej chwili Marzena przykryła patelnię pokrywką, zgasiła gaz i gwałtownie się odwróciła. Leszek ledwo zdążył odskoczyć.

– Marzena, co się dzieje? Dlaczego mnie ignorujesz? Jestem w domu! Ocknij się! – krzyknął głośno.

Stał tuż obok, a Marzena zachowywała się, jakby go nie było. Nagle rozległ się dźwięk telefonu. Marzena szybko przeszła do pokoju, o milimetr od Leszka. Poczuł nawet powiew powietrza na twarzy.

Leszek podszedł i zajrzał jej przez ramię. Na ekranie wyświetlał się nieznany numer. Marzena chwilę się wahała, ale w końcu odebrała i przyłożyła słuchawkę do ucha.

– Tak, to ja – odpowiedziała. – Co? To jakaś pomyłka… – Po chwili telefon wypadł jej z ręki, Marzena ciężko opadła na kanapę, zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się.

– Marzena, co się stało? Z tatą? Serce? – pytał Leszek, ale Marzena płakała, nie zwracając na niego uwagi.

Przysiadł przed nią na pięty, chciał odsunąć jej dłonie od twarzy, ale ze zgrozą zobaczył, jak jego palce przechodzą przez jej ręce, jak przez mgłę. Zerwał się na nogi, patrząc ze zdumieniem na swoje dłonie.

Marzena odsłoniła twarz, przez chwilę patrzyła przed siebie załzawionymi oczami.

– Leszek? – szepnęła.

– Jestem tutaj – odpowiedział, uradowany, że w końcu go zobaczyła.

Ale jej wzrok, prześlizgując się na moment po jego twarzy, znów błądził po pokoju. Nie. Nie widziała go.

– To niemożliwe. To pomyłka – szeptała Marzena. – Leszku… – jęknęła i znów wybuchnęła płaczem.

Nagle zerwała się z kanapety, podniosła telefon z podłogi, zaczęła wybierać numer. Palce tak jej się trzęsły, że ciągle wpisywała złe cyfry.

– Już, już… – przyłożyła telefon do ucha.

Leszek odruchowo sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów. Ale nie wyczuł tam telefonu. Nie usłyszał też dzwonienia.

„Musiałem upuścić w samochodzie” – pomyślał.

Marzena przerwała połączenie, zaczęła wybierać ponownie.

– Anno, powiedzieli mi, że… Nie, Leszek jeszcze nie wrócił. Dzwonili z policji… – Zrobiła pauzę, nabierając powietrza. – Leszek miał wypadek niedaleko miasta… Nie, Anno, już go nie ma… – przekazała matce Leszka smutną wiadomość, odrzuciła telefon na drugi koniec kanapy i znów wybuchnęła płaczem, zawodząc jak zraniona wilczyca.

„O mnie?! Ja się rozbiłem? Ja umarłem?” – Leszek nie wierzył. Jak miał uwierzyć, skoro stał tu, w swoim mieszkaniu, rozmawiał z żoną. – Dlatego nie pamiętam, jak tu dotarłem, jak wszedłem po schodach, otworzyłem drzwi. Jakbym spał. A może działałem jak automat? Dlatego Marzena mnie nie widzi ani nie słyszy. Jestem martwy. – Leszek bardziej dziwił się temu, że nie czuł strachu, bólu, żalu, niż samej śmierci.

– Leszku, jak to możliwe? Jak ja teraz będę żyć? Co mam robić? – Marzena znów upadła twarzą na kanapę i płakała.

Leszek wyciągnął do niej rękę, chciał ją pogłaskać po plecach, uspokoić, ale jego dłoń zatrzymała się w powietrzu. Stał nad płaczącą żoną i próbował przypomnieć sobie, co wiedział o duchach. Na myśl przyszedł mu tylko film z Patrickiem Swayze’em.

„Więc tak to wygląda. A myślałem, że to tylko fantastyka. Jak długo tu utknąłem? Ile mam czasu? Gdzie są przewodnicy? Ktoś powinien mi pomóc, wytłumaczyć…”

Czas płynął dziwnie. Zanim Leszek ogarnął całą sytuację, przyzwyczaił się do bycia duchem, a tu już był ranek. Marzeny nie było w pokoju. Nie pamiętał, gdzie był przez ten czas. Nagle poczuł silne pociągnięcie. Zanim zdążył mrugnąć, znalazł się w zimnym pomieszczeniu z kafelkowymi ścianami i metalowym stołem pośrodku. Przy ścianie na wózku leżało czyjeś ciało. Leszek podszedł bliżej i poznaLeszek spojrzał na swoje pokaleczone ciało, potem na zrozpaczonych rodziców i płaczącą Marzenę, po czym powoli odwrócił się ku światłu, które stawało się coraz jaśniejsze, aż w końcu poczuł, że wszystkie smutki i troski po prostu znikają, a on sam staje się cząstką tego ciepłego, nieznanego, ale jakże kojącego blasku.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × 1 =

Duch