Proszę pana, niech się pan nie pcha. Fuj. To od pana tak pachnie?
Przepraszam mruknął mężczyzna, cofając się odrobinę i jeszcze coś niewyraźnie mamrocząc pod nosem, ponuro i z żalem. Stał i przeliczał jakieś drobniaki na spoconej dłoni. Pewnie nie starczy na butelkę. Żaneta bezwiednie przyjrzała się twarzy mężczyzny. Dziwne to nie wyglądał na zapitego.
Przepraszam, nie chciałam coś ją powstrzymywało, by po prostu odejść.
Nic się nie stało podniósł na nią oczy. Błękitne, aż nierealnie, jakby nadal nie dotknął ich czas. Mężczyzna musiał być w wieku Żanety. Szokujące, jeszcze nigdy nie widziała takich oczu.
Żaneta chwyciła go pod ramię i odprowadziła na bok, z kolejki do kasy.
Stało się coś? Może potrzebuje pan pomocy? spytała, starając się nie marszczyć nosa.
I wtedy uświadomiła sobie, czym pachnie mężczyzna nie alkoholem, a po prostu starym potem. Milczał, monety wsunął do kieszeni. Głupio mu było opowiadać O CO chodzi, szczególnie przed kobietą, obcą, schludną i zadbaną.
Jestem Żaneta. A pan?
Szymon.
To co, potrzebuje pan pomocy? zadumała się, że narzuca się zupełnie obcemu człowiekowi. Siedzi tu, zaraz zrobi z siebie idiotkę. Szymon zerknął na nią swoimi dziwnymi oczami, potem odwrócił wzrok. W porządku, już miała odejść, gdy nagle wydukał:
Pracy szukam. Nie wie pani, gdzie tu można dorobić? Może coś przy remoncie, pomóc w domu Wie pani, duże osiedle, fajne, ale nikogo tu nie znam. Przepraszam
Żaneta słuchała w milczeniu. Szymon znów zaczął mamrotać, wstydząc się. Pomyślała, czy można wpuszczać nieznajomych do domu. Akurat zamierzała wymienić kafelki w łazience. Syn obiecał, że sam się tym zajmie, byle nie wynajmowała nieudaczników, ale wiecznie zapracowany, a czekać na niego można do emerytury.
Umie pan kłaść kafelki? spytała Szymona.
Umiem.
Ile pan weźmie za łazienkę, dziesięć metrów?
Mężczyzna skrzywił się z niedowierzaniem, zdziwiła go powierzchnia domowego WC.
Muszę zobaczyć. A w ogóle ile pani da, tyle będzie.
Szymon zrobił remont bardzo dokładnie, profesjonalnie. Najpierw zapytał grzecznie, czy może się wykąpać Żaneta poczuła ulgę, że sam na to wpadł. Pozostało tylko mieć nadzieję, że nie przyniesie jej jakiegoś brudu. Dała Szymonowi stare ubrania po zmarłym mężu, swoje wyprał. Remont zajął mu weekend. Zerwał stare kafelki, idealnie po sobie posprzątał. Narzędzia przetarł i ułożył, gdzie były. Trochę jak w filmie nocą w niedzielę łazienka połyskiwała nowymi kaflami. Żaneta była lekko podenerwowana, że Szymon już kończy. On chyba był bezdomny. Zostawić go na noc dziwnie. Wyrzucić w środku nocy jeszcze gorzej.
Prawie wcale nie spała w sobotę, zamknęła się w sypialni, nasłuchując. Ale Szymon, widocznie zmęczony, spał głęboko w salonie.
Zapraszam do odbioru, pani Żaneto! zawołał.
Nie było się czego czepić remont wykonany po mistrzowsku.
Szymon, a kim pan jest z zawodu? zapytała, radując się efektem.
Fizykę uczyłem. Uniwersytet Gdański skończyłem.
Gdański? Nieźle.
Wtedy to był po prostu Gdański. A co do kafelek każdy szanujący się facet powinien to umieć, przynajmniej ja tak myślę.
Żaneta pokiwała głową, wyjęła przygotowane pieniądze. Nie była skąpa, dała ile zamierzała wydać na ekipę remontową. Szymon bez patrzenia schował te pieniądze do kieszeni i poszedł się ubierać. Jego ciuchy wyschły, już je na siebie założył.
I co, ot tak po prostu pan odejdzie? zapytała Żaneta trochę ze złością.
A co, nie można? zdziwił się, znów patrząc na nią nierealnie błękitnie.
Może chociaż pan coś zje? Pracował pan cały dzień na jednym kubku herbaty.
Szymon zawahał się chwilę, machnął ręką:
E, nie odmówię, dziękuję.
Żaneta zjadła z nim kawałek karpia, chociaż zwykle po szóstej wieczorem nie jada. Ale w jego towarzystwie smacznie się rozmawiało, miał w sobie coś. Był uprzejmy, dowcipny, do tego bardzo mądry, choć jakby pogubiony. Tego zagubienia nic nie zdejmowało, ani ciepły prysznic, ani rozmowy do północy. Widocznie potrzeba czasu.
Szymon, co się panu właściwie stało? spytała, przepraszającym tonem.
Zamilkł, w końcu odpowiedział:
Wie pani, jak zacznę opowiadać, zabrzmi to jak jakiś tani film o bohaterstwie, głupocie czy przesadzie. Tyle takich słyszałem przez ostatnie osiem lat. A moja historia była prawdziwa. Po co pani to wiedzieć?
Tak po prostu trudno mi zrozumieć, że taki facet jest w takim położeniu…
Szymon popatrzył na nią uważnie, oboje prawie jednocześnie podnieśli się z krzeseł. Zamieszali się, on poszedł w stronę drzwi, ona stanęła mu na drodze. Zderzyli się i… wszystko potoczyło się samo. Żaneta nigdy nie przypuszczała, że w wieku pięćdziesięciu trzech lat wpadnie w wir szalonego uczucia. Myślała, że namiętność jest dla młodych. A tu: ogień, pasja, nieprawdopodobna bliskość.
Później opowiedział jej historię sprzed ośmiu lat. Wtedy próbował pomóc swoim uczniowi, utalentowanemu, ale z trudnej rodziny, który wpadł w złe towarzystwo. Chłopak był zdesperowany. Szymon, wychowawca, poszedł skonfrontować się z szefem paczki. Tamten miał dwadzieścia dwa lata i zero zasad. Nawet nie rozmawiali od razu rzucili się na Szymona. Ale całe życie ćwiczył judo. Rozprawił się z nimi sprawnie, lecz jednego, właśnie tego szefa, bardzo niefortunnie chłopak uderzył głową w betonową ścianę, złamał kręgosłup i nie przeżył. Szymon sam zadzwonił po karetkę i policję, pewny, że najwyżej przekroczył granice obrony koniecznej. Dostał dwanaście lat, wyszedł po ośmiu za dobre sprawowanie.
I tam też ludzie żyją powiedział tylko o więzieniu.
A w domu? Nikt go nie chciał. Matka umarła, wcześniej sprzedała mieszkanie i zamieszkała u brata. Żona brata dała jasno do zrozumienia:
Żeby tu tego skazańca nie było!
Jego własna żona dawno się rozwiodła i wyszła za innego. W końcu Szymon przeniósł się z Gdańska do Warszawy, ale szczęścia kompletnie nie miał. Pracy nikt nie chciał mu dać. Próbował łapać fuchy po osiedlach, ale trafiał na pogardę, niechęć, czasem agresję. Było tak źle, że nie miał gdzie mieszkać. Znajomy, u którego przez pierwsze tygodnie spał na kanapie, w końcu grzecznie poprosił, by już sobie poszedł.
Ile tak już? zapytała Żaneta, patrząc na żarzącą się końcówkę papierosa należącego do niej.
Dwa tygodnie chyba.
Papierosy palił od niej Żaneta miała paczkę, czasem raz na pięć lat zapaliła. On chciał pójść po swoje, ale nie puściła go z domu. Teraz Żaneta zastanawiała się, jak wygląda życie przez dwa tygodnie nigdzie.
W półmroku, żarzyła się iskra papierosa, łatwiej było się przyznać do tego, czego Szymon musiał się przyznać. Kobieta przyjęła go do swego łóżka, już głupio było milczeć.
Masz dowód? zapytała cicho.
Mam roześmiał się pod nosem. Ale bez meldunku. Stąd wiele moich problemów.
Szymon został. Wszystko układało się dobrze Żaneta załatwiła mu tymczasowy meldunek, dostał pracę. Nie w zawodzie, na razie jako sprzedawca w sklepie z artykułami gospodarczymi, ale dobre i to. W weekendy, pracując na zmiany, udzielał korepetycji. Powoli uczniów przybywało. Dwa miesiące minęły w harmonii i miłości, aż przyjechał syn Żanety. Oceniając sytuację, poprosił matkę na poważną rozmowę poza domem.
Mamo, musisz się go pozbyć.
Słucham?! nie dowierzała.
Od dawna nie wtrącali się wzajemnie w sprawy prywatne.
Słyszałaś. Nie potrzebujesz darmozjada. Myślisz, po co tu z tobą siedzi? Nie ma gdzie mieszkać. A ty głupia!
Żaneta wymierzyła Pawłowi policzek.
Nie waż się! Nie wtrącaj się w moje życie.
Mamo, zapominasz, że jestem twoim spadkobiercą. Nie będę dzielić z jakimś obcym. A jak za niego wyjdziesz, będzie się domagał.
Już mnie chować chcesz? zapytała wściekle i z żalem. Po co ci mój spadek? Może jeszcze cię przeżyję.
Mamo, nie zmuszaj mnie do brzydkich rzeczy. I tak wam nie dam spokoju. Strzegę swoich interesów. Nie możesz mnie winić. Gdybyś znalazła porządnego, z pieniędzmi, nie powiedziałbym słowa. A tak…
Aha, więc porządność to w twoim mniemaniu bogactwo. Ciekawe, jak cię wychowałam
Mamo, już powiedziałem. Za tydzień przyjadę, ma go nie być. Potem już nie miej do mnie pretensji.
Żaneta weszła do domu, tłumiąc łzy.
Syn policjant? zapytał Szymon.
Wybacz że nie powiedziałam…
Nic się nie stało, Żanetko.
Prokurator śledczy. Jest dobry, tylko przewrażliwiony na moim punkcie.
I co zamierzasz? spytał, patrząc jej prosto w oczy.
Żaneta przysiadła. Nie wiedziała sama. Z Pawłem nie zadrze, jeśli powiedział, że problem zrobi, to zrobi. Może nawet by Szymona wsadził z powrotem. Nie chciała w to wierzyć, ale różnie bywa.
Wiosna powiedział Szymon. Nie umiesz wybrać? To ja powiem.
Żaneta kiwnęła tylko, czując, że nie ma wyjścia. Nie chciała się rozstawać z Szymonem, ale też nie chciała kłopotów dla nich obojga.
Zgromadziłem trochę pieniędzy. Nie pytałaś. Nie wystarczy tu na działkę, ale dwadzieścia kilometrów dalej już tak. Postawimy barak, zaczniemy budować powoli. Ja dam radę bez pracy, z korepetycji wystarczy. Zbuduję dom własnymi rękami. Zgodzisz się?
Żaneta zamilkła z wrażenia i niepokojem.
Wiem, przyzwyczaiłaś się do wygód. To tylko etap przejściowy, wszystko ci potem urządzę.
Szymon… Ja mam oszczędności. Mogę dorzucić na budowę powiedziała zamyślona.
Nie śmiem cię o coś prosić.
Ale nie musisz! To nasza sprawa.
Szymon podszedł, objął ją za głowę, przytulił do siebie i pocałował w czubek głowy. Czuła jego ciepło, bezpieczeństwo, miłość. Kto by przypuszczał, że to jeszcze możliwe…
Szybko wszystko zorganizowali działka, barak, papiery. Szymon chciał, by Żaneta była właścicielką, ale nie zgodziła się.
Mam jeszcze mieszkanie. To, że mnie stamtąd ostatnio wyrzucili, nic nie znaczy. Ty nie masz nic, nie licz na mnie. Mam przecież dziedzica! rzuciła z przekąsem, przypominając sobie słowa Pawła.
Wstawili barak, podłączyli prąd. Szymon zabrał się za budowę. Okazało się, że Żanety oszczędności nie wystarczą, więc zaczął udzielać korepetycji z potrójną energią, urządził sobie kącik, żeby nie było widać, że naucza z baraku. Wszystko, każdą złotówkę, inwestowali w dom. Po cegiełce. Latem rozkładali na działce koc i leżeli pod gwiazdami.
Co czujesz? pytał Szymon, obejmując Żanetę.
Drugą młodość odpowiadała.
Ja czuję nowy oddech śmiał się. A ty powinnaś czuć moją miłość.
Czuła. Oczywiście!
Żaneta wybrała się po rzeczy do starego mieszkania. Szła jesień, potrzebowała cieplejszych ubrań, koca, trochę porcelany. W domu zastała Pawła, który palił papierosa przy kuchennym stole.
O, hej, synku. Ja tylko na chwilę! Jak leci?
Spojrzał na nią z ukosa, zszokowany matką promieniejącą, opaloną, szczuplejszą.
Mamo, co się dzieje? Nie dzwonisz.
Przecież sami się nie kontaktujemy. Ty w pracy. Dzwonisz, kiedy możesz.
Dlaczego nie mogę cię zastać w domu?
Bo tu nie mieszkam. Przyjechałam po rzeczy. Mogę?
Paweł zaniemówił. Mama była inna, nie tylko z wyglądu. Lżejsza, szczęśliwsza.
Synku, jak już wybudujemy, zaproszę cię do nas z Żanetą. A teraz, wybacz, śpieszę się.
Żaneta szybko spakowała dwie torby rzeczy, pocałowała syna w policzek i pobiegła dalej.
Mamo, co z tobą? zawołał Paweł.
Żaneta obejrzała się, uśmiechnęła szeroko:
Nowy oddech, Pawełku. I miłość, oczywiście miłość! Pa, kochanie! roześmiała się i wybiegła.
Czas naglił. Dziś budowali ganek.


