Droga do człowieczeństwa – opowieść o Maksymie, który w swoim wymarzonym samochodzie mierzy się z ni…

Szlak do człowieczeństwa

Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć. Właśnie odebrałem swoje nowe auto to, na które odkładałem każdy grosz przez ostatnie dwa lata. Serio, odmawiałem sobie drobiazgów, całych wyjść na kawę, nowych ciuchów, byleby szybciej uzbierać. No i jest! Siedzę w środku, otulony tym przyjemnym światłem deski rozdzielczej, dotykam chłodnego, skórzanego kierownicy, a ona jakby cierpliwie czekała, aż ją poprowadzę.

Nie potrafiłem powstrzymać szerokiego uśmiechu. To nie była tylko rzecz ta maszyna. Raczej dowód, że potrafię się zawziąć i osiągnąć, czego chcę. Włączyłem radio RMF, poleciała jakaś lekka piosenka, której momentalnie zacząłem nucić refren, stukając palcami w deskę. W tej chwili byłem po prostu szczęśliwy.

Wracałem na Mokotów, gdzie grupa przyjaciół czekała już z prostym przyjęciem w końcu trzeba to było jakoś uczcić. Myśli kotłowały się w głowie: jak to wszystko opowiem, te podwójne zmiany w weekendy, rezygnację z imprez, oszczędzanie każdej złotówki. Ale wtedy wyłączyłem się, chciałem się jedynie nacieszyć jazdą i tą wolnością, co przychodzi, gdy spełniasz marzenie.

Przejeżdżałem przez takie spokojne osiedle bloki porządnie ustawione w szeregu, okna rozświetlone ciepłem, latarnie rzucające długie cienie na pusty chodnik. Paru przechodniów przemykało po chodniku, opatulenych szalikami, bo mimo maja wieczór był chłodny. Zwolniłem na skrzyżowaniu, bo właśnie tak lubię zero pośpiechu, czysta przyjemność z drogi.

I nagle znikąd! małe dziecko wbiegło mi centralnie pod maskę. Nawet nie zdążyłem pomyśleć, co się dzieje. Nawyk z auto-szkoły zadziałał instynktownie hamulec do oporu. Auto zarzuciło, opony zapiszczały, zostawiając czarne smugi na asfalcie. Czas stanął. Zatrzymałem się ledwie kilka centymetrów przed dzieciakiem.

Serce miałem aż w gardle, ręce drżały, a na czole krople potu. Próbowałem ogarnąć myśli o mało nie przejechałem dziecka! Jeszcze moment wszystko mogłoby się skończyć tragedią.

Przez chwilę siedziałem bez ruchu, jakby świat się zatrzymał. Palce zgięte w pięści, oddech rwany, w głowie tylko jedno: Jest ok udało się. Ale w środku już narastała złość nie do dziecka, raczej ze strachu.

Wyskoczyłem z auta, nogi jak z waty, i podszedłem do chłopaka. Stał skulony, ze spuszczoną głową. Złapałem go za ramiona, chyba ciut za mocno.

Co ty wyprawiasz, chłopie?! starałem się nie podnosić głosu, choć się łamał. Życie ci niemiłe? Są prostsze sposoby niż rzucanie się pod auta!

Nie próbował uciekać. Jeszcze bardziej się skulił i cicho wyszeptał:

Nie chciałem Tylko

Co tylko? przytrzymałem go, potem jednak puściłem, bo zobaczyłem, że przestraszony.

Bo bratu się źle zrobiło, nikt nie zatrzymywał się, żeby pomóc. Musiałem

Zamarłem. Od złości został tylko niesmak, a zamiast niej pojawiła się bezradność. Przede mną nie był łobuziak, tylko wystraszone dziecko, które po prostu ratowało brata.

Twój brat się źle poczuł? zapytałem, jakby nie wierząc, a jednocześnie wiedząc, że mówi prawdę. Gdzie on jest?

Tam, w skwerku za ulicą. Upadł, boli go mocno brzuch ręka mu lekko drżała, wskazując mały park.

Nie wahałem się ani sekundy. Rzuciłem okiem na nowiutkie auto niech sobie stoi! Zamknąłem je, włączyłem alarm i ruszyłem za chłopakiem, który pędził na złamanie karku przez jezdnię. Myśli leciały mi po głowie: A co, jak to coś poważnego, jeśli rzeczywiście trzeba natychmiast pomóc?!

Dogoniłem go w środku parku. Pomiędzy ławkami, pod kasztanem, leżał chłopczyk może sześcioletni. Blady, całkiem zwiotczały, trzymał się za brzuch i ledwo oddychał.

To on! Damianku, jak się czujesz? zapytał jego brat, drżącym głosem, siadając przy nim.

Bez wahania uklęknąłem przy ławce, nie przejmując się, że spodnie przemiękną od rosy. Skupiłem się tylko na Damku.

Gdzie boli? zagadnąłem go delikatnie, łagodniejszym tonem, bo widziałem strach w oczach dzieciaka.

Brzuch bardzo wydusił przez ściśnięte z bólu usta.

Zrozumiałem, że nie ma żartów trzeba działać szybko. Pogotowie? Przecież zanim przyjadą Podjąłem decyzję bierzemy młodego do auta, jadę prosto do szpitala.

No dobra, młody, jedziemy do szpitala. Delikatnie wziąłem chłopaka na ręce (aż zawył z bólu serce mi się ścisnęło!), brat Krzysiek trzymał się blisko.

Masz kontakt do rodziców? spytałem po drodze.

Telefon został w domu Ale ciocia pracuje w przychodni, ona da radę zadzwonić do mamy!

No, chwała Bogu. Ulżyło mi, bo bycie samemu z dzieciakami w takiej sytuacji to nie przelewki.

Posadziłem Damiana na tylnym siedzeniu mojego auta, przypiąłem go jak najdelikatniej pasem. Krzysiek usiadł obok, złapał brata za rękę i ten, mimo wszystkiego, trochę się uspokoił.

Ruszyłem do Szpitala Dziecięcego na Litewskiej. Włączyłem ogrzewanie, żeby nie zmarzli, wyciszyłem radio, by nie robić zamieszania. Starałem się nie oglądać w lusterko ale zerkałem, widziałem, jak Krzysiek coś cicho mruczy Damkowi, a mały tylko kiwa głową.

Dobrze, Damianek? zapytałem po chwili, nie odwracając głowy.

Trochę lepiej wycharczał.

Dasz radę, zaraz będziemy na miejscu dodałem spokojnie, mając nadzieję, że doda im to otuchy.

Kiedy dotarliśmy pod szpital, światła neonu świeciły nad wejściem. Zapytałem Krzyśka, czy rozumie, jak niebezpieczne jest wybieganie prosto pod samochód.

Wiem, nie będę już odpowiedział chłopak, ocierając łzy. Ale nie wiedziałem, co mam zrobić

Wziąłem go za ramie i powiedziałem:

Dobrze, dzielny jesteś, że nie zostawiłeś brata.

W recepcji pielęgniarka natychmiast zareagowała, zabierając Damka na badania. Krzysiek został ze mną na korytarzu. Siedział, ściskając dłoń tak mocno, że aż zbielały mu knykcie, a ja po prostu chodziłem wte i wewte, nie mogąc usiedzieć w miejscu.

Po jakiejś pół godzinie do szpitala wpadła ich mama zadyszana, zmartwiona, w oczach przerażenie.

Krzysiu! zawołała, a on rzucił się jej w ramiona. Szeptali coś do siebie przez łzy, a ona tuliła go jakby chciała ochronić przed całym złem świata.

Podszedłem i wyjaśniłem co się stało że znalazłem chłopców, że wystraszyłem się o ich bezpieczeństwo. Mama podziękowała mi kilkanaście razy, sama przyznała, że z mężem są wiecznie w pracy, a ich babcia już nie ma siły chodzić z wnukami.

Naprawdę dziękuję. Mało kto w dzisiejszych czasach by się zatrzymał powiedziała wzruszona.

Proszę się nie przejmować uśmiechnąłem się. Najważniejsze, że Damkowi można pomóc.

Po chwili pielęgniarka wyszła i dała znak, że wszystko będzie dobrze. Dla mnie to był sygnał, że mogę się zbierać.

Wyszedłem na ulicę, noc już chłodna, powietrze czyste, a ja stanąłem na chwilę pod gwiazdami. W głowie dalej miałem obraz tych dzieciaków, przerażonej mamy, ulgi, że zdążyłem

Chciałem zadzwonić do ekipy i odwołać dzisiejsze spotkanie. Ale zamiast tego, przez minutę tylko wpatrywałem się w rozświetlone okna szpitala. Oddychałem chłodnym powietrzem i myślałem: „Dzisiaj naprawdę, zupełnie niechcący, zrobiłem coś ważnego. Może następnym razem ktoś inny pomoże mnie?”

Wsiadłem do swojego wymarzonego samochodu. Silnik mruczał cicho, ogrzewanie rozchodziło się powoli. Na Mokotów wracałem już zupełnie innym nastroju. Nowa fura nie była już moją największą dumą. To, że dzisiaj mogłem być na czas, stało się dla mnie ważniejsze. I, serio, to poczucie, że nie jestem obojętny, dało mi większą satysfakcję niż najdroższy prezent.

Patrząc przez szybę na światła Warszawy, wiedziałem jedno: czasem wystarczy nie odwracać wzroku. Drobny gest a może komuś uratować świat.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedem − 7 =

Droga do człowieczeństwa – opowieść o Maksymie, który w swoim wymarzonym samochodzie mierzy się z ni…