Druga teściowa
8 maja.
Dziś znów sama nie wiem, jak mam wszystko udźwignąć. Praca po godzinach, dom, mama… Ale od początku.
Weszłam do gabinetu właściciela kliniki MedicoArt z pewnym wahaniem. Miałam na sobie fartuch sprzątaczki i ledwo odważyłam się wejść wiedziałam, że prezes, pan Mariusz Gramza, jest w fatalnym humorze od rana, bo ponoć znów coś się posypało z kontraktem.
Słyszałam, że jest wolne stanowisko młodszego masażysty szepnęłam cicho.
Podniósł głowę, zmarszczył brwi, tylko przewrócił oczami.
I co pani, z mopem, zamierza pacjentów masować? rzucił kpiąco.
Poczułam, jak robię się czerwona, ale odpowiedziałam:
Skończyłam kurs online i napisałam CV dodałam nieśmiało, podając zmiętolony arkusz papieru, który nosiłam w kieszeni.
Nagle wszedł pan Marcin Sadowski jego zastępca. Prezes złapał się za głowę.
Marcin, dlaczego u nas sprzątaczki chodzą gdzie chcą? Wywal ją stąd natychmiast. Sprzątaczka marzy o karierze masażystki! Pozbądź się jej, a potem wszystkich poucz, żeby nie zawracali mi głowy bzdurami!
Zerwał mi papier z ręki i porwał na strzępy, rzucając je na podłogę.
Z trudem przełknęłam łzy, zebrałam kartki z podłogi. Marcin chwycił mnie pod łokieć i bezceremonialnie wyprowadził na korytarz, przeciągnął wśród ludzi do schowka na narzędzia.
Siadłam na starym krześle i zaczęłam płakać. Nie chciałam być sprzątaczką, po prostu w tej klinice płacili lepiej niż gdziekolwiek indziej, nawet 3400 złotych brutto. Sądziłam, że Mariusz Gramza, który całe życie walczył o swoją pozycję, spojrzy na próbę zrozumieniem. Dorastał w domu dziecka, matki nie znał, o ojcu nawet nie słyszał, a jednak został świetnym chirurgiem, do którego przyjeżdżały bogate damy z Warszawy.
Może dlatego się odważyłam? Zawsze marzyłam o tym, by zostać masażystką. Sama uczyłam się z podręczników, skończyłam policealne kursy, a kiedy nazbierałam trochę oszczędności, mój mąż uciekł z pieniędzmi i zostawił mnie z kilkuletnią córką, Zosią, bez grosza.
Dopiero potem wyszło na jaw, że Mirek był karany za drobne przekręty i właściwie wszystko o sobie zmyślił. Rozwód się ciągnął, a ja dla Zosi znosiłam wszystko. Pracę dostałam tylko dlatego, że mama, Teresa Bednarczyk, opiekowała się wnuczką. Była uparta, dawniej wybitna gimnastyczka, pełna pogody i hartu ducha.
Kiedy zebrałam w sobie odwagę po kursie masażu, napisałam CV i podeszłam do dyrekcji I tyle z tego wyszło.
Po pracy, z mokrymi jeszcze oczami, wróciłam do domu. Mama czekała na mnie z herbatą.
Zosieńka wygrała konkurs plastyczny w przedszkolu! krzyknęła radośnie.
Moje serce topniało, bo wiedziałam, jaka Zosia jest zdolna. Kupowałam jej dobre farby, zapisałam do ogniska plastycznego i cieszyłam się każdym jej rysunkiem.
Wieczorem, targając ciężkie wiadro, spotkałam pana Stefana Nowickiego, dozorcy, jedynego, kto zawsze miał dla mnie dobre słowo, nie patrzył z góry, częstował własnoręcznie upieczonymi drożdżówkami.
Jak mnie zobaczył, to znów się popłakałam, ale pocieszył mnie krótko:
W głowie się wszystko zmieni, dziecko.
Lepiej nie próbować było mruknęłam. Tylko sobie narobiłam.
A prezes dzisiaj nie do życia. Przyjdź w innym dniu powiedział łagodnie.
Ale już wiedziałam, że nie mam po co wracać Marcin zabronił mi znowu się zgłaszać. Marzenia o wyjściu z dołu, z pozycji sprzątaczki do pracy, gdzie choć trochę czułabym się kimś No cóż. Zostały sny.
W domu mama wyglądała nieswojo. Ukrywała łzy, choć zawsze była silna.
Co się stało, mamo? zapytałam.
W niczym, nic odparła, machając ręką.
Nie wytrzymałam. Usiadłyśmy razem. Mama zaczęła płakać. Powiedziała, że na okresowych badaniach wykryto u niej poważną wadę serca. Na operację musiała czekać miesiącami. Prywatnie to koszt, na który nigdy nas nie będzie stać. Do Warszawy pojechać na badania też za drogo. No, czas kończyć powiedziała żartem, ale poczułam, jak zamieram ze strachu.
Mamo, może coś wymyślimy! próbowałam ją pocieszyć.
Z twojej pensji sprzątaczki i mojej emerytury? Nie żartuj, Małgosiu. Z niczego pasa nie skleisz odpowiedziała gorzko mama.
Leżałam całą noc bez snu i postanowiłam spróbuję jeszcze raz. Nazajutrz jednak nie tylko, że mnie nie zmienili na inne stanowisko, ale wręcz wręczono mi papiery zwolnienia i wypłatę trzech pensji minimalnych.
Pan Stefan na pożegnanie podał mi numer telefonu, żebym się czasem odezwała. Siedziałam potem z papierami w ręku, głowa bolała jak przetrwać kolejny miesiąc? Ale nie wolno mi się poddać. Mamie powiedziałam, że sama zrezygnowałam nie chciałam, by się martwiła.
Zaczęłam szukać ogłoszeń. Wszędzie oferowano najniższe krajowe. W końcu trafiłam na ofertę: Opiekunka do seniorki, możliwe zamieszkanie, mile widziane sprzątanie, gotowanie, opieka nad domem. Wysłałam zgłoszenie, nie był to żaden wstyd, a na pewno nie większy niż mop.
Oddzwonili po godzinie. Przez agencję. Okazało się, że zleceniodawczynią jest samotna, majętna pani kiedyś gwiazda opery, Barbara Morawska (nazwisko artystyczne). Usłyszałam jeszcze, że jestem dziesiątą osobą na tym stanowisku, bo nikt nie wytrzymuje kaprysów starszej pani.
Bez pytania zgodziłam się na próbę. Wynagrodzenie dwukrotnie wyższe niż dotychczas.
Następnego ranka ochroniarz wpuścił mnie do kamienicy Morawskiej w samym centrum Krakowa. Wnętrza jak z muzeum.
Czego się gapisz? Czego szukasz? zagrzmiała chrapliwa, teatralna starsza pani w elektrycznym wózku. Była bardzo drobna, siwiuteńka, z jastrzębimi oczyma.
Dzień dobry, pani Barbaro wyjąkałam.
Głośniej! I nigdy nie wkładaj rąk do kieszeni! No przemieszczaj się, ale lekko! Na zdjęciu byłaś młodsza burczała przez cały czas.
Usługiwałam jej, wykonywałam wszystko, co kazała, znosząc irytujące docinki i kąśliwe komentarze.
Przetrwałam pierwszy dzień. Wieczorem poddałam się jej testowi prosiła o masaż, sprawdzała moją precyzję. Nie robiłam tego oficjalnie, ale przecież się uczyłam. Po masażu pani Barbara usnęła, a ochroniarz na wyjściu rzucił z uśmiechem: Pierwszy raz od tygodni spała jak dziecko.
Codzienność była trudna. Morawska była kapryśna, bezpośrednia w uwagach, czasami okrutna w ocenach strojów czy życia, ale czułam, że uważnie mnie obserwuje.
Po trzech miesiącach próbnego okresu podpisałam z nią kontrakt na rok praca 6 dni w tygodniu, dwuzmianowo. Dzięki temu mogłam pozwolić mamie nie pracować. A z Morawską powoli zdobywałam zaufanie.
Tylko raz w życiu spytała: Masz rodzinę?
Mam tylko mamę i córkę opowiedziałam szczerze. Ostrożnie pytała o Zosię, a gdy usłyszała, że dziewczynka pięknie rysuje, zaprosiła ją do siebie. Po tym, jak Zosia narysowała jej portret nakazała od razu oprawić i powiesić na salonie.
Zaczęłyśmy się przyzwyczajać do siebie. Morawska miewała napady bólu, czasami tylko ja byłam w stanie jej pomóc masażem.
Pewnego dnia poleciła przygotować pokój dla mnie i Zosi, bo chciała, byśmy zostały na noc. Wieczorem, po cichu, poczułam się po raz pierwszy jak w prawdziwym domu.
Następnego dnia pozwoliła mi posprzątać swój gabinet. Znalazłam tam stary album ze zdjęciami. Usiadłyśmy przy okrągłym stole z Zosią. Nagle Zosia wykrzyknęła:
O, babcia! pokazała palcem na fotografię młodej Teresy.
Zamarłam. Mama w albumie Morawskiej?!
Skąd pani ma zdjęcie mojej mamy?! zapytałam szeptem.
Barbara zmrużyła oczy i długo mi się przyglądała.
Ty jesteś córką Teresy?! Boże, taka podobna Chodziłyśmy razem do podstawówki. Twoja mama była gwiazdą sportu, ja śpiewałam w chórze Obie zakochałyśmy się w jednym chłopaku Stefanie. On wybrał mnie, a twoja mama była przez lata zraniona.
Wspomnienie tak głęboko mnie poruszyło, że zapragnęłam ich pogodzić.
Wkrótce Zosia miała wycieczkę, więc mama przyszła po nią do Morawskiej.
Zobaczyły się po latach, dwie starsze panie. Początkowo chłodne, zaczęły powoli rozmawiać, potem śmiały się wspólnie. Morawska wyznała, że mama uratowała ją przed oszustem, dzwoniąc anonimowo w ostatniej chwili. Podziękowała jej, przyznała się do swoich słabości.
Kiedy Teresa wspomniała o swoich problemach z sercem, Morawska zdecydowała od razu: Przenosicie się tu. Ja mam miejsca, niech Zosia ma prawdziwy pokój, a my dobrego kardiologa. Zapłacę ci za wszystko.
Mama długo się opierała, ale nie została jej wybór. Dzięki Barbarze Bednarczyk trafiła do jednego z najlepszych kardiologów w Krakowie młodego doktora Piotra Mazura. Był z tych lekarzy, którym się ufa od pierwszej chwili: serdeczny, zwyczajny facet z ogromnym sercem.
Po operacji często rozmawiałam z nim podczas odwiedzin; z jego ust padły słowa, które zapamiętam na długo:
Dawno nie widziałem takich więzi rodzinnych. Pracuje pani?
Tak, ale chciałabym kiedyś pracować jako masażystka w rehabilitacji odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Niech pani spełnia marzenia odrzekł z uśmiechem.
I tak, pewnego wieczoru, Morawska oznajmiła mi:
Przestań już mnie niańczyć, idź na prawdziwy kurs masażysty. Zapłacę ci! Będę miała własną specjalistkę w domu.
Nie mogłam uwierzyć tak dostałam szansę, której nigdy bym się nie spodziewała. Uczyłam się pilnie pod okiem pana Mirosława Gutowskiego, doświadczonego nauczyciela, który docenił moje zdolności i podsunął mi pierwszą prawdziwą pracę w salonie rehabilitacyjnym Wanilia.
Pracowałam tam w porannych godzinach, resztę dnia poświęcając mamie i Barbarze Morawskiej. Coraz więcej pacjentów zapisywało się właśnie do mnie, a nie do szefa.
W międzyczasie częściej widywałam Piotra coraz bardziej się zaprzyjaźnialiśmy, a potem powolutku zbliżaliśmy. Po pracy chodziliśmy z Zosią na spacery do Plant i na wystawy, do parku i teatru lalek.
Mama wracała do formy, ale Barbara coraz częściej leżała w łóżku, zmagała się z bólem. Ja starałam się być jej największym wsparciem.
Wieczorami mówiła tylko, że jest ze mnie dumna, a kiedyś szepnęła:
Nie jestem już twoją pracodawczynią. Jesteście wszystkie moją rodziną. Zasłużyłaś.
Mam wrażenie, że trafiłyśmy do siebie: ja, mama, Zosia i pani Barbara cztery kobiety w jednym domu, które znalazły siłę w swoich losach i które potrafiły stworzyć razem miejsce pełne ciepła, troski i nowego początku. Są takie chwile, w których życie naprawdę daje drugą szansę i to nie tylko jednej osobie.


