Druga szansa

Drugi szans

Danuta Janicka była zwyczajną babcią, ze swoimi słabościami i wadami. Ale Krzysztof kochał ją bezwarunkowo. Ojca nie pamiętał, choć babcia mawiała, że lepiej by go w ogóle nie było. Na dociekliwe pytania Krzyś odpowiadała: „Dorośniesz, zrozumiesz”. I chłopiec rósł, nie zadając pytań, starając się samemu pojąć świat.

Gdy miał pięć lat, babcia zabrała go do siebie. Od tamtej pory mama pojawiała się w jego życiu tylko okazjonalnie, między kolejnymi kandydatami na mężów.

Pewnego dnia, gdy przyszła zabrać Krzysztofa, babcia kazała mu iść do pokoju. Siedział cicho, nasłuchując kłótni w kuchni. Na początku głosy były stłumione, ale potem matka zaczęła krzyczeć, a babcia podniosła ton.

— Ile można? Chłopcu potrzebna jest matka, a nie wytapetowana lala! — mówiła babcia.

— Mam się teraz zakopać żywcem? Szukam męża i ojca dla syna, między innymi! — odkrzykiwała matka.

— Tam, gdzie szukasz, porządnych ojców nie znajdziesz. I który facet pokocha cudze dziecko? Własne porzucają, a co dopiero obce!

— Ty… ty nigdy nie zrozumiesz… — wypaliła matka słowami, których Krzysztof nie znał, ale czuł, że były obraźliwe.

Babcia też tak uznała i, po raz kolejny, wyrzuciła córkę za drzwi.

Weszła do pokoju zdenerwowana, pogładziła Krzysia po krótkich, jeżykowych włosach i wyszła, trzasnąwszy drzwiami.

Znikała na trzy tygodnie, potem wracała — albo zadowolona, albo wściekła, zależnie od tego, czy nowy związek się układał.

Po jej wyjściu włosy i ubrania Krzysztofa jeszcze długo pachniały perfumami. Wdychał ten zapach, wspominając.

Z wiekiem zaczął bać się tych wizyt. Po nich babcia brała krople nasercowe o ostrym zapachu, tłukła naczyniami i narzekała, że wychowała nie córkę, lecz zimną egoistkę, która porzuciła własne dziecko. Mamrotała, że już nie da rady i następnym razem odda go matce… Krzyś przeczekiwał w pokoju, aż burza minie.

Potem babcia przychodziła, stawiała na stole talerz z ciepłymi racuchami lub drożdżówkami i mówiła łagodniej:

— Czemu taki cichy? Przestraszyłeś się? Nie bój, nie oddam cię. I nie gniewaj się na mnie.

Krzysztof rozumiał i nie gniewał się. Gdy było mu źle, przychodził do babci po pocieszenie. Ale ona nie mogła żalić się ośmioletniemu chłopcu. Jak miał ją pocieszyć? Więc cierpliwie wysłuchiwał jej zrzędzenia i marzył, by w domu znów zapanował spokój. Następnego dnia życie wracało do normy — do kolejnej wizyty matki.

Krzysztof rósł, a babcia, jak mu się zdawało, wcale się nie zmieniała. Jakby zatrzymała się w czasie. Myślał, że tak już zostanie. W liceum często powtarzała:

— Ucz się dobrze. Jak nie zdasz na studia, zabiorą cię do wojska, a ja jestem już stara, nie wytrzymam. Więc jeśli chcesz, żebym pożyła dłużej, postaraj się.

I starał się. Nie mógł zawieść babci. Poza nią nie miał nikogo. Od matki dawno się odzwyczaił. A motywacja była prosta — życie babci. Zdał maturę i dostał się na uniwersytet. Nie ryzykował, nie wybrał prestiżowego kierunku, tylko historię — lubił czytać i pasjonowały go dzieje.

Na drugim roku zakochał się w pięknej, żywiołowej Kasi. Ona uwielbiała imprezy, których Krzysztof nie znosił. Ale dla niej chodził na akademickie zabawy i do klubów. Babcia od razu poznała po jego zamyśleniu, że się zakochał. Wzdychała, czekała na niego do późna. Krzyś żałował jej, starał się nie wracać o świcie. Ale Kasi to nie podobało się.

Pewnego dnia postawiła ultimatum: jeśli wyjdzie z imprezy, rzuci go. Nie chciał stracić Kasi, ale i babci było szkoda. Ma nadciśnienie, serce, a tu nie śpi, czeka… W końcu wyszedł z klubu. Biegł do domu, jakby goniło go zło, złoszcząc się na babcię: „Mogłaby spać, jestem dorosły, nic mi nie będzie, dam sobie radę”. Telefonów komórkowych babcia nie uznawała. „Dla mnie to za późno. A ty po co masz?” — mówiła.

Wszedł do mieszkania i zobaczył światło pod drzwiami jej pokoju. „I po co ona nie śpi?” — pomyślał zirytowany i zajrzał do środka. Babcia leżała na podłodze z zamkniętymi oczami, z nienaturalnie wykręconą ręką. Obok rozlana woda i stłuczona szklanka.

— Babciu, co się stało?! — rzucił się do niej.

Otworzyła lekko oczy, próbowała coś powiedzieć, ale usta wykrzywiły się i nie słuchały.

— Tylko nie umieraj, zaraz… — Krzysztof wyciągnął telefon.

Karetka przyjechała szybko. Lekarz powiedział, że chwilę dłużej, i byłoby za późno.

Krzyś wyrzucał sobie, że przez miłość nie zauważył, jak babcia ostatnio skarżyła się na zawroty głowy i szum w uszach, łykała tabletki, chodziła chwiejnie, trzymając się mebli. Gdyby nie poszedł na tę imprezę, może nic by się nie stało.

Babcię zabrano do szpitala. Po raz pierwszy Krzysztof został zupełnie sam. Codziennie odwiedzał ją, przynosząc rosół i kompot, który przygotowała Kasia. Ale dziewczyna szybko się znudziła — znów zniknęła w klubach. Rozstali się.

Po trzech tygodniach babcię wypisano. Chodziła teraz ostrożnie, drobnymi kroczkami, jakby bała się oderwać nogi od podłogi. Jedna ręka nie działała, mówiła niewyraźnie. Ale Krzysztof szybko nauczył się ją rozumieć.

Teraz kręcił się jak w ukropie: po zajęciach biegł do sklepu, gotował, karmił babcię, sprzątał. Nauka też wymagała czasu.

Wkrótce z przychodni przyszła młoda pielęgniarka, Jadzia, z rudym warkoczem. Myślał, że takie już nie istnieją. Przychodziła codziennie, robiła zastrzyki, pokazywała ćwiczenia dla ręki. Ganiła Krzysztofa, że nie ćwiczy z babcią.

— Czasu brak. Sklep, gotowanie, studia… Kasza drugi raz mi nie wychodzi — tłumaczył się jak niesforny uczeń.

Jadzia poszła do kuchni i pokazała, jak ugotować kaszę.

— Jak pani to ładnie robi. A ja nie umI tak minęły lata, a Krzysztof zrozumiał, że czasem drugi raz to nie tylko szansa dla innych, ale także dla nas samych.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 − 2 =

Druga szansa