Błysk Głośny huk Ciemność Ciemność
W końcu ciemność zaczęła się rozpraszać w tym dziwnym śnie, gdzie kształty wirowały bez logiki i wspomnienia płynęły jak mgła. Usłyszałem głos dochodzący z oddali:
Agnieszko Wiśniewska, to ratownik, u nich coś wybuchło.
Przez falę bólu poczułem na szyi dotyk ręki, która zdawała się przychodzić znikąd. Z trudem uniosłem powieki. Przed oczami unosił się wisiorek w kształcie prostokąta z wygrawerowanymi znakami zodiaku, które jakby mrugały własnym światłem. Oczy kobiety w białym kitlu rozmywały się jak w odbiciu wody…
Na salę operacyjną! rozbrzmiał głos tuż obok.
W tym wirującym śnie rodzice wrócili z pracy. Matka natychmiast pobiegła do kuchni, rzucając okiem do pokoju, gdzie syn mozolnie odrabiał lekcje. Marek, przekraczając próg, od razu dostrzegł, że nastrój syna jest przygnębiony.
Tomek, co się stało? ojciec poklepał go po głowie, gest wydawał się echem z innego czasu.
Nic, – burknął syn, czwartoklasista, słowa tonęły w powietrzu.
No, mówże!
Niedługo Dzień Kobiet. Nauczycielka zatrzymała nas dzisiaj i kazała przygotować prezenty dla dziewcząt.
No i gdzie problem? uśmiechnął się ojciec, ale uśmiech wyglądał jak w lustrzanym odbiciu.
Mamy równo chłopców i dziewcząt. Rozdzieliła, kto komu daje, – syn westchnął ciężko, westchnienie niosło się echem. Mnie przypadła brzydka Agnieszka Wiśniewska.
Wszystkie dziewczynki pragną prezentu na Dzień Kobiet, nawet te mniej urodziwe, – ojciec mówił jak do dorosłego, ale jego słowa brzmiały surrealistycznie. A jak rozdzielała? Według alfabetu?
Nie, według znaków zodiaku.
Jak to? Marek nie powstrzymał kolejnego uśmiechu.
Według zgodności. Agnieszka to Panna, a Pannom najbardziej odpowiada Byk. A ja jestem Bykiem.
Dobrze, jeśli pasujecie! Wyrośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.
Ojciec nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem, który rozbrzmiewał jak w pustej sali. Matka wbiegła do pokoju:
Co się tu dzieje?
Aniu, idź do kuchni, – twarz ojca stała się poważna jak maska. Rozmawiamy z synem poważnie.
Gdy matka odeszła, Tomek zapytał smutno:
Tato, co mam teraz robić?
Przygotować prezent!
Jaki?
Jutro w pracy zrobię go dla twojej wybranki.
Tato, jaki prezent możesz zrobić? Pracujesz w fabryce.
Tak, ale w galwanizacji, gdzie wszystkie rodzaje pokryć metali się nakłada.
Nie rozumiem, tato.
Jutro sam zobaczysz!
***
Następnego dnia ojciec przyniósł wisiorek na łańcuszku w kształcie prostokąta, który lśnił jak złoto w tym niejasnym śnie. Na jednej stronie wygrawerowane były dwa znaki zodiaku, Byk i Panna, a na drugiej drobny, ale piękny napis:
Mojej koleżance z klasy Agnieszce na Dzień Kobiet! Tomasz.
Wisiorek wyglądał oszałamiająco, a zapakowany w celofanową torebkę stawał się czymś jeszcze bardziej nierzeczywistym, jakby pulsował własną magią.
***
Nadszedł siódmy marca. Lekcje nie były prowadzone. Najpierw uczniowie wręczyli prezent nauczycielce, która dziękowała w nieskończoność. Potem ogłosiła, żeby chłopcy podarowali prezenty dziewczynkom.
Zaczęło się zamieszanie! Wszyscy chłopcy rzucili się do swoich wybranek. Tomek podszedł do Agnieszki Wiśniewskiej i powiedział, jak uczył ojciec:
Agnieszko, gratuluję ci święta Dzień Kobiet! Być może kiedyś los połączy Byka i Pannę.
Wyrecytowawszy wyuczoną frazę Tomek skierował się na swoje miejsce i oczywiście nie zauważył, jak serce tej brzydkiej, jego zdaniem, dziewczynki zabiło szybciej w tym mglistym świecie.
Wkrótce rodzina Agnieszki przeniosła się do innej dzielnicy, a sama Agnieszka od piątej klasy zaczęła uczyć się w innej szkole, jak cień znikający w korytarzu snu.
***
Tomasz otworzył oczy. Biały sufit szpitalnej sali, który wydawał się bezkresny i obcy. Spróbował poruszyć rękami i nogami. Poruszała się tylko lewa ręka.
Gdzie jestem? zwrócił się nie wiadomo do kogo.
Usłyszano jakieś stukanie i do jego łóżka podszedł pacjent na kulach, uważnie spojrzał na niego i zapytał:
Ocknąłeś się? W oddziale chirurgii nagłych przypadków jesteś.
Czy mam ręce, nogi całe? zapytał Tomasz cichym głosem.
Chyba wszystko na miejscu, – przekazał tę radosną wiadomość. Tylko zabandażowany jesteś od stóp do głów.
To dobrze, jeśli wszystko całe.
Wtedy podeszła pielęgniarka i troskliwie zapytała:
– Jak się czujesz?
– Co się ze mną stało! odpowiedział pytaniem na pytanie Tomasz.
– Życiu twojemu nic nie zagraża. Ręce, nogi będą pracować. Tylko blizn dużo zostanie, – podała włączony telefon. Mama twoja prosiła zadzwonić, kiedy się obudzisz.
– Synku, – rozległ się przez łzy głos matki.
– Mamo, wszystko w porządku, – starał się mówić jak najweselej. Powiedzieli, że tylko małe blizny zostaną. Wkrótce wypiszą.
– Nie pozwolili mi z tobą nocować. Synku, zaraz przyjdę.
– Mamo, ty się specjalnie nie martw!
Położył telefon obok siebie, spróbował uśmiechnąć się do pielęgniarki:
– Dziękuję!
– No, wkrótce cię nie wypiszą, – uśmiechnęła się w odpowiedzi pielęgniarka. Trzy tygodnie poleżysz. To pewne!
– Co u was się stało? zapytał sąsiad z sali, kiedy pielęgniarka wyszła.
– Jestem ratownikiem. Na fabryce butle z tlenem zaczęły wybuchać, – zaczął przypominać Tomasz. Wezwali nas. My przed strażakami przybyliśmy. Pomieszczenie ogromne, wewnątrz troje poszkodowanych. Wbiegliśmy tam, butle rozrzucone, miejscami ogień. Zaczęliśmy poszkodowanych wynosić Ja ostatni wychodziłem Kiedy już przy drzwiach byłem, kolejna butla wybuchła Dalej nie pamiętam.
– Tak, dostało ci się.
– Kowalski Tomasz, – rozległ się głos pielęgniarki. Do ciebie kolega z pracy.
– Cześć, Tomek! Jak się masz?
– Ręce, nogi całe! optymistycznie odpowiedział poszkodowany. Ale przywitać się mogę na razie tylko lewą ręką!
– Daj spokój!
– Co tam dalej było?
– My już wychodziliśmy, kiedy wybuchło. Od razu rzuciliśmy się z powrotem, wyciągnęliśmy cię ty cały we krwi lekarze już byli blisko
– Dziękuję!
– Tomek, o czym ty mówisz?! nagle na twarzy przyjaciela pojawił się uśmiech. – Nas, chyba, do medali chcą przedstawić.
– Do tego czasu mnie wypiszą.
– Dobra, idę. U was teraz obchód będzie. Pielęgniarka powiedziała, żeby niedługo.
Nie zdążył przyjaciel wyjść, jak wszedł lekarz, mężczyzna około czterdziestu:
– No, jak sprawy, bohaterze? podszedł do jego łóżka.
– Normalnie.
– Skoro już rozmawiasz, to żyć będziesz. Dawaj, zbadam cię!
– Czy ty mnie zszywałeś? zapytał Tomasz.
– Nie, Agnieszka Wiśniewska. Ona pojutrze w dzień przyjdzie.
***
Minęły dwa dni. Tomasz już próbował wstawać. Prawda, ból w nogach był jeszcze silny, prawa ręka rozcięta. A już ran po całym ciele nie mniej niż dziesięć. Dwie na twarzy, kiedy wybuchło, o bramę uderzył, dobrze, że prawą rękę zdążył do przodu wystawić. Spojrzał w lustro. Twarz do tej pory opuchnięta.
Dziś obchód powinien przeprowadzać lekarz, który przedwczoraj pięć godzin z rzędu go zszywał na sali operacyjnej. Tomasz nawet trochę się denerwował.
I oto weszła. Młoda, szczupła, prawda w okularach, ale one jej wcale nie psuły, a biały kitel zupełnie był do twarzy. Tomasz w swoje dwadzieścia siedem lat już był żonaty. Ale po pół roku rozeszli się charakterami nie pasowali, jak napisano we wniosku, a w rzeczywistości była żona nie lubiła pensji ratownika.
– Dzień dobry! powiedziała lekarka i skierowała się do jego łóżka.
– Dzień dobry! Czy to pani mnie zszywała?
– Ja, – uśmiechnęła się. Coś nie tak?
– Dawaj, zbadam cię!
I ona pochyliła się nad nim Przed oczami wisiorek ze znakami zodiaku, zwisający z jej szyi:
– Agnieszka Wiśniewska!!! wykrzyknął.
Ona uważnie spojrzała na jego opuchniętą twarz.
– Przepraszam! powiedziała, tak i nie poznając.
– Jestem Byk, – i wskazał na wisiorek.
– Tomek Kowalski? jej wargi zadrżały. Ty mnie jeszcze pamiętasz?
– No, co ty, Agnieszko? widząc na oczach kobiety łzy, opuścił dłoń na jej rękę.
– Przepraszam! wyjęła chusteczkę i otarła oczy. Nigdy nie myślałam, że spotkamy się z tobą tak.
Więcej tego dnia Agnieszka do jego sali nie wchodziła. Ale Tomasz już zrozumiał, że jej grafik, jak i jego: dzień, noc i dwa wolne.
Nie chciał wyglądać przed nią bezradnie. Cały następny dzień próbował chodzić po sali opierając się na łóżkach, parę razy, trzymając się za ścianę, wyszedł na korytarz.
Wieczór. Lekarz pracujący na dziennej zmianie wyszedł. Przyszła nowa zmiana czuło się po rozmowie na korytarzu. Teraz obchód…
I nagle krzyki, pospieszne kroki na korytarzu. Tak bywa, kiedy kolejnego poszkodowanego przywożą.
Już dziesięć godzin. Weszła pielęgniarka, wyłączyła w sali światło. Ale jakoś nie spało się. Już po północy na korytarzu usłyszano czyjeś kroki, oto one ucichły, i w tej ciszy Tomasz raczej poczuł niż usłyszał, że na korytarzu ktoś płacze. Wstał i ostrożnie wyszedł na korytarz.
Za dyżurnym stołem siedziała i, opuściwszy głowę na ręce, płakała jego była koleżanka z klasy. Podszedł, położył zdrową rękę na jej ramieniu:
– Co ty, Agnieszko!
Ona wstała, wtuliła się w jego ramię:
– Operowałam kobietę, która wpadła pod samochód, – łkając łzami zaczęła opowiadać. Zrobiłam wszystko możliwe i niemożliwe Ona teraz na intensywnej, ale nie przeżyje. Ma dwoje dzieci mąż jej teraz z nią w sali…
– Uspokój się, Agnieszko!
– Trzy lata już chirurgiem pracuję i wciąż nie mogę przyzwyczaić się, że ludzie umierają.
– Uspokój się, uspokój się! Takie już u nas z tobą zawody. Przez pięć lat też tyle śmierci widziałem, ale przecież my z tobą i żyć niemało uratowaliśmy, – Tomasz ciężko westchnął. – Dlatego ode mnie i żona odeszła. Mówi: że sam nie swój do domu przychodzę i pieniędzy mało zarabiam. A u mnie czterdzieści zawsze wychodzi żyć to można.
– U mnie wszystko to samo, – spojrzała mu w twarz. Chłopaki na mnie jak na wariatkę patrzą. Do tej pory za mąż nie wyszłam, jak małoletnia z rodzicami mieszkam.
– Daj spokój, nam z tobą tylko po dwadzieścia siedem całe życie przed nami.
– Nie, Tomek, nam już po dwadzieścia siedem.
– Agnieszka Wiśniewska, u niej puls znika, – krzyknęła, wybiegając pielęgniarka.
– Przepraszam! i Agnieszka pobiegła na intensywną.
Nie mógł zasnąć tej nocy. Rano przyszła pielęgniarka, jak zwykle zrobiła mu zastrzyk.
– Kobieta, której dziś w nocy operowano, żywa? zapytał niespodziewanie nawet dla siebie.
– Żywa, ale stan skrajnie ciężki.
***
Minęły trzy tygodnie. Rany na ciele Tomasza się zagoiły. Z Agnieszką spotykali się, kiedy były jej zmiany, więcej tego, ciągnęło go do niej coraz mocniej i mocniej. Ale oddział chirurgii nagłych przypadków nie to miejsce, gdzie można rozmawiać o czymś bardzo osobistym.
I oto podczas jednego z porannych obchodów lekarz-mężczyzna poinformował:
– Dziś was wypisuję, – uśmiechnął się i dodał. W sensie, ze szpitala. Od razu pójdziesz do swojej przychodni, a tam już zdecydują ile jeszcze będziesz siedział na zwolnieniu.
– Można się pakować!
– Tak, tak! Szczególnie nie spiesz się. Teraz przygotują ci wypis.
Gdy lekarz wyszedł, Tomasz się ogolił. Patrząc w lustro, zadowalająco odnotował, że dwie pozostałe blizny wcale nie psują twarzy, raczej dodają męskości. Na pozostałe blizny zupełnie nie warto zwracać uwagi.
Spakował się, wyszedł na korytarz. Naprzeciw, trzymając się za ścianę szła pacjentka.
Ona jednak wykaraskała się! – przemknęła radosna myśl.
Wyszła pielęgniarka, podała wypis:
– Do widzenia, Tomasz! Więcej do nas nie trafiaj!
***
Miał własne kawalerkę, ale pojechał do rodziców. W końcu mama tak go czekała i martwiła się. Nawet urlop wzięła.
– Synku! rzuciła się do niego w objęcia matka.
– Już, mamo! Jak widzisz, jestem żywy i zdrowy.
– Chodź, przygotowałam ci jeść. Jaki chudy stałeś się.
– Oj, jak ja za domowym jedzeniem zatęskniłem!
– Póki się nie wyzdrowiejesz i nie ożenisz będziesz w rodzinnym domu mieszkał. Twój pokój do tej pory stoi pusty, – i krzyknęła jakby do dziecka. Idź, ręce umyj!
***
Do wieczora Tomasz poszedł do fryzjera. Wszedł do swojego mieszkania. Zabrał trochę ubrań. Matka natychmiast zaczęła je porządkować.
Wieczorem przyszedł ojciec z pracy. Usiedli, jak bywało dawniej, wszyscy razem i rozmawiali do samej nocy.
Spać położył się w swoim pokoju, gdzie przeszło dzieciństwo i młodość, ale nie zasnął od razu:
Jutro trzeba do przychodni pójść. Potem do pracy. A wieczorem
Z myślą o następnym wieczorze zasnął daleko po północy.
***
Następnego dnia Tomasz rano poszedł do przychodni. Do południa chodził po gabinetach. Po południu poszedł do siebie do pracy, akurat jego zmiana była.
– Gdzie? zapytał ojciec.
– Tato, pamiętasz dawno-dawno, kiedy jeszcze w czwartej klasie się uczyłem. Zrobiłeś mi wisiorek na prezent dla koleżanki?
– Brzydkiej Agnieszki Wiśniewskiej? Pamiętam.
– Pamiętasz, powiedziałeś jeszcze: Wyrośniesz, może jeszcze zakochasz się w niej.
– I to pamiętam.
– Tato, Agnieszka teraz chirurg. To ona robiła mi operację. I ona do tej pory nosi na szyi ten wisiorek.
– No to tak!
– Tato, twoje słowa się spełniły. Idę do niej!
***
Dwadzieścia siedem lat to nie tak dużo na początek życia z ukochaną osobą.Błysk Głośny huk Ciemność Ciemność
W końcu ciemność zaczęła się rozpraszać w tym dziwnym śnie, gdzie kształty wirowały bez logiki i wspomnienia płynęły jak mgła. Usłyszałem głos dochodzący z oddali:
Agnieszko Wiśniewska, to ratownik, u nich coś wybuchło.
Przez falę bólu poczułem na szyi dotyk ręki, która zdawała się przychodzić znikąd. Z trudem uniosłem powieki. Przed oczami unosił się wisiorek w kształcie prostokąta z wygrawerowanymi znakami zodiaku, które jakby mrugały własnym światłem. Oczy kobiety w białym kitlu rozmywały się jak w odbiciu wody…
Na salę operacyjną! rozbrzmiał głos tuż obok.
W tym wirującym śnie rodzice wrócili z pracy. Matka natychmiast pobiegła do kuchni, rzucając okiem do pokoju, gdzie syn mozolnie odrabiał lekcje. Marek, przekraczając próg, od razu dostrzegł, że nastrój syna jest przygnębiony.
Tomek, co się stało? ojciec poklepał go po głowie, gest wydawał się echem z innego czasu.
Nic, – burknął syn, czwartoklasista, słowa tonęły w powietrzu.
No, mówże!
Niedługo Dzień Kobiet. Nauczycielka zatrzymała nas dzisiaj i kazała przygotować prezenty dla dziewcząt.
No i gdzie problem? uśmiechnął się ojciec, ale uśmiech wyglądał jak w lustrzanym odbiciu.
Mamy równo chłopców i dziewcząt. Rozdzieliła, kto komu daje, – syn westchnął ciężko, westchnienie niosło się echem. Mnie przypadła brzydka Agnieszka Wiśniewska.
Wszystkie dziewczynki pragną prezentu na Dzień Kobiet, nawet te mniej urodziwe, – ojciec mówił jak do dorosłego, ale jego słowa brzmiały surrealistycznie. A jak rozdzielała? Według alfabetu?
Nie, według znaków zodiaku.
Jak to? Marek nie powstrzymał kolejnego uśmiechu.
Według zgodności. Agnieszka to Panna, a Pannom najbardziej odpowiada Byk. A ja jestem Bykiem.
Dobrze, jeśli pasujecie! Wyrośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.
Ojciec nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem, który rozbrzmiewał jak w pustej sali. Matka wbiegła do pokoju:
Co się tu dzieje?
Aniu, idź do kuchni, – twarz ojca stała się poważna jak maska. Rozmawiamy z synem poważnie.
Gdy matka odeszła, Tomek zapytał smutno:
Tato, co mam teraz robić?
Przygotować prezent!
Jaki?
Jutro w pracy zrobię go dla twojej wybranki.
Tato, jaki prezent możesz zrobić? Pracujesz w fabryce.
Tak, ale w galwanizacji, gdzie wszystkie rodzaje pokryć metali się nakłada.
Nie rozumiem, tato.
Jutro sam zobaczysz!
***
Następnego dnia ojciec przyniósł wisiorek na łańcuszku w kształcie prostokąta, który lśnił jak złoto w tym niejasnym śnie. Na jednej stronie wygrawerowane były dwa znaki zodiaku, Byk i Panna, a na drugiej drobny, ale piękny napis:
Mojej koleżance z klasy Agnieszce na Dzień Kobiet! Tomasz.
Wisiorek wyglądał oszałamiająco, a zapakowany w celofanową torebkę stawał się czymś jeszcze bardziej nierzeczywistym, jakby pulsował własną magią.
***
Nadszedł siódmy marca. Lekcje nie były prowadzone. Najpierw uczniowie wręczyli prezent nauczycielce, która dziękowała w nieskończoność. Potem ogłosiła, żeby chłopcy podarowali prezenty dziewczynkom.
Zaczęło się zamieszanie! Wszyscy chłopcy rzucili się do swoich wybranek. Tomek podszedł do Agnieszki Wiśniewskiej i powiedział, jak uczył ojciec:
Agnieszko, gratuluję ci święta Dzień Kobiet! Być może kiedyś los połączy Byka i Pannę.
Wyrecytowawszy wyuczoną frazę Tomek skierował się na swoje miejsce i oczywiście nie zauważył, jak serce tej brzydkiej, jego zdaniem, dziewczynki zabiło szybciej w tym mglistym świecie.
Wkrótce rodzina Agnieszki przeniosła się do innej dzielnicy, a sama Agnieszka od piątej klasy zaczęła uczyć się w innej szkole, jak cień znikający w korytarzu snu.
***
Tomasz otworzył oczy. Biały sufit szpitalnej sali, który wydawał się bezkresny i obcy. Spróbował poruszyć rękami i nogami. Poruszała się tylko lewa ręka.
Gdzie jestem? zwrócił się nie wiadomo do kogo.
Usłyszano jakieś stukanie i do jego łóżka podszedł pacjent na kulach, uważnie spojrzał na niego i zapytał:
Ocknąłeś się? W oddziale chirurgii nagłych przypadków jesteś.
Czy mam ręce, nogi całe? zapytał Tomasz cichym głosem.
Chyba wszystko na miejscu, – przekazał tę radosną wiadomość. Tylko zabandażowany jesteś od stóp do głów.
To dobrze, jeśli wszystko całe.
Wtedy podeszła pielęgniarka i troskliwie zapytała:
– Jak się czujesz?
– Co się ze mną stało! odpowiedział pytaniem na pytanie Tomasz.
– Życiu twojemu nic nie zagraża. Ręce, nogi będą pracować. Tylko blizn dużo zostanie, – podała włączony telefon. Mama twoja prosiła zadzwonić, kiedy się obudzisz.
– Synku, – rozległ się przez łzy głos matki.
– Mamo, wszystko w porządku, – starał się mówić jak najweselej. Powiedzieli, że tylko małe blizny zostaną. Wkrótce wypiszą.
– Nie pozwolili mi z tobą nocować. Synku, zaraz przyjdę.
– Mamo, ty się specjalnie nie martw!
Położył telefon obok siebie, spróbował uśmiechnąć się do pielęgniarki:
– Dziękuję!
– No, wkrótce cię nie wypiszą, – uśmiechnęła się w odpowiedzi pielęgniarka. Trzy tygodnie poleżysz. To pewne!
– Co u was się stało? zapytał sąsiad z sali, kiedy pielęgniarka wyszła.
– Jestem ratownikiem. Na fabryce butle z tlenem zaczęły wybuchać, – zaczął przypominać Tomasz. Wezwali nas. My przed strażakami przybyliśmy. Pomieszczenie ogromne, wewnątrz troje poszkodowanych. Wbiegliśmy tam, butle rozrzucone, miejscami ogień. Zaczęliśmy poszkodowanych wynosić Ja ostatni wychodziłem Kiedy już przy drzwiach byłem, kolejna butla wybuchła Dalej nie pamiętam.
– Tak, dostało ci się.
– Kowalski Tomasz, – rozległ się głos pielęgniarki. Do ciebie kolega z pracy.
– Cześć, Tomek! Jak się masz?
– Ręce, nogi całe! optymistycznie odpowiedział poszkodowany. Ale przywitać się mogę na razie tylko lewą ręką!
– Daj spokój!
– Co tam dalej było?
– My już wychodziliśmy, kiedy wybuchło. Od razu rzuciliśmy się z powrotem, wyciągnęliśmy cię ty cały we krwi lekarze już byli blisko
– Dziękuję!
– Tomek, o czym ty mówisz?! nagle na twarzy przyjaciela pojawił się uśmiech. – Nas, chyba, do medali chcą przedstawić.
– Do tego czasu mnie wypiszą.
– Dobra, idę. U was teraz obchód będzie. Pielęgniarka powiedziała, żeby niedługo.
Nie zdążył przyjaciel wyjść, jak wszedł lekarz, mężczyzna około czterdziestu:
– No, jak sprawy, bohaterze? podszedł do jego łóżka.
– Normalnie.
– Skoro już rozmawiasz, to żyć będziesz. Dawaj, zbadam cię!
– Czy ty mnie zszywałeś? zapytał Tomasz.
– Nie, Agnieszka Wiśniewska. Ona pojutrze w dzień przyjdzie.
***
Minęły dwa dni. Tomasz już próbował wstawać. Prawda, ból w nogach był jeszcze silny, prawa ręka rozcięta. A już ran po całym ciele nie mniej niż dziesięć. Dwie na twarzy, kiedy wybuchło, o bramę uderzył, dobrze, że prawą rękę zdążył do przodu wystawić. Spojrzał w lustro. Twarz do tej pory opuchnięta.
Dziś obchód powinien przeprowadzać lekarz, który przedwczoraj pięć godzin z rzędu go zszywał na sali operacyjnej. Tomasz nawet trochę się denerwował.
I oto weszła. Młoda, szczupła, prawda w okularach, ale one jej wcale nie psuły, a biały kitel zupełnie był do twarzy. Tomasz w swoje dwadzieścia siedem lat już był żonaty. Ale po pół roku rozeszli się charakterami nie pasowali, jak napisano we wniosku, a w rzeczywistości była żona nie lubiła pensji ratownika.
– Dzień dobry! powiedziała lekarka i skierowała się do jego łóżka.
– Dzień dobry! Czy to pani mnie zszywała?
– Ja, – uśmiechnęła się. Coś nie tak?
– Dawaj, zbadam cię!
I ona pochyliła się nad nim Przed oczami wisiorek ze znakami zodiaku, zwisający z jej szyi:
– Agnieszka Wiśniewska!!! wykrzyknął.
Ona uważnie spojrzała na jego opuchniętą twarz.
– Przepraszam! powiedziała, tak i nie poznając.
– Jestem Byk, – i wskazał na wisiorek.
– Tomek Kowalski? jej wargi zadrżały. Ty mnie jeszcze pamiętasz?
– No, co ty, Agnieszko? widząc na oczach kobiety łzy, opuścił dłoń na jej rękę.
– Przepraszam! wyjęła chusteczkę i otarła oczy. Nigdy nie myślałam, że spotkamy się z tobą tak.
Więcej tego dnia Agnieszka do jego sali nie wchodziła. Ale Tomasz już zrozumiał, że jej grafik, jak i jego: dzień, noc i dwa wolne.
Nie chciał wyglądać przed nią bezradnie. Cały następny dzień próbował chodzić po sali opierając się na łóżkach, parę razy, trzymając się za ścianę, wyszedł na korytarz.
Wieczór. Lekarz pracujący na dziennej zmianie wyszedł. Przyszła nowa zmiana czuło się po rozmowie na korytarzu. Teraz obchód…
I nagle krzyki, pospieszne kroki na korytarzu. Tak bywa, kiedy kolejnego poszkodowanego przywożą.
Już dziesięć godzin. Weszła pielęgniarka, wyłączyła w sali światło. Ale jakoś nie spało się. Już po północy na korytarzu usłyszano czyjeś kroki, oto one ucichły, i w tej ciszy Tomasz raczej poczuł niż usłyszał, że na korytarzu ktoś płacze. Wstał i ostrożnie wyszedł na korytarz.
Za dyżurnym stołem siedziała i, opuściwszy głowę na ręce, płakała jego była koleżanka z klasy. Podszedł, położył zdrową rękę na jej ramieniu:
– Co ty, Agnieszko!
Ona wstała, wtuliła się w jego ramię:
– Operowałam kobietę, która wpadła pod samochód, – łkając łzami zaczęła opowiadać. Zrobiłam wszystko możliwe i niemożliwe Ona teraz na intensywnej, ale nie przeżyje. Ma dwoje dzieci mąż jej teraz z nią w sali…
– Uspokój się, Agnieszko!
– Trzy lata już chirurgiem pracuję i wciąż nie mogę przyzwyczaić się, że ludzie umierają.
– Uspokój się, uspokój się! Takie już u nas z tobą zawody. Przez pięć lat też tyle śmierci widziałem, ale przecież my z tobą i żyć niemało uratowaliśmy, – Tomasz ciężko westchnął. – Dlatego ode mnie i żona odeszła. Mówi: że sam nie swój do domu przychodzę i pieniędzy mało zarabiam. A u mnie czterdzieści zawsze wychodzi żyć to można.
– U mnie wszystko to samo, – spojrzała mu w twarz. Chłopaki na mnie jak na wariatkę patrzą. Do tej pory za mąż nie wyszłam, jak małoletnia z rodzicami mieszkam.
– Daj spokój, nam z tobą tylko po dwadzieścia siedem całe życie przed nami.
– Nie, Tomek, nam już po dwadzieścia siedem.
– Agnieszka Wiśniewska, u niej puls znika, – krzyknęła, wybiegając pielęgniarka.
– Przepraszam! i Agnieszka pobiegła na intensywną.
Nie mógł zasnąć tej nocy. Rano przyszła pielęgniarka, jak zwykle zrobiła mu zastrzyk.
– Kobieta, której dziś w nocy operowano, żywa? zapytał niespodziewanie nawet dla siebie.
– Żywa, ale stan skrajnie ciężki.
***
Minęły trzy tygodnie. Rany na ciele Tomasza się zagoiły. Z Agnieszką spotykali się, kiedy były jej zmiany, więcej tego, ciągnęło go do niej coraz mocniej i mocniej. Ale oddział chirurgii nagłych przypadków nie to miejsce, gdzie można rozmawiać o czymś bardzo osobistym.
I oto podczas jednego z porannych obchodów lekarz-mężczyzna poinformował:
– Dziś was wypisuję, – uśmiechnął się i dodał. W sensie, ze szpitala. Od razu pójdziesz do swojej przychodni, a tam już zdecydują ile jeszcze będziesz siedział na zwolnieniu.
– Można się pakować!
– Tak, tak! Szczególnie nie spiesz się. Teraz przygotują ci wypis.
Gdy lekarz wyszedł, Tomasz się ogolił. Patrząc w lustro, zadowalająco odnotował, że dwie pozostałe blizny wcale nie psują twarzy, raczej dodają męskości. Na pozostałe blizny zupełnie nie warto zwracać uwagi.
Spakował się, wyszedł na korytarz. Naprzeciw, trzymając się za ścianę szła pacjentka.
Ona jednak wykaraskała się! – przemknęła radosna myśl.
Wyszła pielęgniarka, podała wypis:
– Do widzenia, Tomasz! Więcej do nas nie trafiaj!
***
Miał własne kawalerkę, ale pojechał do rodziców. W końcu mama tak go czekała i martwiła się. Nawet urlop wzięła.
– Synku! rzuciła się do niego w objęcia matka.
– Już, mamo! Jak widzisz, jestem żywy i zdrowy.
– Chodź, przygotowałam ci jeść. Jaki chudy stałeś się.
– Oj, jak ja za domowym jedzeniem zatęskniłem!
– Póki się nie wyzdrowiejesz i nie ożenisz będziesz w rodzinnym domu mieszkał. Twój pokój do tej pory stoi pusty, – i krzyknęła jakby do dziecka. Idź, ręce umyj!
***
Do wieczora Tomasz poszedł do fryzjera. Wszedł do swojego mieszkania. Zabrał trochę ubrań. Matka natychmiast zaczęła je porządkować.
Wieczorem przyszedł ojciec z pracy. Usiedli, jak bywało dawniej, wszyscy razem i rozmawiali do samej nocy.
Spać położył się w swoim pokoju, gdzie przeszło dzieciństwo i młodość, ale nie zasnął od razu:
Jutro trzeba do przychodni pójść. Potem do pracy. A wieczorem
Z myślą o następnym wieczorze zasnął daleko po północy.
***
Następnego dnia Tomasz rano poszedł do przychodni. Do południa chodził po gabinetach. Po południu poszedł do siebie do pracy, akurat jego zmiana była.
– Gdzie? zapytał ojciec.
– Tato, pamiętasz dawno-dawno, kiedy jeszcze w czwartej klasie się uczyłem. Zrobiłeś mi wisiorek na prezent dla koleżanki?
– Brzydkiej Agnieszki Wiśniewskiej? Pamiętam.
– Pamiętasz, powiedziałeś jeszcze: Wyrośniesz, może jeszcze zakochasz się w niej.
– I to pamiętam.
– Tato, Agnieszka teraz chirurg. To ona robiła mi operację. I ona do tej pory nosi na szyi ten wisiorek.
– No to tak!
– Tato, twoje słowa się spełniły. Idę do niej!
***
Dwadzieścia siedem lat to nie tak dużo na początek życia z ukochaną osobą.



