**Droga w jedną stronę**
— Może jeszcze mu bieliznę upieresz? Skarpetki też? Facet dorosły, do cholery! Niech sam sobie radzi — rzucił Mikołaj, gdy Zosia wkładała kurtkę.
Mówił niby spokojnie, lecz w głosie miał taki chłód, że żona zastygła na moment, jakby sparaliżowana. Spuściła wzód, wsunęła dłonie w kieszenie i bez słowa, nie odwracając się, zapięła powoli suwak.
— Może po prostu się zamkniesz? — odparła cicho.
Słychać było kroki. Mikołaj westchnął i wyszedł do salonu. Znów wieczór. Znów sam. A ona pędzi do tego swojego ojca…
Przed blokiem leżał śnieg. Nie ten radosny, noworoczny, biały i puszysty. Ten już poddawał się marcowemu słońcu, zamieniając się w mokrą breję pod nogami.
Zosia wsiadła do samochodu i na chwilę oparła czoło o kierownicę. Chciało jej się płakać. Pragnęła, by ktoś zrozumiał, by ktoś był obok. Ale nikogo nie było. Spojrzała na siatkę z zakupami.
Pieczone jabłka… Kiedyś ojciec je uwielbiał. Sam je przygotowywał, teraz pewnie nawet nie pamiętał, jak włączyć piekarnik.
Mikołaj nie zawsze był taki zrzędliwy. Gdy się pobrali, był pełen energii, troskliwy, uważny. Zosię rozczulało, jak krzątał się wokół niej i dzieci.
Lecz po narodzinach drugiego dziecka i rosnących wydatkach coś w nim pękło. Dzielił świat na *swoich* i *obcych*. Dla swoich gotów był na wszystko, ale każdą pomoc „z zewnątrz” traktował niemal jak zdradę. Pomaganie innym uważał za słabość.
Na początku Zosia znajdowała w tym pewien urok. Potem próbowała wmówić sobie, że to jego sposób okazywania miłości. Ale teraz, gdy „obcym” okazał się jej ojciec… Nie wiedziała, co robić.
— Wyprowadziłam się. Wynajęłam kawalerkę koło metra. Złożyłam pozew o rozwód — powiedziała kiedyś matka Zosi.
Wypowiedziała to tak lekko, jakby chodziło o wybór zasłon do łazienki. Dla Zosi wiadomość była szokiem, choć wszystko do tego prowadziło.
— No niby, facet jak facet. Ale nic między nami nie gra — żaliła się matka przyjaciółce.
— E, sama jesteś winna. Nie pije, nie bije — już dobrze — machnęła ręką tamta.
— Czy tylko tyle potrzeba do szczęścia? Nie, Maryś. Musi być między ludźmi bliskość. A u nas? On wieczorami przy komputerze, a ja obok dziergam na drutach, żeby choć tak być blisko. Siedzimy i milczymy. Ani go z domu wyciągnąć, ani słowa wydusić.
Po rozwodzie matka jakby odżyła. Zaczęła chodzić na taniec, nauczyła się obsługiwać komputer, wcześniej przez nią pogardzany, a nawet założyła konto na Facebooku. Zaprzyjaźniła się z Wandą, z którą teraz jeździła na wycieczki.
Czasem Zosia łapała się na tym, że jej zazdrości. Choć nie było powodu. Po prostu matka zaczęła nowe życie, w którym nie było miejsca ani dla niej, ani dla ojca.
A ojciec? Jego życie się skończyło. Po podziale majątku wynajął maleńką kawalerkę na obrzeżach miasta. Mieszkanie było ponure, jakby wchłaniało całą jego rozpacz.
Zosia starała się odwiedzać go przynajmniej raz w tygodniu. Sprzątała, gotowała, prała. Czasem po prostu siedziała w milczeniu. Na początku niechętnie przyjmował pomoc. Potem zaczął pić. Nie na umór, ale wystarczająco, by jego oczy stały się mętne, a słowa — bełkotliwe.
— Wyrzuciła mnie jak stary kapciuch — mamrotał. — A ty chcesz, żebym się uśmiechał.
— Tato, daj spokój. Nikt cię nie wyrzucał. Po prostu… zmęczyliście się sobą.
— Mhm. Zmęczyła się. Facebook aż pęka od zdjęć. A ja… Nic mi już nie trzeba.
Zosia czuła, jak serce jej pęka. Nie wiedziała, jak pomóc, ale i zostawić go nie potrafiła.
— Słuchaj — powiedział kiedyś Mikołaj, gdy wróciła późnym wieczorem wyczerpana. — Masz syndrom wybawcy. Zawsze musisz kogoś ratować. Babcia, przyjaciółka. Dzieci się usamodzielniły, to teraz ojca ciągniesz.
— On nie ma nikogo. Tylko ja.
— Ma pięćdziesiąt cztery lata! Pierwszy, co się rozwiódł? Zdrowy, wolny człowiek. Niech sobie żyje!
— Nie przywykł do samotności. Tonie w niej.
— A ty będziesz jego kołem ratunkowym? Utopisz się razem z nim. A ja z tobą, jeśli na to pozwolę. Przestań do niego jeździć!
Wzrok Zosi stał się ostry, ale milczała. I tak będzie jeździć. Otwarcie albo po cichu — bez znaczenia.
W mieszkaniu ojca, jak zawsze, panował zaduch. Pachniało papierosami, alkoholem i czymś kwaśnym. Sam ojciec stał w drzwiach w wytartym podkoszulku, ledwo zakrywającym brzuch, z naciągniętym, krzywym uśmiechem i dwudniowym zarostem. W kącie koło drzwi leżały dwie reklamówki ze śmieciami i kilka pustych butelek.
— No to wchodź, skoro już jesteś — zachrypiał.
Zosia przeszła do kuchni. W zlewie stało kilka brudnych talerzy, ale po ich wyglądzie widać było, że leżą tu od dni. Na stole smartfon bełkotał coś o polityce. Ojciec usiadł i wyciągnął papierosa. Drżące ręce ledwo trafiały zapalniczką.
— Znowu piłeś? — spytała cicho, choć wiedziała odpowiedź.
— A nie mam powodu? — burknął, zaciągając się. — Słuchaj, po co ty w ogóle przychodzisz? Kazania mam słuchać?
Zosia westchnęła ciężko, próbując przełknąć łzy. Przywykła już do jego goryczy, nawet do tej dumnej niewdzięczności. Ale nie mogła pogodzić się z tym, że ginie na jej oczach.
— Przychodzę, bo nie jest mi obojętny. Jestem twoją córką, czy pamiętasz?
— Daj spokój. To tylko twoje poczucie winy. Myślisz, że jak ugotujesz zupę i kurz ścierasz, to wszystko wróci?
— Chcę tylko, żebyśmy nie stracili tego, co zostało.
Podniósł wzrok. Jego oczy były zamglone, ale na sekundę wydawało się, że przebłyskuje w nich światło. Usta mu drżały. Chciał coś powiedzieć, ale słowa utknęły.
Nagle przed oczami Zosi stanął obraz z przeszłości. Lato. M— Wiesz co, Tato… może kiedyś znów upieczemy jabłka? — szepnęła, a w głosie jej zadrżała nadzieja, której sama się nie spodziewała.



