Dodatkowy Akcent

Dodatek

Krysia, ale ona przecież z dodatkiem! Albo może ci to nie przeszkadza? Zdzisława oparła się o płot i ironicznie spojrzała na sąsiadkę. Lepszego nie mogłeś znaleźć? Przecież i przystojny chłopak, i porządny, a dziewczyn we wsi pełno a ty proszę, tak sobie wybrałeś!

Krystyna westchnęła. Sama przed sobą nie chciała przyznać, że wybór syna nie bardzo jej odpowiadał. Usłyszeć to jeszcze od przyjaciółki to już podwójna przykrość.

A my się z dzieci cieszymy, Zdzisiek! Rozumiesz? Co z nią niby nie tak? Młoda, ładna, spokojna, poukładana to wiem na pewno. A że dziecko ma? No i co z tego? Urodziła w małżeństwie, nie na boku. Wdowa jest, młoda jeszcze. Żyjemy pod panem Bogiem, wszystko się może zdarzyć. Wychowa się, wykształci i jeszcze jednego wnuka będę miała. I po co tak językiem mielić!

Krystyna zacisnęła usta i wygoniła kota sąsiadki, który wlazł jej na płot.

Oj, już mu się u mnie spodobało! Trzy kurczaki mi ostatnio zwinął, Zdzisia. Uważaj na swojego futrzaka, bo spuszczę Kajtka i nie płacz potem.

Ale mnie przestraszyłaś! Zdzisława odgoniła leniwego, pręgowanego kota. Kto kogo jeszcze będzie ganiał! Zamknę łobuza. U mnie też w zeszłym roku za kurczętami latał. Gdyby nie był takim szczurem, już by go dawno u mnie nie było. No, ale co począć z instynktem?

Niech ten jego instynkt zamknie w domu!

Krysia, zapomniałam! Słoiki! Pewnie już gotowe dżemy.

Ty tu gadasz, a kto mieszka przy garnkach?

Ola. Wczoraj przyjechali pomóc przy warzywach.

Przecież ona w zaawansowanej ciąży!

Właśnie dlatego żadnych prac w ogrodzie, a ona dżemy robi. Nie lubi siedzieć bezczynnie. Nie synowa, tylko złoto!

To czemu ją tak chwalisz za plecami, a wprost gonisz?

Dla porządku, kochana! Zdzisława znowu się zaśmiała. Jak zostaniesz teściową, ucz się od najlepszych. Jak będziesz za miękka, to wejdą ci na głowę.

Poradzimy sobie! Krystyna machnęła ręką. Chcesz te słoiki czy nie? Nie mam czasu na pogaduchy, robota czeka.

Wyprawiwszy sąsiadkę, Krystyna zabrała się za ciasto. Jutro przyjeżdża syn z narzeczoną. Narzeczoną… Krystyna przestała wyrabiać ciasto i oparła się o stół, patrząc za okno. Co to będzie…

Wandy nie znała. Słyszała tylko raz, drugi, widziała ją z daleka, kiedy była u siostry we wsi obok. Nic szczególnego dziewczyna jak dziewczyna. Jasnowłosa, duże oczy, dość wysoka, jak jej Piotrek. Choć, jaka to dziewczyna młoda kobieta. Była wcześniej mężatką, ma dziecko. Chłopaczek, może koło trzech lat. Los nie oszczędził Wandy. Rodziców straciła wcześnie, wychowywała ją babcia z dziadkiem. Wyszli z nią na ludzi, wyedukowali, za mąż wydali. Ledwie się z narodzin wnuka cieszyli, a jej mąż w wypadku zginął. Została wdową z dzieckiem na rękach. Jak tu nie współczuć? Krystyna jednak wolałaby współczuć z daleka. Serce jej ściskało, kiedy myślała o synu odkąd zmarł mąż, Piotrek stał się jej podporą, wszystkim. I cieszyła się, że jest blisko, i martwiła. Dorosły facet, rodzina by się przydała, a on wciąż tylko żartował, że na wielką miłość czeka. Aż powiedział niedawno, że wreszcie znalazł… Wandę. Krystyna od razu pobiegła do siostry trzeba się dowiedzieć, co i jak. Ale Jadzia aż ją usadziła:

Co ty, jak kura, rozwrzeszczałaś się?

Chcę wiedzieć, kto to jest. Przecież zaraz tu przyprowadzi…

Do ciebie na trochę, nie na zawsze.

Jak to? Krystyna zdębiała.

Piotrek ci nie mówił? Że mu dom po dziadkach przepisałam? Do mieszkania się nie nadaje, stary już, ale działka duża. Postawią się.

Krystynie kłębiły się myśli. To znaczy syn wyjedzie, a ona? Fakt, między wsiami blisko, autobus jeździ ale co innego, jak jest przy domu, po obejściu pomoże, a co innego na swoim gospodarstwie. Po świętach tylko.

Co taka smutna? Nie cieszysz się? Jadzia złagodniała i przysiadła obok siostry. Puścić go musisz, Krysia. Piotrek dorósł, swój dom, własna rodzina mu się należy.

Wszystko prawda, tylko boję się. Może im się nie ułoży? Albo coś się wydarzy? Dziecko jeszcze…

Posłuchaj, na wsi dziewczyn mnóstwo. Ale żadnej tak dobrej, jak Wandzia, nie znajdziesz.

Właśnie to mnie martwi. Za dobra, coś za łatwo…

Tobie nie dogodzisz! Jadzia się rozgniewała. Gdyby była kiepska, to byś się cieszyła? Przestań! Najważniejsze, żeby byli razem i szczęśliwi. A ty uważaj, żebyś nie zrobiła czegoś, co ci syna odbierze.

Jak to?

Jeśli jej nie zaakceptujesz, stracisz syna. Widzę, jak na nią patrzy. Tam jest miłość.

Krystyna jeszcze długo czuła w środku ten spętlony, kolący kłębek nerwów. Nie dawał spać, choć nie wiedziała dokładnie, skąd się wziął.

Wyprostowała się, potrząsnęła zdrętwiałymi rękami i wróciła do ciasta. Trzeba przyjąć narzeczoną tak, żeby potem nie mogła powiedzieć, że jej tu nie chciano. Jadzia ma rację, synowi nie wolno pokazać tych wątpliwości. Zobaczymy, jak będzie. Póki co trzeba się postarać.

Maleńkie, równe jak żołnierze, pierożki lądowały na dużej blasze. Krystyna westchnęła, przypominając sobie, jak jej mąż uwielbiał te jednego kęsa.

Jak słonecznik, mówię ci! Ile nie zjesz, ciągle za mało Takie dobre!

Chwytał ją za rękę, całował palce. Krystyna śmiała się i uciekając, obejmowała męża. Zadrżała na wspomnienie. Tak jej go brakowało! I rady by udzielił, i uspokoił.

Noc była bezsenna. Przewracała się z boku na bok, w końcu odpuściła niech już będzie ranek

Wanda stała za plecami Piotrka, bojąc się spojrzeć na przyszłą teściową. Mały Sławek kręcił się po rękach, rozglądał po nowym domu. Ale tu ciekawostek! Duży pies przy budzie, nie szczeka dziwna sprawa, bo u babci zawsze szczeka. Gdzieś kot potuptał z ogonem na sztorc. Sławek zerknął na mamę.

Posiedź spokojnie.

Niech idzie, niech się wyszaleje, ja Kajtka zamknę, nic mu się nie stanie. Będziesz go widzieć Krystyna uważnie przyglądała się przyszłej synowej.

Co za dziewczyna, Boże wybacz? Aż żal patrzeć: chudziutka, blada, a tu taki zdrowy łobuziak na rękach. Coś się jej ścisnęło w piersi, kłębek przesunął się niżej. Chłopiec, którego Wanda postawiła na ziemi, podszedł do Krystyny i spojrzał z dołu.

A kot gdzie poszedł?

Jaki kot? Ja kota nie mam! Gdzie go widziałeś?

Sławek wskazał za ganek i Krystyna aż westchnęła.

Szybko, łapiemy go! Bo znów kurczaki dorwie!

Sławek pognał za dziwną panią, nie wiedząc, jak ją nazwać. Kota złapali przy samym kurniku.

No ty łobuzie! Spadaj stąd! Krystyna zdjęła klapek i rzuciła w kota.

Patrząc, jak Sławek się śmieje, sama się uśmiechnęła. Fajny chłopak! Żwawy, ale i delikatny. Pokazała mu pisklę, a on tylko pogłaskał, nie odważył się wziąć.

On taki malutki!

Krystyna przywołała go do siebie i po chwili Sławek siedział na jej kolanach i zajadał pierożki. Łapiąc spojrzenie Wandy, uśmiechnęła się:

Fajny masz tego Sławka, Wandziu! I mądry, i niezły żarłok każda babcia by marzyła.

Widząc, jak Ulga na twarzy Wandy, znów poczuła, jak ten ciężar w piersi robi się mniejszy. Bo i ona dobra matka, martwi się o dziecko, troszczy. To dobrze, pomyślała Krystyna i coś w środku jej się rozjaśniło.

Piotrek żartował, coś o ślubie, a Wanda siedziała cicho, dziobiąc widelec w talerzu. Gdy syn wyszedł, Krystyna zagadnęła:

Czemu tak siedzisz cicho? Pogładziła Sławkowi włosy i przysunęła talerz z wiśniami. Jedz, kochanie! Słodkie.

A co mam mówić? Piotrkowi powiedziałam, że nie chcę wystawnego ślubu. Byśmy się po cichutku pobrali i już.

A on nie słucha?

Nie. Twierdzi, że głupio tak, rodzina czeka, aż się ustatkuje. Nie wypada obrażać.

Ma trochę racji. Ale ty też nie powinnaś tylko milczeć. Dlaczego nie chcesz ślubu?

Wanda podniosła szare oczy na Krystynę, zawahała się, a potem powiedziała:

Boję się. Szczęście lubi ciszę. Już raz wychodziłam za mąż z hukiem… I co z tego wyszło…

Źle myślisz, Wandziu. Wiem, że męża straciłaś, to straszne, ale jeśli cię kochał, chciałby, żebyś jeszcze była szczęśliwa, a nie całe życie płakała. Każdemu co innego przeznaczone. I radość, i smutek się przeplatają. Przyjmuje się to, co da los albo wdzięcznie, albo z żalem, każdy wybiera. Jednak losu się nie ominie.

Ale ja się bałam…

Czego?

Że mnie pani potępi.

Za co niby?

Że wychodzę za mąż. I to za takiego jak Piotrek. On mógłby mieć każdą. A ja… Tak mi się udało

Sławek zakręcił się Krystynie na kolanach, więc postawiła go na podłogę.

A ty kim jesteś? szare, takie jak u matki, oczy patrzyły badawczo na Krystynę.

A ja teraz twoja babcia, Sławku. Możesz do mnie mówić babcia Krysia.

Dobrze! Sławek poważnie pokiwał głową.

Ślub i tak był taki, jak Piotrek chciał. Krewni oczywiście nie przepuścili okazji, żeby pożartować, ale Krystyna tak marszczyła brwi, że szybko im przeszło.

Piotrek z Wandą mieszkali u Krystyny prawie rok. Kobieta zdążyła już zapomnieć o kłębku lęku, o wszystkich swoich obawach. Patrząc, jak Wanda traktuje Piotrka z troską, Krystyna zrozumiała, że musi w końcu przestać się zamartwiać o syna. Łatwiej powiedzieć niż zrobić… Czasem jeszcze coś ją uwierało, ale Wanda potrafiła każdą zgryzotę ugasić spokojem, nigdy nie obrażała się, zawsze dążyła do zgody.

Czemu siedzisz i milczysz, Wandziu? Popłakałabyś się kiedyś, chłopu się żaliła! Patrz, może wtedy Krystyna przestałaby się martwić Zdzisława, odmachiwała gałązką, wyganiając krowę za furtkę.

To byście się wszyscy pokłócili! Matka z synem poróżniona, cudowna rada! Wanda patrzyła ironicznie.

Twarda jesteś, Wandziu. Do życia kiepsko, mówię ci.

Najlepiej własne rozumy mieć, a dobrych rad słuchać z dystansem, Wanda szła do domu.

Zdzisława prychała, a nowa plotka szła w wieś.

Dom, który Piotrek zaczął stawiać po ślubie, był gotów po roku. Przenieśli się tam z Wandą. Nowe roboty, własne gospodarstwo… Czas uciekał nie wiadomo kiedy. Gdy Wanda poczuła, że coś się w jej ciele dzieje niedobrze, poszła do lekarza.

Jest pani w ciąży powiedziała lekarka.

Jak to? Wanda spojrzała podejrzliwie. Ale to źle? Z pierwszym dzieckiem zupełnie inaczej…

Cóż, są pewne problemy, będzie trzeba poleżeć w szpitalu. Ale zrobimy wszystko, by pani i dziecko były zdrowe.

Krystyna już tego dnia była u synowej pomagać przy Sławku. Wanda, otwierając drzwi, aż się cofnęła.

Co się stało? Krystyna patrzyła uważnie.

Nic, tylko… jakoś tak surowo pani wyglądała, myślałam, że zła jest.

Krystyna wytrzeszczyła oczy. Ach, ta Zdzisława! Właśnie ona popsuła Krystynie humor z samego rana.

No co, już ci mało było, że z dodatkiem, jeszcze chorą wziął? I co ona urodzi? Może jeszcze czas…

Ale z ciebie człowiek zgorzkniały, Zdzicha! Gdzie ci matka głaskaniem nie dopieściła, że tak ludzi trujesz? Co Wanda ci zrobiła, że ją tak nie cierpisz?

Niepotrzebna mi ona! Zdzisława odwróciła się obrażona. No już, żartowałam! Niech będzie dobrze!

Krystyna odwróciła się na pięcie i poszła na przystanek, próbując się uspokoić. U Wandzi od razu zauważyła, że coś nie gra.

Nie zwracaj uwagi, Wandziu! To nie przez ciebie. Dwóch w autobusie się pokłóciło, i mnie się udzieliło. Czemu ludzie po ludzku nie mogą żyć?

Wanda pokręciła głową i się uśmiechnęła. Teściowa nigdy nie potrafiła kłamać. Ale skoro uspokaja to pewnie nie na nią się złości.

Zbieraj się, pomóc ci?

Nie trzeba, już wszystko gotowe, tylko do szpitala nie chce się jechać…

Krystyna zmarszczyła brwi:

Trzeba, Wandziu, jeśli chodzi o zdrowie dziecka, nie ma co się zastanawiać. O Sławka nie bój się, już ja go przypilnuję. Będzie dobrze!

Piotrek zawiózł Wandę do szpitala. Zaczęło się długie czekanie. Tydzień, drugi, aż lekarze zaczęli przytaknąć i mówić, że to już niedługo i wypuszczą ją na próbę, pod opieką.

Krystyna w tym czasie harcowała po wsi, już niemal łysiejąc ze strachu.

Boże, co ja Wandzie powiem?!

Sławek zginął rano. Wiedziała, że chłopiec zawsze słucha i nigdy nie wybiega poza furtkę bez pozwolenia. Puściła go na podwórko, a sama zabrała się do gotowania. Nie chciała dawać jedzenia ze szpitala, choć Piotrek codziennie coś dowoził Wandzie w domu zawsze lepiej.

Stół w kuchni, pod oknem, mogła podglądać Sławka grzebiącego w piasku. W pewnym momencie oderwała się, żeby odstawić garnek z kompotem. Patrzy Sławka nie widać.

Gdzie się podziałeś? zmniejszyła gaz, wytarła ręce o fartuch.

Wyszła na ganek, spojrzała wokół. Schować się nie było gdzie, na podwórku nie miał prawa wyjść. Przerażona spojrzała na furtkę szeroko otwarta. Ulica pusta. Ile to czasu od kiedy go widziała? Chwilę tylko… Gdzie mógł pójść?

Nie wiedziała, że Sławek słysząc zamieszanie za płotem, pobiegł zobaczyć, co się dzieje. Czarnobiały, malutki szczeniak skomlał, krępowany sznurkiem przez starszych chłopców.

Zostawcie! Jemu boli! Sławek próbował dostać się przez furtkę.

Za odpowiedź miał tylko chichot. Chłopaki drażnili się, kopali szczeniaka, a Sławek kręcił się wokół, próbując odebrać pieska. Nawet nie zauważył, jak przeszli na następną ulicę i następną, aż spod groźnego okrzyku kobiety, chłopcy rzucili linę, uciekli i Sławek nagle zorientował się, że nie poznaje okolicy. Sam dotąd nie chodził na spacery, matka bała się o ruch na drodze i srogo zabraniała wychodzenia za furtkę.

Co za dzieci! Jak można się nad zwierzęciem znęcać? Baty by wam się przydały!

Kobieta pogroziła za uciekającymi chłopakami i spojrzała nieufnie na Sławka, który przytulił szczeniaka do siebie.

A ty? Też będziesz go bił?

Nie! On malutki! Jemu boli!

Otóż to.

Kobieta poszła dalej, a Sławek rozejrzał się dookoła. Gdzie pójść? Będzie się martwić babcia, a mama z gniewu… Usiadł chwilę, przytulił nowego przyjaciela. Szczeniak przycichł.

Mama mówiła, żeby stać w miejscu, jak się zgubisz. To cię szybciej znajdą powiedział cicho, trochę uspokojony. Skoro wie, co robić, to i znajdą go.

Obejrzał ulicę, podszedł pod bramkę i usiadł na ławce. Trzeba czekać, babcia albo mama go znajdzie.

Sławek nie wiedział, że oddalił się dość mocno i Krystyna szuka go blisko domu, nie wyobrażając sobie, by poszedł aż tak daleko.

Piotrek po powrocie widział szeroko otwartą furtkę i zerknął na zmęczoną żonę.

Poczekaj chwilę, wprowadzę samochód powiedział do żony.

Wanda, zmęczona podróżą, tylko zamknęła oczy na siedzeniu.

Piotrek wbiegł na podwórko, potem do kuchni. Coś się stało! Wyłączył gaz pod zupą i wybiegł do domu. Wprowadził auto i zaprowadził Wandę do sypialni.

Połóż się.

Gdzie Sławek?

Pewnie poszli do sklepu z mamą. Zaraz zobaczę.

Krystynę Piotrek spotkał przy sąsiedniej ulicy.

Mamo! podbiegł zadyszany Sławek?!

Zniknął! Nie wiem jak! Wyszedł za furtkę i nie ma!

Uspokój się, mamo, ile czasu?

Krystyna zaszlochała, opowiedziała wszystko.

To idź jeszcze raz po sąsiednich ulicach, ja dalej poszukam. Tylko nie chodź do domu, Wanda nie może się stresować!

Sławka Piotrek znalazł godzinę później. Spał na ławce, przytulając czarno-białego szczeniaka, który szczeknął cicho na Piotrka.

Dobry z ciebie ochroniarz Piotrek pogłaskał psa i delikatnie obudził synka. Wstawaj, synu.

Tato… Sławek przetarł oczy i się uśmiechnął. Stałem w miejscu, jak uczyliście.

I o to chodzi! Dlatego cię znalazłem. A ten kto? Piotrek wziął synka za rękę, wskazując szczeniaka.

Tato, on jak Kajtek babci. Możemy go wziąć?

Oczywiście! Dom bez psa to nie dom. Zobaczymy, co z niego wyrośnie.

Podniósł pieska i szybkim krokiem ruszył do domu, Krystyna stała na rogu ulicy, rozpaczliwie się rozglądając. Na widok syna usiadła z bezradności na ławce.

Mamo, już dobrze, znalazł się! Spokojnie już.

Krystyna mocno przytuliła Sławka.

Tak mnie przestraszyłeś, kochanie…

Babciu, nie chciałem! Nigdy więcej!

Krystyna płakała cicho, tuliła wnuka. Co tam gadać, że nie swój? Niech sobie Zdzisława gada! Swój i basta.

Wanda nie dowiedziała się o całej historii od razu. Sławek milczał, zrozumiawszy, że mamie nie wolno się teraz denerwować. Razem śmiali się później, kąpiąc pchlarza, mokrzy i szczęśliwi.

Stęskniłam się!

Ja jeszcze bardziej!

Córka Sławka urodziła się w terminie. Małą, płaczącą dziewczynkę nazwano Krysią, na cześć babci. Krystyna promieniała z radości i przyjeżdżała do dzieci przy każdej okazji. Na początku bała się, że Wanda będzie miała do niej żal i nie powierzy już dzieci. Ale Wanda ani słowem jej nie zarzuciła.

On tak samo mógł mi się zgubić, mamo. Proszę się nie obwiniać. On kocha każde stworzenie, nawet biedronkę na trawę przeniesie, żeby nie zadeptać.

Dobry chłopak, to najważniejsze!

Krystyna nie wtrącała się do wychowania, pomagała, gdy potrzebne były ręce. Widząc wdzięczność Wandy, gotowa była przenosić góry, byle usłyszeć jej ciche:

Dziękuję, mamo!

Patrząc, jak Sławek pędzi ją przytulić, jak Wanda kwitnie z radości, przekazując córunię, Krystyna wiedziała, że robi wszystko dobrze.

Co znowu do wnuczki? Zdzisława stała przy furtce, patrząc jak Krystyna zamyka bramkę. Rozpieszczasz ich.

Do wnuków, Zdzichu. Mam ich dwoje.

Przecież tylko jedno twoje!

Dwoje, Dziacho oboje są moje. I wnuk, i wnuczka. Ale co ty możesz wiedzieć? Krystyna wrzuciła klucze do torby. Chcesz sekret? A to cię wszystko uczę…

No, mów, zaskocz mnie.

Wiesz, co to jest miłość, Zdzisława? To taka dwustronna sprawa. Żeby cię ktoś kochał, ty też musisz się postarać. I mnie kochają moje dzieci, wnuki. A ciebie?

Mnie szanują!

No to niech będzie. Ale coś mi się widzi, że miłość to lepsza sprawa. Co, Zdzicha? Krystyna mrugnęła i zerknęła na zegarek. Do autobusu tylko chwilka, a tam czekają już na nią.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × 1 =

Dodatkowy Akcent