Drugie życie po pięćdziesiątce: Historia Rity i Jurka – przypadkowe spotkanie w kolejce, zapach codz…

Panie, no nie pchaj się pan tak. Fuj, to od pana tak czuć?
Przepraszam wymamrotał mężczyzna, odsuwając się.
I jeszcze coś mamrotał pod nosem niezadowolony, smutny. Stał i przesypywał w dłoni jakieś grosiaki. Chyba na butelkę mu nie starcza. Marta niechcący przyjrzała się twarzy mężczyzny. Dziwne… nie wyglądał na pijanego.
Proszę pana… przepraszam, nie chciałam coś nie pozwalało jej się odwrócić i odejść.
Nic się nie stało.
Podniósł na nią wzrok przenikliwe, niebieskie oczy, zupełnie nie wyblakłe. Choć wyglądał na jej rówieśnika. Cóż za oczy… takich nie widziała nawet za młodu u nikogo.
Marta złapała go mocno pod ramię i odciągnęła na bok z krótkiej kolejki do kasy.
Stało się coś panu? Pomóc może? próbowała nie krzywić się.
Wreszcie pojęła, czym pachnie od tego człowieka. Po prostu zastałym potem, a nie alkoholem. Milczał, schował drobniaki do kieszeni. Widać, było mu niezręcznie o tym rozmawiać z nieznajomą, a na dodatek z tak zadbaną, atrakcyjną kobietą.
Marta jestem. A pan?
Piotr.
To trzeba panu pomocy? nagle poczuła, że się narzuca.
Bezdomnemu się narzuca… On za to błysnął jeszcze raz tymi oczami i potem już starał się nie patrzeć. No trudno. Już miała odejść, kiedy on nagle wyszeptał:
Pracy bym potrzebował. Nie wie pani, czy tu można dorobić? Może coś przy naprawach, gospodarstwie… Duża tu u was wieś, porządna, ale ja nikogo nie znam. Przepraszam
Marta słuchała w milczeniu, a Piotr znowu zaczął coś pod nosem i zaraz speszył się do reszty. Zastanowiła się, czy można wpuszczać nieznajomego do domu? Akurat planowała kłaść nowe płytki w łazience, syn obiecał zrobić to sam, prosił nie zatrudniać byle jakich fachmanów. Ale on wiecznie zapracowany, czekać na niego
Umi pan kafelki kłaść?
Umiem.
Ile pan weźmie za łazienkę 10 m²?
Piotr chrząknął, chyba zdziwiony rozmiarami łazienki.
Zobaczyć trzeba. A tak to, ile pani da, tyle wezmę.
Piotr zrobił łazienkę solidnie i starannie. Najpierw zapytał, czy może wziąć prysznic Marta była wdzięczna, że sam się domyślił. Pozostawało mieć nadzieję, że niczego złego po nim nie zostanie. Dała mu stare rzeczy po nieżyjącym mężu, swoje ubrania wyprał. Remont zajął mu dwa dni. Zerwał starą glazurę, posprzątał, narzędzia wyczyścił i odłożył. Do wieczora w niedzielę nowa kafelka lśniła na ścianach i podłodze. Marta była lekko spięta, że Piotr kończy. Najprawdopodobniej był bezdomny. Zostawić go na noc? Dziwnie. Wyrzucać po północy też nieswojo.
W sobotę spała kiepsko, zamknięta w pokoju, nasłuchując. Ale Piotr najwyraźniej padł ze zmęczenia i mocno spał na kanapie w salonie.
Zapraszam do odbioru, Marto! zawołał.
Co tu dużo mówić remont był perfekcyjny.
Piotrze, a pan z zawodu kto? zapytała, zerkając z zachwytem na efekt.
Nauczyciel fizyki. Ukończyłem Uniwersytet w Gdańsku.
W Gdańsku, tak?
Wtedy się tak nazywał. A co do płytek każdy szanujący się facet powinien znać takie rzeczy. No… tak myślę.
Marta kiwnęła głową, sięgając po przygotowaną gotówkę. Nie skąpiła, dała tyle, ile planowała wydać na ekipę. Piotr, nie licząc, schował pieniądze do kieszeni i zaczął się zbierać.
Zaraz, chce pan tak po prostu odejść? zabrzmiała nieco poirytowana Marta.
A niby co? zdziwił się i spojrzał tymi nieprawdopodobnymi oczami.
Chociażby zjeść! Pracował pan cały dzień, tylko herbaty się napił
Piotr wahał się, ale w końcu zgodził:
Dobrze, nie odmówię, dziękuję.
Marta usiadła z nim do kawałka ryby, choć zwykle po szóstej nie jadła. Po prostu było z nim przyjemnie. Piotr był czarujący, miły i bardzo inteligentny. Tylko jakiś taki zagubiony. Ten cień nieznajomości trzymał się go uporczywie. Nie schodził po prysznicu, nie znikał w rozmowach. Widocznie na to potrzeba czasu.
Piotrze, co się z panem właściwie stało? Przepraszam za pytanie.
Chwilę milczał, potem powiedział:
Wie pani, zacznę opowiadać, to zabrzmi jak bohaterstwo, głupota, albo teatr. Za ostatnie osiem lat nasłuchałem się takich historyjek. A moja była prawdziwa. Po co pani to?
Bo po prostu dziwi mnie… taki facet, w takiej sytuacji…
Piotr spojrzał na nią bardzo uważnie, potem jednocześnie wstali od stołu. Zamieszali się, ona stanęła na jego drodze zderzyli się i reszta wydarzeń potoczyła się samoistnie. Marta nie sądziła, że w wieku pięćdziesięciu trzech lat może się przytrafić coś takiego. Myślała, że namiętność jest domeną młodych. Paląca, gorąca, rozbrajająca.
Później opowiedział jej, że przed ośmioma laty postanowił pomóc swojemu uczniowi zdolnemu chłopakowi z trudnej rodziny, który wpadł w złe towarzystwo. Sam nie wiedział, jak z tego wyjść. Piotr, jako wychowawca, poszedł porozmawiać z liderem tej grupy. Spotkał tam dwudziestodwuletniego drania bez zasad. Nie rozmawiali długo rzucili się na Piotra. A on od lat trenował judo. Rozprawił się z nimi szybko, ale lider bardzo niefortunnie wpadł na betonową ścianę, połamał kręgosłup. Nie przeżył. Piotr sam zadzwonił po karetkę i policję, przekonany, że grozi mu tylko przekroczenie granic obrony koniecznej. Ale dostał dwanaście lat za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, wyszedł cztery lata przed terminem za dobre sprawowanie.
Tam też mieszkają ludzie tyle powiedział o więzieniu.
A w domu nikt na niego nie czekał. Matka zmarła, wcześniej sprzedała mieszkanie, dożywała u brata. Żona brata od razu oznajmiła:
Żeby tylko tego kryminalisty tu nie było.
Jego własna żona rozwiodła się z nim już dawno, wyszła za innego. Pojechał z Gdańska do Warszawy, ale miał ciągle pecha. Chciał normalnej pracy, ale po ośmiu latach w więzieniu nikt go nie chciał. Prosił o dorywcze roboty mieszkańców tej wsi, do której zaszedł przypadkiem, ale natrafiał na niechęć, czasem agresję. Skończyło się na tym, że nie miał gdzie spać, za co jeść znajomy, który go przygarnął na początku, delikatnie poprosił, by już nie nadużywał gościnności.
I jak długo tak? spytała Marta, patrząc na żarówkę papierosa Piotra.
Już z dwa tygodnie.
Papierosy palił od niej, bo jej dawno leżała zapomniana paczka raz na kilka lat zdarzało jej się zapalić. Piotr chciał kupić swoje, ale go nie puściła. Marta zastanawiała się, co to znaczy dwa tygodnie spać nigdzie.
W mroku łatwiej przyznać się do tego, co w końcu Piotr postanowił wyznać. Kobieta wpuściła go do swojego łóżka potem już nie było co ukrywać.
Masz dowód? zapytała.
Mam prychnął. Ale meldunku nie mam. I stąd cała masa problemów.
Piotr został. I wszystko się im układało Marta załatwiła mu tymczasowe zameldowanie, znalazł pracę. Co prawda nie w zawodzie, ale na początek sprzedawca w sklepie z narzędziami. Poza tym, w weekendy miał grafik dwa na dwa Piotr dorabiał jako korepetytor i z czasem przybywało mu uczniów. Tak przeżyli ponad dwa miesiące w spokoju i miłości, aż do Marty przyjechał syn. Ocenił sytuację i zabrał matkę na rozmowę poza dom.
Słuchaj, wyrzuć go.
Słucham?! zdziwiła się Marta.
Już od dawna nie wtrącali się sobie w życie.
Mówię ci poważnie. Nie potrzebny ci taki nędzarz. Myślisz, że czego on tu z tobą siedzi? Nie ma gdzie mieszkać. A ty jesteś głupia!
Marta spoliczkowała Damiana.
Nie waż mi się! Nie wtrącaj się w moje sprawy!
Mamo, chyba zapomniałaś jestem twoim spadkobiercą. I nie mam zamiaru niczego dzielić z obcymi facetami. Jak się za niego wyjdziesz, będzie miał prawo.
To już mnie chcesz chować? spytała z żalem i złością. Co tu chcesz dziedziczyć? Przeżyję cię jeszcze!
Nie zmuszaj mnie do brzydkich kroków. I tak wam nie dam żyć. Dbam o swoje. Nie możesz mnie winić. Jakbyś znalazła kogoś normalnego i bogatego, słowa bym nie powiedział. Ale tak
Czyli przyzwoitość to majątek? Co się z tobą stało?! Tak cię wychowałam?!
Mamo powiedziałem już. Wrócę za tydzień, żeby go tu nie było. Potem nie miej do mnie pretensji.
Marta wbiegła do domu, powstrzymując łzy.
On jest z policji? spytał Piotr.
Przepraszam, nie mówiłam
Nie musiałaś. A co teraz?
Jest prokuratorem. Mądry chłopak, tylko ostrożny. I martwi się o mnie.
Co chcesz zrobić? spytał, patrząc jej w oczy.
Marta usiadła do stołu. Co robić? Nie wiedziała. Wiedziała, że Damian jeśli postanowi coś zrobić, zrobi to. Zgłosi, podstawi, nie da spokoju. Może nawet zrobi wszystko, by Piotr wrócił za kratki, jeśli matka sama go nie wyrzuci. Trudno jej było uwierzyć, że syn mógłby się posunąć aż tak daleko, ale
Wiosna powiedział Piotr. Nic nie wymyśliłaś? To teraz ja powiem.
Marta umilkła, czując, że stoi pod ścianą. Nie chciała rozstawać się z Piotrem. Ale nie chciała też narażać ich obojga na walkę z synem, na kłopoty.
Mam trochę oszczędności. Wystarczy mi na kawałek ziemi… może dwadzieścia kilometrów stąd. Postawimy na razie blaszak, potem powoli wybuduję dom. Będę dalej korepetytorem, zatrudnię się gdziekolwiek. Zbuduję dom własnymi rękoma. Co mówisz?
Marta zaniemówiła. On już zaczął się niepokoić.
Wiem, przyzwyczaiłaś się do wygód. Ale to chwilowe. Potem urządzę ci wszystko jak należy.
Piotr mam też swoje oszczędności, mogę dołożyć do budowy powiedziała zamyślona.
Nie śmiem o to prosić.
Nie musisz! Sama chcę. Dla NAS.
Piotr objął ją, siedzącą na krześle. Przytulił jej głowę do siebie, pocałował w czubek. Marta czuła ciepło, bezpieczeństwo i miłość. Kto by pomyślał, że to możliwe nawet w takim wieku
Działali szybko. Kupili działkę. Piotr uparł się, by była na Martę, ale ona nie pozwoliła.
Mam mieszkanie. To, że mnie stamtąd wygnali, nie znaczy, że nie mam. Ty nie masz nic. Nie na mnie, mam spadkobiercę! rzuciła z przekąsem, mając na myśli Damiana.
Postawili blaszak, podłączyli prąd, a Piotr rękawy zakasał do roboty. Okazało się, że Martynie oszczędności nie starczą, Piotr więc z jeszcze większą energią zabrał się za korepetycje. Urządził sobie kąt, gdzie nie było widać, że uczy z baraku. Wszystkie pieniądze szły na dom. Po cegiełce. Latem wieczorami rozkładali koc na trawie, leżeli i patrzyli w gwiazdy.
Co czujesz? szeptał Piotr, obejmując Martę.
Drugie życie odpowiadała.
To ja czuję swoje drugie życie śmiał się a ty masz czuć moją miłość.
Czuła, oczywiście, że czuła.
Marta wpadła do domu po rzeczy. Nadchodziła jesień, trzeba było zabrać cieplejsze ubrania, kołdry, trochę naczyń. W domu zastała Damiana, który siedział w kuchni i palił.
O, cześć, synku. Ja tylko na chwilę! Co u ciebie?
Zerknął na matkę wyraźnie rozkwitniętą, opaloną, szczuplejszą.
Mamo, co się dzieje? Nie dzwonisz.
Tak chyba u nas tak zawsze było. Pracujesz, sam dzwonisz.
A dlaczego nie mogę cię zastać?
Tu nie mieszkam. Zajechałam po rzeczy. Co, chyba mogę?
Damian milczał osłupiały. Matka była zupełnie inna. Poza wyglądem stała się jakby lżejsza, szczęśliwsza.
Synu, jak się wybudujemy, to cię zaproszę na obiad. Teraz przepraszam, nie mam czasu.
Wrzuciła już rzeczy do dwóch toreb, przebiegła koło syna, cmoknęła go w policzek i pognała dalej.
Mamo, co z tobą? krzyknął.
Marta odwróciła się w drzwiach, szeroko się uśmiechnęła.
Drugie życie, Damianku. A przede wszystkim miłość! Pa, kochany! zaśmiała się i wybiegła z domu.
Czas gonił dziś zaczynali budować ganek.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

17 − pięć =

Drugie życie po pięćdziesiątce: Historia Rity i Jurka – przypadkowe spotkanie w kolejce, zapach codz…