Druga szansa

Drugi Szans
Halina Wiśniewska była zwyczajną babcią, ze swoimi słabościami i wadami. Ale Kacper kochał ją bezwarunkowo. Ojca nie pamiętał, choć babcia mówiła, że lepiej, żeby go w ogóle nie było. Na dociekliwe pytania chłopca odpowiadała: „Dorośniesz, zrozumiesz”. I Kacper rósł, nie zadając pytań, próbując sam do wszystkiego dojść.

Gdy miał pięć lat, babcia zabrała go do siebie, a od tamtej pory mama pojawiała się w jego życiu tylko sporadycznie, między kolejnymi kandydatami na mężów.

Pewnego dnia, gdy matka znów przyszła, by zabrać Kacpra, babcia odesłała go do pokoju. Chłopiec cicho bawił się, nasłuchując kłótni w kuchni. Najpierw nie słyszał nic, ale potem głosy stały się głośniejsze.

— Ile można? Chłopcu potrzebna matka, a nie wystrojona lafirynda — mówiła babcia.
— Mam się teraz dla niego zakopać żywcem?! Szukam męża i ojca dla syna, a nie zabawy! — krzyczała w odpowiedzi matka.
— Tam, gdzie szukasz, porządnych ojców nie znajdziesz. I który facet pokocha cudze dziecko? Nawet swoje porzucają, a co dopiero obce.
— Ty nic nie rozumiesz… Ty… — wtedy matka rzuciła w babcię słowami, których Kacper nie znał, ale czuł, że były okrutne.

Babcia uznała to za ostatnią kroplę i znów wyrzuciła matkę za drzwi. Weszła do pokoju zdenerwowana, przytuliła Kacpra mocno, poklepała po krótkich włosach i wyszła, trzaskając drzwiami.

Znikała na trzy tygodnie, by wrócić później — rozpromieniona lub wściekła, w zależności od tego, czy udało jej się znaleźć nowego mężczyznę. Po jej wyjściu ubrania i włosy chłopca jeszcze długo pachniały perfumami. Wdychał ten zapis, wspominając.

Z czasem zaczął bać się tych wizyt. Po nich babcia piła krople nasercowe o ostrym zapachu, tłukła naczyniami i narzekała, że wychowała nie córkę, a bezduszną kukułkę, która porzuciła własne dziecko. Mamrotała, że już nie ma sił i następnym razem odda go matce… Kacper siedział w pokoju, czekając, aż burza minie.

Potem babcia wracała, stawiała na stole talerz z ciepłymi racuchami lub drożdżówką i mówiła łagodniej:
— Czemu taki cichy? Przestraszyłeś się? Nie bój, nie oddam cię. I nie miej do mnie żalu.

Kacper rozumiał i nie miał pretensji. Gdy było mu źle, przychodził do babci po pocieszenie. Ale ona nie mogła żalić się ośmioletniemu chłopcu. Jak miał ją wesprzeć? Więc tylko cierpliwie słuchał jej narzekań i marzył, by znów zapanował spokój. I następnego dnia życie wracało do normy — aż do kolejnej wizyty matki.

Kacper rósł, a babcia, jego zdaniem, wcale się nie zmieniała. Była jak zatrzymana w czasie. Myślał, że tak już zostanie. Gdy był w liceum, babcia często powtarzała:
— Jeśli nie zdasz na studia, zabiorą cię do wojska. A ja jestem już stara, nie wytrzymam tego. Więc jeśli chcesz, żebym pożyła dłużej, postaraj się.

I Kacper starał się. Nie mógł zawieść babci. Poza nią nie miał nikogo. Od matki dawno się odzwyczaił. Zdał maturę i dostał się na historię — nie na prestiżowy kierunek, gdzie tłoczyli się wszyscy, ale na budżet. Lubił czytać i pasjonowała go przeszłość.

Na drugim roku zakochał się w pięknej, rozbawionej Sylwii. Uwielbiała imprezować, czego Kacper nie znosił, ale dla niej chodził na akademickie zabawy. Babcia od razu poznała po jego roztargnieniu, że coś jest nie tak. Wzdychała, czekała na niego do późna. Kacper żałował jej, więc starał się nie wracać nad ranem. Ale Sylwii się to nie podobało.

Pewnego wieczoru postawiła ultimatum — jeśli wyjdzie, go rzuci. Kacper nie chciał stracić Sylwii, ale i babcię mu żal było. W końcu wyszedł z klubu. Biegł do domu, jakby goniły go demony, złoszcząc się, że babcia mogłaby po prostu spać, że jest dorosły i da sobie radę. Telefonów komórkowych babcia nie uznawała.

Wszedł do mieszkania i zobaczył światło pod drzwiami jej pokoju. „I po co jej to?” — pomyślał zirytowany. Otworzył drzwi i zobaczył ją na podłodze, z zamkniętymi oczami, jedną rękę podwiniętą nienaturalnie. Obok leżał rozbity kubek.
— Babciu, co się stało?! — rzucił się ku niej.
Otworzyła oczy, próbowała coś powiedzieć, ale usta wykrzywiły się, a głos nie słuchał.
— Nie umieraj, zaraz… — wyciągnął telefon.

Karetka przyjechała szybko. Lekarz powiedział, że gdyby spóźnili się choć trochę, byłoby za późno.

Kacper winil siebie, że z powodu miłości nie zauważył, jak babcia w ostatnim czasie narzekała na zawroty głowy, jak często brała tabletki i trzymała się mebli, by nie upaść. Gdyby nie poszedł na tę imprezę, gdyby był w domu…

Babcię zabrano do szpitala. Kacper po raz pierwszy został zupełnie sam. Codziennie przychodził z kurczowym rosołem i kompotem, który przygotowała Sylwia. Ale szybko jej się znudziło — wróciła do klubów. Rozstali się.

Po trzech tygodniach babcia wróciła do domu. Chodziła teraz ostrożnie, drobnymi kroczkami, jakby bała się oderwać nogi od podłogi. Jedna ręka była bezwładna, mówiła niewyraźnie. Ale Kacper szybko nauczył się ją rozumieć.

Teraz kręcił się jak wiewiórka w kole: po zajęciach biegł do sklepu, gotował, karmił babcię, sprzątał. Wszystko leciało mu z rąk. Do tego jeszcze studia.

Wkrótce z przychodni przyszła młoda pielęgniarka, Jadwiga, z grubym warkoczem. Myślał, że takie już nie istnieją. Przychodziła codziennie, sprawnie robiła babci zastrzyki, pokazywała ćwiczenia na rękę. Upominała Kacpra, by nie zaniedbywał rehabilitacji.

— Czasu brak. I na zakupy, i gotować, i studia… Druga próba z kaszą i znaw groszki.
Jadwiga weszła do kuchni i pokazała, jak ugotować ją dobrze.
— U pani to łatwo. Ja się nigdy nie nauczyłem, babcia zawsze gotowała.
— Nic trudnego. Jutro przyjdę, poćwiczymy z babcią — odpowiedziała, rumieniąc się lekko.

Z czasem rękaKacper spojrzał na Jadwigę, uśmiechnął się i pomyślał, że czasem życie daje drugą szansę tam, gdzie nikt się już jej nie spodziewa.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − 11 =

Druga szansa