Drugie życie po pięćdziesiątce: Historia Rity i bezdomnego nauczyciela, który odmienił jej los. Miło…

Proszę pana, proszę się nie pchać. Fuj, to od pana tak pachnie?
Przepraszam mruknął mężczyzna, odsuwając się trochę.
I coś jeszcze burknął pod nosem, niezadowolony, zgorzkniały. Stał i przeliczał jakiś drobniak na dłoni. Pewnie nie starczało mu na wódkę. Zosia przypadkiem spojrzała mu w twarz. Zadbanego alkoholika by się tu nie spodziewała.
Przepraszam, nie chciałam pana urazić coś ją powstrzymywało przed odejściem.
Wszystko w porządku.
Podniósł na nią wzrok, błękitny, przeszywający, niezwykle czysty. Chociaż wydawał się jej rówieśnikiem. Niesamowite… takich oczu nie widziała u nikogo, nawet w młodości.
Zosia niemal odruchowo ujęła go pod ramię i odciągnęła na bok z małej kolejki do kasy w osiedlowym sklepie na przedmieściach Krakowa.
Coś się panu stało? Pomoc jakaś potrzebna? spróbowała nie krzywić się na nieprzyjemny zapach.
W końcu zrozumiała, to nie był alkohol, a dawny, zleżały pot. Stał cicho, wsunął monetki do kieszeni. Najwyraźniej głupio mu było rozmawiać o SWOIM problemie. Z obcą kobietą, w dodatku całkiem elegancką.
Mam na imię Zofia. A pan?
Marek.
Pomóc jakoś? zreflektowała się, że prawie sama się narzuca.
Narzuca się jakiemuś bezdomnemu. A on raz tylko rzucił w jej stronę tymi błękitnymi oczami, potem spuścił wzrok. Trudno. Już miała odejść, gdy wykrztusił z siebie:
Pracy szukam. Wie pani, gdzie można trochę dorobić? Może coś pomóc, naprawić. Spory macie tu blok, pewnie potrzeby są, tylko nikogo nie znam. Przepraszam…
Zosia słuchała w milczeniu, pod koniec Marek już znowu mamrotał pod nosem i zaplątał się w własne słowa. Zastanawiała się, czy może tak po prostu wpuścić go do domu właśnie zabierała się za remont łazienki, syn obiecał jej pomóc, ale jak zwykle był zapracowany
Umie pan kłaść kafelki? zapytała wprost.
Umiem.
Ile by pan wziął za 10 metrów łazienki?
Marek aż chrząknął z zaskoczenia wielkością łazienki.
Trzeba zobaczyć. A w ogóle, ile pani da.
Marek zrobił remont bardzo porządnie i fachowo. Zaproponował najpierw, że się umyje Zosia była mu za to wdzięczna. Miała tylko nadzieję, że nie przyniesie żadnych zarazków. Dała Markowi stare ubrania po ś.p. mężu, swoje rzeczy wyprał. Prace skończył w weekend skuł stare płytki, starannie posprzątał. Narzędzia wyczyścił i odłożył na miejsce. Pod wieczór w niedzielę nowa kafelki lśniły, aż miło było patrzeć. Zosia trochę się denerwowała, że Marek kończy. On chyba nie miał gdzie spać, ale chyba dziwnie byłoby zostawić go na noc. A wyrzucać tuż przed północą? Też nie za dobrze.
W sobotę ledwo spała zamknęła się w swoim pokoju i nasłuchiwała. Ale Marek widocznie był zmęczony i zasnął jak dziecko na rozkładanym fotelu w salonie.
Proszę sprawdzić, pani Zosiu! zawołał na koniec.
Co tu dużo mówić remont był po prostu idealny.
Marku, a kto pan z zawodu? podpytała, popatrując na pracę.
Fizyk jestem z wykształcenia. UJ kończyłem.
Uniwersytet Jagielloński?
Wtedy to był jeszcze po prostu UJ. A płytki Każdy szanujący się facet powinien umieć takie rzeczy. Przynajmniej tak myślę.
Potaknęła głową i wyciągnęła przygotowane pieniądze. Nie skąpiła. Dała tyle, co planowała wydać na ekipę. Marek nie sprawdził nawet, wrzucił do kieszeni i zaczął się ubierać. Jego ciuchy już wyschły, wrócił do swoich.
A to co, tak po prostu pan sobie pójdzie? zdziwiła się Zosia, nawet lekko oburzona.
A co? zaskoczył się i znowu spojrzał swoimi nieprawdopodobnie błękitnymi oczami.
No chociaż niech pan coś zje! Cały dzień pan pracował. Tylko herbatę pił, nawet nie chciał odpoczywać.
Marek trochę się wahał, wreszcie machnął ręką:
No dobrze. Bardzo dziękuję, to chętnie.
Zosia zjadła z nim kawałek ryby, choć normalnie po osiemnastej nie jadała. Dziwnie jej się zrobiło, że tak miło im się rozmawiało. Marek okazał się przemiłym, kulturalnym człowiekiem, do tego bystrym i oczytanym. Tylko cały czas miał w sobie coś z zagubionego człowieka. Tego nie zmyła nawet kąpiel ani serdeczna rozmowa. Czasem chyba trzeba po prostu dać czas
Marku, mogę zapytać, co się panu właściwie przydarzyło?
Chwilę milczał, potem odpowiedział:
Gdybym zaczął opowiadać, zabrzmiałoby to bohatersko, nierealnie, albo głupio. Słyszałem sporo takich bajek przez ostatnich osiem lat. A moja bajka była prawdziwa. Po co komu takie rzeczy?
Po prostu dziwię się patrząc na pana w takiej sytuacji…
Marek spojrzał na nią uważnie, potem oboje wstali równocześnie. Krzątanina, on skierował się do drzwi, ona stanęła mu na drodze. Zderzyli się, a dalej… wszystko potoczyło się samo. Zosia nie przypuszczała, że w wieku pięćdziesięciu kilku lat może przeżyć coś takiego. Wydawało się jej, że namiętność to domena młodych. Ale ta była szalona, żarliwa, aż paliła.
Potem wyznał jej, że osiem lat wcześniej próbował ratować swego ucznia, uzdolnionego chłopaka z rodziny patologicznej, którego wciągnęła zła grupa. Chłopak nie miał wyjścia. Wychowawca, Marek, poszedł porozmawiać z szefem tej ferajny. Tam był dwudziestoparoletni kryminalista, bez skrupułów. Od słowa do słowa, rzucili się na Marka. Pech chciał, że całe życie trenował judo. Pozbierał ich, ale tego najważniejszego niefortunnie pchnął. Wpadł na betonową ścianę, pękł mu kręgosłup. Nie przeżył. Marek sam wezwał pogotowie i policję, przekonany, że może mu grozi przekroczenie obrony koniecznej. Ale to była napaść kilku na jednego.
Odsiedział niemal całe dwanaście lat, wyszedł cztery lata przed czasem za wzorowe zachowanie.
Nawet w więzieniu da się żyć tylko tyle powiedział.
W domu czekała go inna rzeczywistość. Matka zmarła, a wcześniej sprzedała mieszkanie i dokoczetywała życia przy bracie, a bratowa szybko postawiła sprawę jasno:
Ani dnia więcej tu nie śpij, jak chcesz, możesz spać na klatce.
A jego żona dawno już się rozwiodła i wyszła za kogoś innego. Pojechał z Krakowa do Warszawy, ale tam szczęście go całkiem opuściło. Chciał normalnej pracy, ale po wyroku nie chciano go przyjmować. Próbował się gdzieś doczepić, łapać fuchy w tej okolicy, ale ludzie na wsi patrzyli z nieufnością, często z agresją. Skończyło się, że nocował gdzie się da, a znajomy, u którego miał dach na początek, grzecznie go poprosił, by się wyprowadził.
Jak długo tak już? zapytała Zosia, patrząc na żar papierosa.
Dwa tygodnie jakoś
Palił jej papierosy. Zosi zostało pół paczki, bo raz na dłuższy czas lubiła zapalić. Marek chciał pójść do sklepu po własne, ale go nie wypuściła. Sama myślała, jak to jest: dwa tygodnie żyć nigdzie.
W ciemności, przy ledwie żarzącej się końcówce, łatwiej się było przyznać. Zosia przyjęła go do swojego łóżka. Teraz byłoby głupie udawać, że nic się nie stało.
A masz dowód?
Mam uśmiechnął się krzywo. Zameldowania brak. Stąd większość moich problemów.
Został. I wszystko się ułożyło Zosia zrobiła mu tymczasowy meldunek, dostał pracę. Nie w zawodzie, ale na początek był wdzięczny: jako sprzedawca w sklepie narzędziowym, potem coraz więcej zleceń jako korepetytor. Tak, w spokoju i miłości, minęły dwa i pół miesiąca. I wtedy do Zosi wpadł syn. Rozejrzał się i zaprosił matkę na rozmowę na powietrzu.
Słuchaj, pozbądź się go ode mnie.
Co?! oniemiała Zosia.
Dawno nie mieszali się sobie do życia.
Mówię: pozbądź się! Po co ci taki golas? Jak myślisz, czemu się tu kręci? Bo nie ma gdzie spać! A ty jesteś naiwna!
Zosia spoliczkowała Bartka.
Nie waż się! Nie wtrącaj się w moje życie.
Mamo, chyba zapomniałaś, ale to ja odziedziczę po tobie wszystko. I nie będę się dzielił z jakimś obcym facetem. Wyjdziesz za niego? Będzie miał prawo do spadku.
Hallo! Czemu już mnie chowasz? gniewnie i z żalem spojrzała Zosia. Co tu chcesz dzielić? Jeszcze cię przeżyję.
Mamo, nie zmuszaj mnie do brzydkich rzeczy. I tak wam nie dam spokoju. Mam swoje interesy. Nie miej mi tego za złe. Gdybyś znalazła kogoś z klasą, z kasą, słowa bym nie powiedział. Ale tak
Ach, czyli przyzwoitość liczy się kasą? Co się z tobą dzieje? Tak cię wychowywałam?
Mamo, mówiłem, co miałem powiedzieć. Za tydzień wracam, mam nadzieję, że go już tu nie będzie. Potem nie płacz, ostrzegłem.
Zosia weszła do domu, walcząc z łzami.
On z policji? zapytał Marek.
Przepraszam, że nie mówiłam
No coś ty
Prokuratura. Jest śledczym. Dobry chłopak, tylko bardzo ostrożny.
Co zamierzasz? spojrzał na nią uważnie.
Usiadła przy stole. Co zrobić? Sama nie wiedziała. Skoro Bartek ostrzegał, że im nie popuści mógł być bezwzględny. Może i by Marka zamknął, jeśli sama go nie wyrzuci. Trudno jej było uwierzyć, że syn byłby zdolny do czegoś takiego, ale nie znała już go chyba.
Wiosna… powiedział Marek. Wiesz co, daj, że ja powiem.
Kiwnęła głową, powstrzymując łzy. Czuła się w potrzasku. Rozstać się z Markiem nie chciała. Ale stawiać siebie i jego w centrum kłopotów też nie zamierzała.
Uzbierałem trochę pieniędzy. Nie miałem pojęcia, czy mnie o to spytasz. Na działkę tu nie wystarczy, ale pod Krakowem, dwadzieścia kilometrów stąd, już tak. Na razie postawię barak, potem powoli zaczniemy budować. Będę dalej udzielał korepetycji, a nawet bez dodatkowej pracy damy radę. Zbuduję dom własnymi rękoma. Co ty na to?
Zosia milczała w zaskoczeniu. Zaczął się denerwować.
Wiem, że przyzwyczaiłaś się do wygód. Ale to chwilowe niedogodności. Potem wszystko ci urządzą.
Marku, ja też mam oszczędności. Mogę dołożyć do budowy zamyśliła się.
Nie śmiałbym prosić.
Ale ty nie prosisz! Ja sama chcę. Przecież to dla nas.
Marek podszedł do niej, objął ją delikatnie i przytulił do siebie. Zosia poczuła spokój, ciepło, bezpieczeństwo, a przede wszystkim miłość. Kto by pomyślał, że i w ich wieku ona może nagle przyjść
Poszło im wszystko błyskawicznie. Kupili działkę. Marek nalegał, by na nią była zapisany dom, ale nie przystała.
Mam mieszkanie. To, że nas stamtąd wykurzyli, nie znaczy, że go nie mam. Ty nie masz nic. Nie bój się. Mam przecież spadkobiercę! powiedziała z sarkazmem, przypominając sobie słowa Bartka.
Postawili barak, zrobili prąd, Marek zaczął budować dom. Okazało się, że Zosine oszczędności mogą nie wystarczyć, więc tym bardziej ciągnął korepetycje. Urządził sobie mały kąt, z którego nikt nie domyśliłby się, że wykłada z baraku. Wszystko, co mieli, inwestowali w dom. Powoli, cegiełka po cegiełce. Latem rozkładali koc pod gwiazdami na swoim kawałku ziemi.
Co czujesz? pytał Marek, obejmując Zosię.
Drugie życie odpowiadała ona.
Ja czuję nowe życie. śmiał się. Ale ważniejsze, żebyś czuła moją miłość.
Czuła. Naprawdę czuła.
Zosia zajechała do mieszkania po kilka rzeczy. Zbliżała się jesień, musiała zabrać cieplejsze ubrania, kołdry, trochę naczyń. W domu zastała Bartka, siedział w kuchni i palił.
O, cześć, synku, jestem tylko na chwilę! Jak tam życie?
Patrzył podejrzliwie na matkę była opalona, schudła, promieniała.
Mamo, o co chodzi? Nie dzwonisz.
Tak się umówiliśmy, że nie przeszkadzamy sobie, sam dzwonisz, jak chcesz.
Czemu nie można cię tu zastać?
Nie mieszkam już tutaj. Tylko po rzeczy się wpadłam. Chyba mogę?
Bartek zamilkł zaskoczony. Matka była inna. Nie tylko wizualnie. Stała się lżejsza, szczęśliwsza.
Synku, jak już się wprowadzimy, zaproszę cię do nas. Ale teraz nie mam czasu.
Zosia już nazbierała dwie torby rzeczy. W przelocie pocałowała Bartka w policzek i wybiegła.
Mamo, co się z tobą dzieje? zawołał.
Zosia odwróciła się w drzwiach, roześmiała się szeroko i powiedziała:
Drugie życie, Bartku. I miłość. Najprawdziwsza! Pa, kochany rzuciła i wybiegła, śmiejąc się jak nastolatka.
Czas gonił dziś razem mieli budować nowe schodki do domu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 + siedem =

Drugie życie po pięćdziesiątce: Historia Rity i bezdomnego nauczyciela, który odmienił jej los. Miło…