Drugie życie po pięćdziesiątce: Jak spotkałam bezdomnego fizyka, który stał się miłością mojego życi…

Proszę pana, nie pchać się tak. Fuj. To od pana pachnie?
Przepraszam mruknął mężczyzna, odsuwając się lekko.
Coś jeszcze wymamrotał pod nosem, niezadowolony i przygaszony. Stał i przeliczał jakieś drobne na dłoni. Pewnie brakuje mu na flaszkę, przeszło mi przez głowę. Mimo woli spojrzałem mu w oczy. Dziwne nie wyglądał na pijaka.

Przepraszam, nie chciałem odezwałem się nieśmiało. Jakoś nie potrafiłem zostawić tej sceny własnemu biegowi.

Wszystko w porządku.

Podniósł na mnie wzrok niebieskie, przenikliwe oczy, ani śladu zmętnienia. Wyglądał na mojego rówieśnika, zresztą, więcej pewnie nas łączyło niż dzieliło. Takich oczu to ja w młodości nie widziałem u nikogo.

Chwyciłem go delikatnie pod ramię i odciągnąłem na bok, z dala od krótkiej kolejki do kasy.

Coś się stało? Może trzeba jakoś pomóc? próbowałem nie skrzywić się mimo nieprzyjemnego zapachu.

Zrozumiałem, czym właściwie pachnie nie alkoholem, tylko zatęchły zapach potu, jakby nie miał gdzie i jak się wykąpać. Milczał, chowając drobniaki do kieszeni. Widać było, że nie chce mówić o tym, co go spotkało i to właśnie mi, obcej osobie, na dodatek przyzwoicie ubranej.

Marcin jestem. A pan?

Władysław.

To w końcu potrzebuje pan pomocy? poczułem się dziwnie, jakbym się narzucał.

Narzucałem się bezdomniakowi, o dziwo. On tylko raz rzucił mi tymi swoimi nieprawdopodobnie niebieskimi oczami, po czym znowu spuścił wzrok. Już się miałem odwrócić i odejść, gdy nieoczekiwanie powiedział:

Pracy bym potrzebował. Nie wie pan, czy tu w okolicy nie ma zlecenia jakiegoś? Może remonty, cokolwiek w domu. Spory ten wasz Pruszków, a ja nikogo nie znam. Przepraszam

Słuchałem w milczeniu, a on pod koniec znowu zagadał do siebie, jakby speszony. Myślałem, czy można wpuszczać do domu obcego człowieka. Właśnie planowałem wymienić kafelki w łazience. Syn obiecał, że zrobi sam prosił byle nie brać fajtłap majstrów. Ale przecież ciągle jest w pracy. Ile można czekać

Kafle położyć pan umie? spytałem Władka.

Umiałem.

Ile by pan wziął za łazienkę, dziesięć metrów?

Westchnął ciężko. Chyba zdziwiła go powierzchnia łazienki.

Obejrzeć trzeba. Ale ile pan da, tyle będzie.

Władek zrobił łazienkę znakomicie i bardzo fachowo. Najpierw, nieśmiało poprosił, czy może wziąć prysznic nawet się ucieszyłem, że miał takie wyczucie. Dałem mu stare ubrania po świętej pamięci ojcu, swoje sobie wyprał. Remont zajął mu weekend. Zbił stare kafle, posprzątał starannie. Narzędzia przetarł, odłożył na miejsce. Po sobocie i niedzieli łazienka lśniła nową ceramiką. Byłem podenerwowany, bo już kończył. Widać było, że jest bezdomny, to co, zostawić go jeszcze na noc? Dziwnie jakoś. Ale w nocy wyrzucać też mi się nie chciało.

W sobotę nie zmrużyłem oka, zamknąłem się w pokoju i nasłuchiwałem. Ale Władek, jak się zdaje, był tak zmęczony, że spał jak zabity na kanapie w salonie.

Proszę obejrzeć robotę, panie Marcinie! zawołał.

Co tu dużo gadać remont rewelacyjny.

Władziu, a kim pan z zawodu? spytałem, podziwiając efekt.

Nauczyciel fizyki. Uniwersytet Warszawski skończyłem.

Pożal się Boże, taki fachowiec a los zawiódł

Co do kafelków każdy szanujący się mężczyzna powinien umieć takie rzeczy. Tak mi się wydaje.

Pokiwałem głową, wyciągając przygotowane pieniądze z kieszeni. Nie żałowałem. Dałem tyle, ile planowałbym dać ekipie budowlanej. Władek nawet nie spojrzał, schował do kieszeni i poszedł się ubrać. Jego rzeczy już wyschły.

Ej, panie! To co, tak po prostu pan wyjdzie? odezwałem się z nutą oburzenia.

Co niby mam robić? zdziwił się, znów patrząc na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami.

Chociaż niech pan coś zje. Cały dzień pan pracował, tylko herbatę pan pił, nawet nie chciał za bardzo przerywać.

Władek chwilę się wahał, w końcu machnął ręką:

No dobra nie odmówię, dziękuję.

Usiedliśmy we dwóch nad kawałkiem wędzonego śledzia, choć normalnie po szóstek nie jadam. Ale z nim dobrze się rozmawiało. Władek był bystry, elokwentny, niezwykle inteligentny. Ale też wyraźnie zagubiony. Ten cień niepewności, zagubienia nie znikał ani po kąpieli, ani po serdecznej rozmowie przy stole. Czułem, że potrzeba na to czasu.

Władziu, co takiego się stało? Proszę wybaczyć szczerość.

Zamilkł na chwilę, a potem odparł:

Wie pan, jak zacznę opowiadać, wyjdzie z tego jakaś heroiczna czy melodramatyczna bajka. Słyszałem już tuzin takich opowieści przez ostatnie siedem lat. Moja historia niestety wydarzyła się naprawdę. I po co panu to wiedzieć?

Po prostu dziwne, taki facet, a w takich tarapatach

Spojrzał na mnie uważnie. Potem obaj niemal jednocześnie wstaliśmy. Przesunął się w stronę drzwi, a ja trochę się mu nawinąłem pod nogi. Zderzyliśmy się, a potem wszystko potoczyło się samo. Nigdy bym nie pomyślał, że po pięćdziesiątce można przeżyć coś takiego. Myślałem, że prawdziwa namiętność jest dla młodych. A jednak

Później powiedział mi, że siedem lat temu próbował pomóc swojemu uczniowi, bardzo zdolnemu, ale z rodziny problemowej. Wciągnęła go banda z osiedla. Chłopak sam nie był za bardzo zadowolony, ale trudno mu było odejść. Władek, jako wychowawca, poszedł wyjaśnić sprawę z szefem bandy. Spotkał tam dwudziestokilkuletniego dresiarza bez skrupułów. Nikogo nie interesowała rozmowa, od razu na Władka napadli. Ale przez całe życie trenował judo. Raz, dwa, rozrzucił ich, ale pech chciał, że tego przywódcę rzucił niefortunnie prosto na beton. Złamał mu kręgosłup. Chłopak nie przeżył.

Władek sam zadzwonił po karetkę i policję, pewny, że najwyżej grozi mu przekroczenie obrony koniecznej. Dostał jednak dwanaście lat, wyszedł cztery lata wcześniej za dobre sprawowanie.

I tam też żyją ludzie tylko rzucił o więzieniu.

W domu nikt na niego nie czekał. Matka zmarła, wcześniej sprzedała mieszkanie i mieszkała u brata. Żona brata od razu powiedziała: Nie chcę tu żadnego byłego więźnia. Własna żona dawno już rozwiedziona i mężata z innym. Wyjechał więc z Warszawy do Krakowa, ale tam zupełnie mu nie szło. Składał podania gdzie się dało, ale po więzieniu nikt go nie chciał. Poprosił o dorywczą robotę mieszkańców mojej miejscowości, ale nigdzie nie znalazł zrozumienia raczej dystans, obrzydzenie, czasami agresję. W końcu został bez dachu nad głową i bez środków do życia. Znajomy, który przygarnął go na kilka tygodni, w końcu poprosił, żeby już nie nadużywał gościnności.

Jak długo już pan tak żyje? spytałem, śledząc końcówkę jego papierosa.

Dwa tygodnie już chyba.

Palił moje papierosy. Raz na pięć lat wpadłem na taki pomysł, akurat paczka leżała. Władek chciał kupić swoje, ale nie pozwoliłem mu wychodzić po nocy. Myślałem sobie, jak to jest dwa tygodnie być nikim, nigdzie nie mieć swojego kąta.

W ciemności, przy żarze tlącego się papierosa, łatwiej było się przyznać do prawdy. Zaprosiłem go do swojego łóżka. Trudno było dalej udawać.

A dowód tożsamości pan ma?

Mam zaśmiał się gorzko. Ale meldunku nie. To największy problem.

Władek został. Wszystko układało się nam świetnie załatwiłem mu tymczasowy meldunek, znalazł pracę. Nie w zawodzie, oczywiście, ale na początek i tego był szczęśliwy. Pracował jako sprzedawca w sklepie z narzędziami. Po godzinach, w weekendy system dwa na dwa dawał korepetycje z fizyki i matematyki, powoli zbierając uczniów.

Tak nam minęły dwa i pół miesiąca, aż któregoś dnia odwiedził mnie syn, Rafał. Szybko ocenił sytuację i wyciągnął mnie na rozmowę poza dom.

Mama pozbądź się go zarządził bez ogródek.

Byłem osłupiały.

Pozbądź się, słyszysz? Nie jest ci potrzebny taki dziad. Myślisz, po co się do ciebie przymila? Nie ma gdzie mieszkać. A ty jesteś naiwna!

Dałem mu policzek.

Nie wtrącaj się w moje życie powiedziałem ostro.

Chyba zapomniałeś, jestem twoim spadkobiercą. Nie zamierzam się dzielić z byle kim. A jak go poślubisz? Po twojej śmierci wszystko dostanie!

Oho! To już pochówkiem mi grozisz? warknąłem urażony. A niby co chcesz dziedziczyć? Ja cię jeszcze przeżyję!

Mamo, nie zmuszaj mnie do brzydkich zachowań. I tak wam nie dam żyć. Bronię swoich interesów. Sama mnie winą nie obarczaj. Gdybyś znalazła przyzwoitego faceta, nie miałbym nic przeciwko. Ale tego

Aha, czyli przyzwoitość równa się portfelowi? Co się z tobą porobiło? Chyba nie tak cię wychowałem?

Mamo powiedziałem, co miałem powiedzieć Rafał był śmiertelnie poważny. Wracam za tydzień i chciałbym, żeby go tu już nie było. Potem możesz mieć żal tylko do siebie.

Wszedłem do domu, powstrzymując łzy.

On jest z policji? spytał Władek.

Przepraszam, że nie mówiłem

Nie musiałeś.

Jest prokuratorem. W dobrym sercu, tylko przesadnie ostrożny I boi się o mnie.

Co zamierzasz? spojrzał na mnie przenikliwie.

Usiadłem bezradnie do stołu. Co robić? Rozstać się z Władkiem? Też nie chciałem. Ale ryzykować wojnę z synem? On potrafił być bezlitosny. Pewnie mógłby przypomnieć znajomym policyjnym Władka i wpakować go znowu do więzienia.

Wiosna idzie powiedział Władek. No to ja powiem. Mam trochę oszczędności. Na działkę tutaj nie wystarczy, ale dwadzieścia kilometrów dalej tak. Postawimy tam na razie barak, a potem powoli wybuduję dom własnymi rękami. Co ty na to?

Byłem w szoku. Władek się niepokoił.

Wiem, że przywykłeś do wygód. Ale to przejściowe. Zbuduję nam dom.

Władziu mam trochę pieniędzy. Mogę się dołożyć powiedziałem.

Nigdy bym cię o to nie prosił.

Ale ja sama proponuję. Dla nas obojga.

Władek objął mnie największą, najcieplejszą miłością. Kto by pomyślał, że człowiek nawet po pięćdziesiątce może jeszcze odnaleźć swoje szczęście

Wszystko poszło szybko. Ustaliliśmy, że własność będzie wspólna, choć Władek chciał inaczej.

Mam już mieszkanie, a to, że mnie wyrzucili, nic nie znaczy. Ty nie masz nic. zażartowałem, przypominając słowa syna.

Postawiliśmy barak, prowadziliśmy prąd. Władek, podwijając rękawy, zabrał się za budowę domu. Okazało się, że moich oszczędności nie wystarczy. On rzucił się do pracy z korepetycjami, urządził sobie wygodny kącik. Całą kasę, co do złotówki, pakowaliśmy w dom. Po jednej cegle.

Latem, po robocie, rozkładaliśmy koc na swoim terenie i gapiliśmy się na gwiazdy.

Co czujesz? pytał Władek, obejmując mnie mocno.

Drugie życie odpowiadałem zawsze.

To ja mam drugie życie, a ty masz moją miłość! śmiał się w głos.

Czułem, wiedziałem.

Przyjechałem raz do domu po rzeczy. Było już jesiennie, trzeba było zabrać cieplejsze ubrania, koce, trochę naczyń. Spotkałem Rafała siedzącego w kuchni z papierosem.

No cześć, synu. Wpadłem tylko na chwilę. Co u ciebie?

Spojrzał przenikliwie na mnie, wyraźnie zaskoczony moim wyglądem, pogodą.

O co chodzi, tato? Nie odbierasz telefonu.

Zawsze dzwoniłeś tylko wtedy, kiedy coś chciałeś. A ja już tu nie mieszkam, tylko wpadam po rzeczy.

Zaniemówił widział, że coś się ze mną zmieniło. Stałem się inny lżejszy, jakby szczęśliwszy.

Synu, jak się wybudujemy, zaproszę cię na grilla. Ale teraz nie mam czasu.

Szybko spakowałem ubrania i rzeczy kuchenne, pocałowałem go w policzek i już miałem wychodzić.

Tato, co się z tobą stało? usłyszałem za plecami.

Odwróciłem się i uśmiechnąłem szeroko.

Drugie życie, Rafale! I miłość. Po prostu miłość zaśmiałem się i wyszedłem.

Dzień był krótki, dziś budowaliśmy już ganek przed domem.

Wtedy zrozumiałem, że szczęście nie zależy od wieku, majątku czy cudzej aprobaty. Trzeba mieć odwagę chwycić to, co w życiu najważniejsze, choćby oznaczało zaczęcie od zera. Niczego nie żałuję.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − 9 =

Drugie życie po pięćdziesiątce: Jak spotkałam bezdomnego fizyka, który stał się miłością mojego życi…