Droga do serca przez burze

**Droga do serca przez burze**

Życie Kasi waliło się jak domek z kart. Rozwód z mężem zabrał jej grunt pod nogami. Zbierając resztki przeszłości, wróciła do rodzinnej wsi na obrzeżach Podkarpacia. Jedynym oparciem była babcia Zofia Janowa, która duszą i ciałem trzymała się Kasi i jej synka Jasia.

— Jaś to żywy obraz swojego ojca, Darka — mówiła Kasia z gorzkim uśmiechem, patrząc na chłopca. — Tylko on pozostał po tamtym małżeństwie, jak promyk słońca w ciemną noc.

— A nie mówiłam, żebyś się nie wiązała z tym hulaką? — mamrotała babcia, kręcąc głową. — Od razu było widać: wietrzny, a do tego ciągnie do butelki. Jak zaczyna młodo, to tylko gorzej. A ty: „Miłość, miłość!” — jakbyś rozumu nie miała.

— Co tam teraz, babciu? — westchnęła ciężko Kasia. — Będziesz mi to wypominać do końca życia? Przynajmniej Jaś z nami, to najważniejsze.

— Nie martw się, moja złota — babcia przytuliła wnuczkę mocno. — Słowa więcej nie powiem. Spójrz na siebie: taka piękność! Gdzie on drugą taką znajdzie, ten twój Darek? Głupi, i tyle.

— W szkole pół klasy za mną biegało — Kasia mimowolnie poprawiła włosy — ale teraz nie mam głowy do romansów. Nikomu nie wierzę. Wszyscy na początku tacy mili, a potem… — machnęła ręką.

— Nie wszyscy tacy, jak twój były — odparła Zofia Janowa. — Weźmy na przykład Wojtka. Pamiętasz, jak za tobą szalał? Chłop jak złoto: pracowity, bez złych nawyków. I do dziś nieżonaty, ostatni z waszej klasy. — Babcia mrużyła oczy chytrze.

— Och, babciu, nie zaczynaj — Kasia odsunęła się. — Nie mam ochoty myśleć o nikim. Trzeba Jasia do szkoły przygotować, dom ogarnąć. Rodzice, jak wyjechali za mną do miasta, tak zostali w fabryce. Teraz ja tu gospodyni. I tobie pomagać czas…

— Pomoc to dobra rzecz — kiwnęła babcia — ale się nie śpiesz. Najpierw sama się urządź. A ja? Żyję, biegam, siedemdziesiąt lat to nie wyrok. Patrzeć na ciebie i Jasia — to już szczęście. Rodzice nie porzucą, pomogą. Może na emeryturę tu wrócą. I będziemy żyć razem: ty w dużym domu, a ja w swojej chatce obok.

— Oj, babciu, ty nasza kwoka — Kasia mocno przytuliła Zofię Janową i cmoknęła ją w policzek.

— A o Wojtku jednak pomyśl — babcia klepnęła wnuczkę lekko, jak za dawnych czasów. — Tacy jak on nie leżą na drodze.

Kasia osadzała się we wsi już trzeci miesiąc. Wojtek, miejscowy traktorzysta, nie tracił jej z oczu. On, podobnie jak Zofia Janowa, uważał małżeństwo Kasi za pomyłkę, od której jeszcze nie odeszła. Kiedy i jak się z babcią zmówili, wiedział tylko Bóg, ale co chwilę spotykali się pod sklepem czy na poczcie. Babcia szeptem dzieliła się nowinami o Kasi i Jasiu, martwiąc się, że wnuczka wciąż sama.

Wojtek czerwienił się, wzdychał, ale bał się kolejnej odmowy. Zofia Janowa, widząc jego wahanie, dodawała otuchy:

— Ona się zmieniła, Wojtek. Wiele zrozumiała. Piękno to nie wszystko, z twarzy się nie napijesz. A ty do życia — jak znalazł: solidny, gospodarny, troskliwy…

— I nie Apollo — zaśmiał się cicho Wojtek, ale zaraz spoważniał. — Kocham ją, Zofio Janowo. Całe te lata tylko o niej myślałem.

Babcia otarła łzę i obiecała pomagać, ile się da.

— Tylko nie naciskaj, miły. Daj jej czas. Jeszcze po rozwodzie nie ochłonęła, ledwie półtora roku minęło — pouczała.

— A jeśli ktoś inny ją zabierze? — zaniepokoił się Wojtek. — Już raz ją straciłem. Nie chcę drugi raz. Zrobię wszystko, by była moja.

— Więc słuchaj mnie — uśmiechnęła się chytrze babcia. — Pomagaj, ale bez nachalności. Uczuć nie okazuj, bądź powściągliwy. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

— A to ci psycholog z ciebie, Zofio Janowo! — roześmiał się Wojtek. — To na pewno zadziała?

— Jak nic! — zapewniła babcia. — A ja słówko za ciebie rzucę. Ale pamiętaj: jeśli ją skrzywdzisz, serce mi pęknie.

Wojtek skinął głową, a w piersi zrobiło mu się ciepło, jakby już dostał błogosławieństwo i zgodę Kasi.

Wiosna rozkwitała pełnią. W przydomowych ogródkach czerniały świeżo przekopane grządki, po których dumnie kroczyły gawrony. Pewnego ranka Kasia usłyszała warkot traktora pod swoim domem. Wybiegła na podwórko w kapciach, narzucając tylko starą kurtkę, i klasnęła w dłonie:

— Wojtek, co to ma znaczyć? Dla kogo to? — wpatrywała się w przyczepę pełną torfu.

— Dla ciebie, a dla kogo! — burknął Wojtek, zeskakując z traktora. — Babcia zamówiła. KazTorfiarka stała już pod płotem, a Wojtek w pełnym skupieniu poprawiał rTorfiarka stała już pod płotem, a Wojtek, w pełnym skupieniu poprawiając rękawice, ukradkiem spojrzał na Kasię i poczuł, jak serce bije mu jak młotem na myśl, że może wreszcie odważy się powiedzieć to, co chował w sobie od tylu lat.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 + trzy =

Droga do serca przez burze