Po dwunastu godzinach w sklepie mięsnym w Radomiu ledwo czuję łydki. Wracam autobusem linii 7, bo samochód oddałam Klaudii, kiedy zdała prawo jazdy. To był prezent na osiemnaste urodziny. Żółta skoda fabia, rocznik 2007, przebieg sto osiemdziesiąt tysięcy. Sama jeździłam nią pięć lat, ale dla niej to było wszystko.
Mieszkam na czwartym piętrze w bloku przy ulicy Słowackiego. Windy nie ma, bo wspólnota od ośmiu lat nie może się dogadać. Wdrapuję się po schodach, a w kieszeni kurtki brzęczy mi telefon. Wyciągam go dopiero na półpiętrze, przy oknie, z którego czasem śmierdzi papierosami od tych nastolatków z trzeciego.
Klaudia — widzę na wyświetlaczu. Jeden nieodebrany.
Oddzwaniam z korytarza, zanim zdążę wyciągnąć klucze.
— Mamo, potrzebuję pomocy.
Głos ma taki, jak wtedy, gdy w podstawówce spadła z huśtawki. Wtedy złamała nadgarstek. Teraz jest dorosła, ma dwadzieścia cztery lata i od trzech wynajmuje mieszkanie w Lublinie z chłopakiem.
— Co się stało?
— Sąsiedzi zalali nam łazienkę. Sufit leci od tygodnia. Wynajmujący mówi, że to nasza wina, bo nie zgłosiliśmy w porę. A my zgłaszaliśmy! Mam e-maile z datami! — słyszę, jak pociąga nosem. — On chce, żebyśmy zapłacili za remont. Dwa tysiące osiemset złotych.
Dwa tysiące osiemset. Tyle zarabiam na pół etatu w mięsnym i jeszcze biorę weekendowe dyżury na hali w soboty, żeby dołożyć do czynszu. Zostało mi trzysta czterdzieści złotych na koncie do pierwszego.
— Przyślij mi te e-maile. I zdjęcia sufitu — mówię. — Porozmawiamy, jak wrócę do domu. Kupiłam schab na kotlety, bo wiesz, ten od Malinowskiej spod siódemki był promocyjny.
— Mamo, ja nie chcę, żebyś się martwiła. Ja chcę tylko pożyczyć na miesiąc. Oddam ci wszystko, jak dostanę wypłatę. Naprawdę.
— Wiesz, co jest dziwne? — pytam, sięgając do torby z zakupami. Przemaknęła mi reklamówka. Na dnie jest mokro od schabu. — Wynajmujący, który od miesiąca wie o zalaniu, a teraz nagle chce pieniądze. Nie wierzę mu.
Milczy.
— Mamo, nie chcę cię w to wciągać. Ja tylko potrzebuję tych dwóch tysięcy ośmiuset.
— Klaudia — mówię, bo znam ten ton. To ton, który pojawia się, gdy jej chłopak, Paweł, siedzi obok i coś jej podpowiada. — A gdzie jest Paweł? Dlaczego on nie dzwoni do wynajmującego?
— On nie ma czasu. Ma teraz dużo pracy.
Praca. Paweł od dwóch lat próbuje zdać maturę poprawkową, tylko że z matematyki i polskiego. Pracuje w magazynie, ale zmienia etat jak skarpetki. Kiedyś zarabiał dobrze, teraz podobno gorzej. Nie wiem dokładnie, bo Klaudia mi nie mówi. Mówi za to: nie chcę cię w to wciągać.
Od pięciu lat jestem dla niej bankiem. Tylko w zeszłym miesiącu przelałam tysiąc dwieście na „wyrównanie rachunków”. Wcześniej czterysta na buty do pracy, bo „musi wyglądać profesjonalnie”. Rok temu tysiąc na opłatę za studia, bo „zapomniała terminu”. Dwa lata temu oddałam jej skodę. Trzy lata temu — pożyczyła ode mnie i nigdy nie oddała. Bez tego jednego zdania, bo ja go nie wypowiadam.
Stoję pod drzwiami, w ręku torba z mokrym schabem. Patrzę na wycieraczkę, na którą wchodzę od dwudziestu lat. Ktoś na niej napisał markerem „KOWALSCY”, chociaż nazywam się Wysocka. Wycieraczka jest starsza niż moja córka.
— Klaudia, powiem ci coś, co powinnam powiedzieć rok temu.
— No.
— Przypomnij sobie, ile razy w tym roku przelałam ci pieniądze. Ile z tego mi oddałaś. Ja nie prowadzę księgowości, ale bank prowadzi. Mogę ci to wydrukować.
Cisza. Tak długa, że myślę, że rozłączyło.
— Mama, ty teraz będziesz mi to wypominać?
— Nie wypominam. — Otwieram drzwi, wchodzę, rzucam torbę na stół w kuchni. Z parapetu zbieram list od spółdzielni, że znów podnoszą opłatę za ogrzewanie. — Tylko mówię, że tym razem zrób tak: napisz do wynajmującego oficjalne pismo. Ja ci pokażę wzór. W załączniku e-maile, zdjęcia. Jak nie zadziała — idziesz do inspektora budowlanego. To jest sprawa, w której masz rację. I to twoja sprawa, Klaudia.
— Ty mi nie pomożesz?
— Pomogę ci inaczej.
— Jak to?
— Dam ci wzór pisma. I telefon do darmowej poradni prawnej w Lublinie. Byłam tam dwa lata temu, jak sąsiadka z góry zalała mi kuchnię. Pomogli mi za darmo napisać wezwanie.
— Mama, ja nie mam głowy do papierów.
— Masz. Ja ci robiłam w szkole prace plastyczne, ale pisma urzędowe to coś innego. Dasz radę.
I wtedy słyszę coś, czego nie powinno być w słuchawce. Coś z tła. Głos Pawła, ściszony, ale ja znam to brzmienie, bo tyle razy je słyszałam, że policzę je ze snu.
— Powiedz jej po prostu, żeby przelała.
Nie wiem, czy Klaudia zasłoniła mikrofon. Nie wiem, czy myśli, że nie słyszę. Ale słyszę. Odkładam torbę. Wycieram mokre opakowanie papierowym ręcznikiem, który zawsze wisi przy kuchennej ścianie na haczyku. Zimny miękki papier. Czerwony od atramentu z ceny promocyjnej.
— Czy Paweł siedzi obok ciebie i mówi ci, co masz mówić? — pytam ciszej, ale ostro.
— Mamo…
— Odpowiedz.
— On mi tylko pomaga się nie denerwować.
— To nie jest pomaganie. Pomaganie to pismo do wynajmującego. Pomaganie to e-maile z datami. Pomaganie to pójście do poradni prawnej. Pomaganie to nie jest tłumaczenie ci, że matka ma przelać pieniądze, bo matka zawsze przelewała.
— Skąd wiesz, że on…
— Bo to nie pierwszy raz słyszę ten głos w tle.
Cisza. Taka, jak wtedy, gdy ma się zapalić światło w tunelu i nie wiadomo, czy to pociąg, czy wyjście.
— Klaudia, postaw sprawę inaczej. Ja cię kocham. Dlatego nie przeleję.
— To jest twoja miłość?
— Tak. W banku nie ma miłości. W papierach nie ma miłości. Ale w tym, że musisz sama się z tym zmierzyć, jest jej cholernie dużo.
Milczy. I wtedy słyszę, jak Paweł coś przesuwa. Krzesło. Albo kubek.
— Klaudia? — mówi głośniej, jakby do słuchawki wszedł sam. — Pani Ewo, może ja porozmawiam.
— Paweł — mówię. — Z tobą nie mam o czym rozmawiać. Klaudiu, oddaj słuchawkę.
— Mamo, on chce pomóc…
— Oddaj.
Wraca Klaudia. Jej oddech jest cięższy, jakby wstała i przeszła do drugiego pokoju.
— Mamo, ale co ja zrobię?
— To, co napiszę ci w SMS-ie. Wzór pisma. Telefon do poradni. Masz e-maile. Masz zdjęcia. Masz rację. To jest remont łazienki. Tysiąc dwieście za metr wymiany karton-gipsu. Oni ci to zrobią, a ty im za to nie zapłacisz, bo to nie ty zalałaś.
— A jak mnie wciągną w koszty?
— Jak masz pismo i poradnię prawną, to cię nie wciągną.
— Skąd wiesz, że nie?
— Bo mnie nie wciągnęli, kiedy miałam mokrą kuchnię. Klaudia, ta stara sąsiadka z góry, pani Halinka z szóstki, świeć Panie nad jej duszą, próbowała. I nie dała rady. Dasz radę. Koniec rozmowy.
Odkładam. Telefon kładę na stole obok reklamówki, z której dalej sączy się odrobina wody z rozmrożonego schabu. Idę do sypialni. Z szafy, z górnej półki, zdejmuję pudełko po butach. W środku jest wszystko: zeszyt z telefonami, stare paragony, instrukcja od żelazka, którą schowałam, bo może się przyda. I moja teczka z dokumentami z tamtej sprawy z sąsiadką. Z tamtej sprawy, którą poprowadziłam sama, pracując na pół etatu, po nocach, z jedną kartką zapisaną po obu stronach.
Wyciągam zeszyt. Jasnoniebieski w linie, ten sam, w którym zapisywałam Klaudii, ile ma czytać lektur, gdy była w piątej klasie. Na jednej z ostatnich stron znajduję telefon do poradni prawnej w Lublinie. Taki sam zeszyt, taki sam kolor, tylko sprawy inne.
Siadam przy kuchennym stole. Wypisuję wzór pisma. Ręką, bo zawsze piszę ręką, kiedy chcę, żeby wyszło dobrze. Zajmuje mi to zeszytową stronę i trochę następnej. Potem robię zdjęcie telefonem. Ale zanim wyślę, dopisuję na dole długopisem, niebieskim, tym z reklamą pasztetu, który dostałam kiedyś na targach:
— Sprawdzisz w internecie wzór, jak nie będzie czytelne.
Wysyłam. Patrzę na choinkę za oknem. Ktoś po drugiej stronie ulicy, na piątym piętrze, już zawiesił lampki. Migają na czerwono i zielono. U nas za oknem dalej stoi druga sobota grudnia, a ja nie mam ani jednej kartki świątecznej. Zawsze wysyłam do rodziny, a w tym roku jeszcze żadnej nie wysłałam.
Po dziesięciu minutach przychodzi odpowiedź.
— Dzięki mamo. Zaraz przeczytam.
Nie odpisuję od razu. Dzwonię do spółdzielni, bo chcę dopytać, ile dokładnie wyniesie podwyżka ogrzewania. Trzysta dwadzieścia złotych co miesiąc od nowego roku. Pani z administracji mówi: „trzysta dwadzieścia, proszę pani”. Kładę słuchawkę. Kładę też głowę na dłoniach. Zimna okrągła plama na blacie po torbie z mięsem. Przez chwilę myślę o Pawle i jego szeptanym „po prostu przelała”. Jakby to było jak otworzyć kran. Jakby moje dwanaście godzin na stojąco i soboty na hali nie istniały.
Wstaję. Biorę telefon. Znajduję w wiadomościach od Klaudii te, które dotyczyły pieniędzy. Jest ich tyle, że nie mieszczą się na jednym zrzucie ekranu. Zaczynam od najwcześniejszej z tego roku. Wklejam każdą kwotę do notatnika. Sto czterdzieści na lekarstwa. Sześćset na kaucję za klucz. Tysiąc osiemset na naprawę auta, tego, które jej dałam. Siedemset na opłaty. Kolejne setki i setki.
Suma wyjdzie mi za dłuższą chwilę, ale zanim ją policzę, przychodzi nowa wiadomość.
— Paweł mówi, że lepiej będzie, jak nie będziesz się wtrącać.
Nie odpisuję. Liczę dalej. Jedenaście tysięcy czterysta złotych. Od stycznia do grudnia. Jedenaście tysięcy czterysta. To jest moja roczna podwyżka ogrzewania razy trzy. To jest cholernie dużo, jak na matkę, która dźwiga świńskie półtusze od dwudziestu lat.
Biorę telefon. Otwieram wiadomość. I zamiast odpisać Klaudii, wysyłam do poradni prawnej pytanie, czy mogę przyjść sama. W sprawie córki, która nie dzwoni, tylko po pieniądze, i która za plecami ma faceta, który mówi, co ma mówić. Poradnia odpowiada w dwadzieścia minut. Mogę przyjść w środę o piętnastej. Zapisałam się.
Odpisuję Klaudii. Po długim czasie. Trzy zdania.
— Jeśli Paweł każe ci nie wtrącać mnie, to znaczy, że ty nie masz nic do powiedzenia. A ja nie mam już nic do przelewania.
Wysyłam. Chwilę patrzę, jak wiadomość robi się niebieska. Przeczytana. Potem idę do łazienki, odsłaniam okno i sprawdzam, ile zostało mi farby z tamtej naprawy po sąsiadce. W kącie stoi jeszcze słoik, może pół litra, resztka z większego wiadra. Bez zapachu, dobra farba, lateksowa.
Następnego dnia rano, w drodze do sklepu mięsnego, z autobusu linii 7 dzwonię do Klaudii.
— Chciałam tylko usłyszeć, jak poszło w poradni.
— Nie pójdę, mamo.
— Czemu?
— Bo Paweł się boi, że to tylko pogorszy sprawę. Pójdziemy do wynajmującego i pogadamy w spokoju.
— W spokoju? Z człowiekiem, który każe ci zapłacić za cudzą awarię?
— Porozmawiamy.
— Klaudia, to nie jest rozmowa. To jest wyłudzenie. Ty masz e-maile. Masz zdjęcia. Masz rację. Jak pójdziesz tam bez pisma, on cię wygryzie.
— Mamo, myślisz, że nam się uda bez tego.
— Wam?
— No nam. Mnie i Pawłowi.
— A mi się zdaje, że dotąd to ja miałam ciebie. A teraz masz jego.
— Nie mów tak.
— Mówię, jak jest. — Autobus zatrzymuje się na przystanku przy szkole. Wsiada pełno dzieciaków w szalikach. Jedno ma czapkę z pomponem, jak ty, gdy miałaś osiem lat i nazywałaś go „trzęsiduszą”.
— Mamo, ale co mam zrobić?
— Wiesz co. Masz w SMS-ie. Poradnia. Pismo. E-maile. Ale jak chcesz, to przywiozę ci to pismo osobiście do Lublina.
— Nie! Nie, mamo. Nie trzeba.
— Czemu nie trzeba? — autobus rusza z sykiem, a ja cisnę się przy barierce, bo wszystkie miejsca zajęte. — Klaudia.
— Bo Paweł nie chce, żebyś tu przyjeżdżała. Mówi, że się rządzisz.
— A ty mu wierzysz.
— Mamo!
— Do widzenia, Klaudia. W środę jestem w poradni. Jak zmienisz zdanie, przyjedź z tym pismem.
Rozłącza się. Nie ona. Ja się rozłączam. Patrzę na czapkę z pomponem. Dzieciak w czapce z pomponem je rogalika z marmoladą, a mi się robi tak strasznie daleko od córki, która ma dwadzieścia cztery lata i nowego pana, co mówi jej, co ma mówić.
W środę, po pracy, idę do poradni prawnej. Jest przy kościele, w starym budynku z odrapaną bramą. Po drodze mijam piekarnię i zapach jest taki, że wracam po drodze, bo kupię sobie pączka. W poradni pani w okularach i wełnianym swetrze wysłuchuje mnie w dwadzieścia minut. Potem daje mi wniosek. O zwrot pożyczek.
— Ma pani wyciągi, ma pani oświadczenia. Można dochodzić zwrotu, jeśli udowodni pani, że to była pożyczka, a nie darowizna.
Siedzę chwilę bez ruchu. Potem pytam o to, co naprawdę chcę wiedzieć.
— A jeśli to była darowizna?
— To nie ma pani nic.
Wychodzę z poradni z tym wnioskiem w teczce. Po drodze kupuję pączka. Jem na ławce przed plebanią. Smakuje jak stare dziecko.
Dzwonię do Klaudii.
— Klaudia, jest coś, czego nie wiem. Dlaczego ja mam ci płacić za wszystko, a ty nie masz nawet odwagi zadzwonić, jak jest dobrze?
— Nie mam kiedy, mamo.
— Nie masz kiedy? A na zdjęcia w internecie masz kiedy? Widziałam, jak Paweł wrzuca wasze fotki z ogniska. Ty masz czas na ognisko, a nie masz czasu na matkę?
— O czym ty mówisz?
— O twoim życiu. Takim, które ja oglądam jak kanał z przepisami.
Cisza.
— Paweł ma rację. Ty się rządzisz.
— To przyjedź.
— Nie.
— Klaudia.
— Nie, bo będzie awantura. Paweł będzie zły.
— To nie przyjeżdżaj. Ja przyjadę w sobotę.
— Nie możesz.
— Mogę. I przywiozę ci pismo z poradni. I pączka. I tę farbę, co została po naprawie u mnie. Możesz ją postawić przy drzwiach, jak nie chcesz mnie widzieć.
— Mamo, ty zawsze musisz postawić na swoim!
— Ja nie muszę. Ja tylko przestaję płacić.
Milczenie. Na plebanii dzwonią dzwony. U nas dzwonili o tej porze, jak chodziłaś na religię. Pamiętam twoją białą sukienkę do komunii i to, że założyłaś ją tyłem do przodu. A ty mówiłaś, że tak ładniej.
— To nie przyjeżdżaj — mówi w końcu. — Nie chcę tej farby.
— Wiesz co, Klaudia? Zobacz, co znalazłam w starym zeszycie. Twoje zdanie z czwartej klasy. „Najlepszą przyjaciółką jest moja mama, bo zawsze mnie rozumie”. Pamiętasz, jak to napisałaś?
— Mamo, przestań.
— Nie przestanę. Bo ta mama żyje. I dalej cię rozumie. Rozumie nawet to, że ci wstyd, że sama nie masz odwagi postawić się facetowi. Też kiedyś było mi wstyd. Też kiedyś myślałam, że jak będę miła, to odejdą. I odeszli. Twój ojciec wyszedł po chleb i nie wrócił.
Cisza. Długa. Potem słyszę, jak Klaudia oddycha. Nie płacze. Oddycha.
— Mamo, dasz radę przyjechać w sobotę?
— Przyjadę.
— Dobrze.
W sobotę rano wsiadam w pociąg do Lublina. W torbie mam wniosek z poradni, pączek w papierku i słoik z resztką farby. I jeden list. Ten, który chciałam wysłać na święta, a nie wysłałam. W środku piszę o podwyżce ogrzewania i o tym, że dobrze, że chociaż u nas w bloku jeszcze nie ma choinki.
Podróż trwa trzy godziny, bo pociąg dłużej stoi w Dęblinie, coś padło na semaforach. Konduktor ogłasza, że można się przesiąść, ale ja nie mam dokąd. Patrzę przez okno na stację, na podupadłą wiatę, pod którą stoi dwóch harcerzy z plecakami. Jeden ma czapkę z pomponem. Tym razem czarną. I robi mi się go żal, tego chłopca z czapką, bo nie ma dokąd pójść.
W Lublinie, pod drzwiami mieszkania Klaudii, stawiam torbę. Pukam. Otwiera Paweł. Stoi w progu, nie usuwa się.
— Klaudia nie chce.
— Klaudia — mówię do środka, nie patrząc na niego. — Ja nie mam sprawy do twojego chłopaka. Ja mam sprawę do ciebie.
Za jego ramieniem widzę, jak z pokoju wychodzi Klaudia. Ma na sobie mój stary sweter. Ten w warkocze. Kiedyś nosiłam go na targowisko.
— Mamo, wejdź.
Paweł nadal stoi w progu. Patrzę mu w twarz.
— Paweł, nie wiem, jak twoja matka cię wychowała, ale w Radomiu nie blokujemy drzwi.
Ustępuje niechętnie, krok w bok, jakby to była jego decyzja, a nie moja. Wchodzę. W kuchni na stole leży niedomyte naczynie. I smażona jajecznica sprzed godziny. Siadam. Klaudia siada naprzeciw. Paweł zostaje przy zlewie, ręce ma skrzyżowane.
— Co to za list? — pyta Klaudia.
— List do ciebie. Choć mogłaś go dostać pocztą.
— Mamo…
— Otwórz.
Otwiera list. Czyta na głos. W pewnym momencie jej oczy robią się szkliste. Podała mi kiedyś, w piątej klasie, nad morzem, muszelkę, którą znalazła po odpływie. Stoi do dziś na moim parapecie. Pamiętam jej dłoń, całą w piasku. Teraz ta dłoń trzyma mój list.
— I co, Klaudia? — mówi Paweł. — Znowu cyrk.
— Z tobą — podnoszę się — porozmawiam przy komendzie, jeśli nie przestaniesz.
— Przepraszam bardzo!
— Przepraszam, to ty mnie przeproś. Za to, że siedziałeś obok, jak moja córka kłamie, że „nie ma kiedy”. Za to, że wmówiłeś jej, że ja się rządzę.
— Ja nie chcę twoich pieniędzy.
— To czemu do mnie dzwonicie?
— Bo miałem wolne i myślałem, że pomożesz.
— Pomożesz — powtarzam. — A ty jej w ogóle dałeś zarobić? Czy jak tylko trzeba pomóc, to dzwonisz do matki?
Milczy. Klaudia milczy. Z kuchennego stołu podnoszę łyżkę, którą ktoś jadł jajecznicę. Kładę ją na desce. Cicho.
— Klaudia — mówię. — Dziś przestałam chcieć być bankiem.
— Mamo.
— Ten wniosek. — Kładę na stole kartkę z poradni. — To wniosek o zwrot pożyczek. Jedenaście tysięcy czterysta złotych. Tylko z tego roku. Nie chcę, żebyś się bała. Chcę, żebyś sama wybrała: pismo do wynajmującego, które ci przywiozłam, czy dalej ktoś, kto mówi ci, co masz mówić.
— Nie stawiaj mnie tak.
— Nie stawiam. Pokazuję tylko, że to nie ja mam dług.
Paweł patrzy na kartkę. Nie na mnie, nie na Klaudię — na sumę. Milczy dłużej niż powinien. W końcu sięga po kluczyki od skody, które leżą na parapecie, i przesuwa je na środek stołu. Nie mówi nic wielkiego, żadnego przełomu w głosie.
— Weź te papiery i jedźcie gdzieś porozmawiać. Ja… muszę to sobie poukładać.
To nie jest przeprosiny. To nawet nie jest zgoda. To jest człowiek, który liczy, ile go to będzie kosztowało, jeśli zostanie.
Wychodzimy z Klaudią. On zostaje w kuchni, nie odprowadza nas nawet do drzwi. W samochodzie, gdy przejeżdżamy przez most nad Bystrzycą, Klaudia milczy długo, zanim się odzywa.
— Naprawdę chcesz tego zwrotu?
— Nie wiem, Klaudia. Wiem, że chcę, żebyś ty chciała oddać.
— A jeśli wrócę do niego wieczorem i nic się nie zmieni?
Nie odpowiadam od razu. Skręcam wzrok na drogę, choć to ona prowadzi.
— To będzie twój wybór. Ja już swój zrobiłam. Nie przeleję więcej.
Jedziemy pod sklep po pączki. Ja biorę z różą, ona z budyniem. Siedzimy na parkingu pod Pałacem Sobieskich. Zostało jeszcze kilka minut do zmroku.
— Mamo, w tym liście piszesz, że mnie kochasz, ale musiałam dorosnąć. A ja się ciebie wstydziłam. Tak było?
— Wstydziłaś się, że pracuję w mięsnym?
— Nie… może trochę. Wstydziłam się, jak cię nie było na wywiadówkach, bo byłaś w pracy. Wstydziłam się, że nie mamy choinki, bo mówiłaś, że szkoda pieniędzy.
— I dlatego nie dzwonisz?
— Nie tylko. Dzwonię, kiedy czegoś potrzebuję, bo wtedy wiem, że mi nie odmówisz. Boję się, że jak zacznę z tobą zwyczajnie rozmawiać, to okaże się, ile czasu straciłyśmy.
Cisza. Pączek z różą słodki. Czuję cukier puder na wargach.
— Nie wiem, czy dziś coś się naprawdę zmieniło, mamo. On tam siedzi i liczy.
— Wiem. Dlatego ja nie liczę na niego. Liczę na ciebie.
Uśmiecha się, ale krótko, jakby jeszcze się bała, że to za wcześnie na uśmiech. Potem chowa twarz w rękaw mojego starego swetra.
W poniedziałek rano, po powrocie do Radomia, odbieram telefon z Lublina.
— Mamo, wysłałam pismo. Z załącznikami.
— Sama zeskanowałaś?
— Sama. Paweł powiedział, że nie będzie się w to mieszał, dopóki nie zdecyduje, co dalej.
— A ty?
— Ja zdecydowałam. Idę do inspektora, jeśli wynajmujący nie odpowie do piątku.
— Dobrze, córka.
Nie odpowiadam od razu na resztę. Za oknem, po drugiej stronie Słowackiego, na piątym piętrze, zapaliły się czyjeś lampki. Migają czerwono-zielono. Na parapecie w końcu postawiłam muszelkę Klaudii obok telefonu.
— Mamo, jak przyjadę następnym razem, ugotujesz schabowe?
— Ugotuję. Ty sama, czy z Pawłem?
— Nie wiem jeszcze. Zobaczymy.
— To zobaczymy.
— Mamo… dziękuję za tę farbę.
— Zostało jeszcze trochę w słoiku. Jak będziesz gotowa malować u siebie, powiedz.
Klaudia śmieje się cicho, krótko, jakby sama się zdziwiła, że jeszcze to potrafi. W tle słychać, jak ktoś — chyba Paweł — mówi coś o wystygłym obiedzie. Ona nie odpowiada mu od razu. Zostaje jeszcze chwilę przy telefonie, jakby nie chciała pierwsza się rozłączyć.



