Dodatkowy Akcent

Zosiu, ale ona przecież ma dziecko! Albo to ci nie przeszkadza? Danuta oparła się o płot i uśmiechnęła z przekąsem, patrząc na sąsiadkę. Może nie mogłeś sobie lepszego znaleźć? Przecież chłopak jak dąb, ani garbaty, ani zezowaty, a u nas dziewczyn jak maku zasiał. Ale nie, musiał wybrać właśnie ją!

Zofia westchnęła ciężko. Przed sobą się nie przyznała, że wybór syna jej nie pasuje. Ale od starej znajomej usłyszeć to było podwójnie przykro.

Ale dzieci to przecież sama radość, Danusiu! Zresztą czym ona taka zła niby? Młoda, ładna, charakter porządny, spokojna to wiem na pewno. A że ma dziecko No i co? Przecież nie z nieprawego łoża, urodziła w małżeństwie. Że młodo została wdową to już nie jej wina! Wszystko w rękach Boga. Wychowamy, pokażemy świat i będę miała kolejnego wnuczka. Więc przestań już tak gadać po próżnicy!

Zofia ścisnęła usta i przegoniła kota sąsiadki, który wędrował po płocie w jej stronę.

No, poleź sobie! Już mi trzy kurczaki zjadł ten twój Obłoczek, Danusiu! Uważaj na swojego sierściucha, bo spuścimy Labrusa i jeszcze będziesz żałować.

Ha! Wystraszyłaś mnie. Danuta odsunęła puchatego, pręgowanego kota dalej od płotu. Kto kogo pogoni! Zamknę go do sieni, łobuza. U mnie zresztą kurczaki też kiedyś ganiał. Ale szczury łapie jak nikt, to go trzymam. Instynkt to nie przelewki.

To niech swoje instynkty w chałupie pielęgnuje, a ode mnie zniknie!

Zośka, prawie bym zapomniała słoiki! Dżem już chyba gotowy.

Ty tu gadasz, a tam ktoś się narobić musi?

Olga gotuje. Wczoraj z chłopakami przyjechali pomóc przy grządkach.

Ale ona przecież w ciąży!

No właśnie, wszyscy w ogrodzie, a ona się uparła gary macać, nie znosi siedzieć bezczynnie. Nie synowa, tylko skarb.

To czemu za plecami chwalisz, a w oczy poganiasz?

Dla równowagi! Danuta roześmiała się. Przypatrz się, jak kiedyś zostaniesz teściową! Będziesz zbyt miła to ci na głowę wejdą.

Zobaczymy. Zofia machnęła ręką To dawać ci te słoiki, czy dojdziesz bez tego? Ja muszę się zbierać, czas brać się do roboty.

Wygonwszy sąsiadkę, Zofia zabrała się za ciasto. Jutro zięć z żoną przyjeżdża się poznać. No, żona Zofia przerwała wyrabianie i oparła się o blat, patrząc przez okno. Co to będzie

Helenę znała tylko ze słyszenia, parę razy widziała ją z daleka, gdy odwiedzała siostrę w sąsiedniej wsi. Dziewczyna jak dziewczyna jaśniutkie włosy, wielkie oczy. Tyle że wysoka, jak jej Łukasz. Chociaż, dziewczyna… młoda kobieta. Już była mężatką, dziecko ma, chłopca, z trzy lata pewnie. Helena miała trudno w życiu rodziców wcześnie straciła, wychowywali ją dziadkowie, postawili na nogi, wydali za mąż. Ledwie zdążyli się ucieszyć prawnukiem, a tu jej mąż miał wypadek. I została dziewczyna wdową, z dzieckiem. Nie dało się nie żałować. Ale Zofia wolałaby żałować z daleka. O syna serce aż ją bolało. Po śmierci męża, Łukasz był jej całą podporą. Bała się o niego i cieszyła, że przy niej. Ale już wiek, czas, żeby rodzinę założył. Śmiał się tylko, że czeka na wielką miłość. No, i teraz go olśniło: Helena! Godzinę później Zofia już była u siostry, bo musiała dowiedzieć się więcej. Lidia ją aż skrzyczała, starsza, to jej wolno.

Boże, ty to panikujesz jakby świat się zawalił.

Ale co ona za człowiek? Przecież przyprowadzi, i co dalej?

Na chwilę do ciebie, a potem i tak pójdą na swoje.

Jak to, na swoje? Zofia zgłupiała.

Przecież Łukaszowi zapisałam dom po dziadkach. Stary, wiadomo, ale działka wielka, wybudują się.

Myśli Zofii zaczęły szaleć… To znaczy, że syn się wyprowadzi. No i co z tego, że tylko kilka przystanków i dojazd dobry… Co innego, jak jest w domu, coś pomoże, są razem, a co innego, jak osobny dom, swoje życie. Już ich nawet odwiedzać tak często nie będzie mogła.

Czemu taka grobowa mina? Nie cieszysz się? Lidia złagodniała i usiadła obok.

Masz rację, Lidia. Ja po prostu Boję się. A jak im nie wyjdzie? I jeszcze dziecko…

Posłuchaj mnie, Zośka. U nas dziewczyn do wyboru, ale żadnej nie można powiedzieć tyle dobrego, co o Helenie.

No i właśnie to mnie przeraża. Taka… aż za dobra.

Tobie to nie dogodzi Lidia się zezłościła. Gdyby była nieudana, to byś się cieszyła? Przestań już! Najważniejsze, żeby razem byli szczęśliwi! I ty im w tym nie przeszkadzaj, bo syna stracisz.

Jak to?

Nie przyjmiesz jej, to syna stracisz. Ja widzę jak on na Helenę patrzy. To miłość.

Zofia czuła wtedy, jakby jej ktoś kamień włożył do środka. Ten ciężar męczył ją po nocach i nie dawał spokoju.

Wyprostowała się, zatrząsnęła zdrętwiałymi dłońmi i wróciła do ciasta. Trzeba przywitać ich tak, żeby Helena zapamiętała dom dobrze. Siostra miała rację nie można pokazać synowi, że jest niepewna wszystkiego. Czas pokaże.

Małe, równiutkie pierożki leżały na dużym półmisku. Zofia westchnęła, przypominając sobie, jak mąż je uwielbiał.

Perełki, mówił, ile nie zjesz, zawsze mało!

Bierze wtedy jej dłoń i całuje, a ona śmieje się i odgania. A teraz… Zabrakło jej Stanisława, jak nigdy.

Noc była nieprzespana. Kręciła się w łóżku, usiłując zasnąć. Ale myśli nie dawały spokoju.

Helena stała cichutko za plecami Łukasza, nieśmiało spuszczając wzrok na przyszłą teściową. Mały Stasiu kręcił się z ciekawością, rozglądając się po nowym miejscu. Tyle ciekawych rzeczy! W kącie na łańcuchu siedział wielki pies. Nie szczeka, to dziwne, bo u babci zawsze szczekał. Kot gdzieś pomaszerował z wyprostowanym ogonem, a Stasiu tylko spojrzał pytająco na mamę.

Posiedź spokojnie…

Niech biega, tylko nic mu tu się nie stanie. Labrus zamknięty, a reszty nie ma co się bać odezwała się Zofia, obserwując przyszłą synową.

Co to za dziewczyna? Taka chuda, blada. Niby nie powiesz, że to matka takiego zdrowego chłopca. Coś zmiękło w środku Zofii. Chłopak, którego Helena postawiła na ziemię, podreptał do Zofii i patrzy z dołu.

A gdzie poszedł kot?

Jaki kot? Zofia się wystraszyła. Ja kota nie mam. Gdzie go widziałeś?

Stasiu pokazał gdzieś za ganek, Zofii aż się serce ścisnęło.

To biegiem! Chyba znowu do kurnika poleciał!

Stasiu pognał za Zofią, trochę nie wiedząc czy to ciocia, babcia, czy jeszcze kto inny, ale razem udało się kota wygonić spod zagrody.

Ty mały łobuzie! Zofia zdjęła kapcia i rzuciła w kota. Ale gdy zobaczyła, jak Stasiu śmieje się do rozpuku, i ona zaczęła się śmiać. Fajny chłopaczek! Odważny i przytulny. Pokazała mu kurczaczka, a on nawet nie wziął na ręce, tylko pogłaskał.

Mały jest!

Zofia pociągnęła chłopca do kuchni. I po paru minutach Stasiu siedział jej na kolanach i zajadał pierożki. Podłapała spojrzenie Heleny, którą posłała Łukaszowi i się uśmiechnęła:

Dobrze go wychowałaś, Helenko. Mądry, lubi jeść, marzenie każdej babci.

Zauważyła, jak Helena wypuściła powietrze, i coś w środku Zofii puściło. Matiwa, że dobra z niej matka. A ten ciężar w piersi zaczynał maleć.

Łukasz zabawiał wszystkich rozmową o weselu, a Helena tylko grzebała widelcem po talerzu. Gdy syn wyszedł z pokoju, Zofia podeszła bliżej.

Czemu tak milczysz? Zgarnęła Stasiowi włosy z czoła i przysunęła mu kompot z wiśni. Pij, kochanie.

Powiedziałam Łukaszowi, że nie chcę hucznego wesela. Moglibyśmy po cichu się pobrać i już.

Ale on nie słucha?

Mówi, że nie wypada. Wszyscy czekają, żeby wesele było porządne.

Ma rację, ale ty też powinnaś powiedzieć swoje. A czemu nie chcesz świętować?

Helena spojrzała na Zośkę swoimi szarymi oczami, chwilę myślała, wreszcie westchnęła:

Boję się. Szczęście lubi ciszę. Już raz miałam wielkie wesele… skończyło się tragicznie.

Oj, Helenko, nie warto tak myśleć. Twój mąż by się cieszył, gdybyś znów była szczęśliwa! Każdemu los niesie tyle, ile trzeba radości i smutku. Trzeba brać, co życie daje, choćby z wdzięcznością lub niepewnością. Uciec od przeznaczenia się nie da.

Baliłam się…

Czego?

Że mnie ocenicie.

Za co?

Że się jeszcze raz wydaję. I za takiego chłopaka jak Łukasz. Mógł każdą mieć, a wybrał… mnie.

Stasiu zaczął się kręcić i Zofia postawiła go na ziemi.

A ty kto? szare oczy, jak u matki, patrzyły ciekawie na Zośkę.

Ja teraz twoja babcia. Możesz mówić babcia Zosia.

Dobrze! Stasiu skinął poważnie główką.

Wesele było takie, jak chciał Łukasz. Rodzina obgadała jak zawsze, ale widząc twardą minę Zofii, szybko się uspokoili.

Prawie rok mieszkali jeszcze u Zofii. Dawno zapomniała o tym ciężarze. Patrząc, jak Helena troskliwie traktuje syna, zrozumiała, że trzeba jej ufać. Zdarzało się, że coś burczała pod nosem, ale synowa umiała wszystko załagodzić jednym uśmiechem. Nigdy się nie obraziła, nie kłóciła.

Czemu taka milcząca? Wylałabyś czasem żale, może byś się uspokoiła! Danuta, wyganiając krowę za bramę, zaczepiała Helenę.

Akurat! Jeszcze się wszyscy pokłócą, matka z synem na noże pójdą dobry pomysł! Helena śmiała się z sąsiadki.

Uparta jesteś, Helenko! Nie wyjdziesz na tym.

Lepiej słuchać siebie niż słuchać wszystkich dookoła rzuciła Helena i wracała do domu.

Danuta prychnęła i już następna plotka szła przez wieś.

Dom, który Łukasz budował po ślubie, po roku był już gotowy i cała rodzina przeprowadziła się pod swój dach. Gospodarstwo, praca… Czas leciał jak z bicza trzasnął. Kiedy Helena zauważyła, że coś się dzieje, poszła do przychodni.

W ciąży? patrzyła ze zdziwieniem na lekarkę.

Tak, i to już od jakiegoś czasu. Coś nie tak?

Ależ nie, bardzo chciane… tylko strach! Przy pierwszym wszystko było inaczej.

Problemy są, trzeba poleżeć w szpitalu. Ale zrobimy wszystko, byście były zdrowe.

Zofia zaraz tego samego dnia przyjechała pomagać przy Stasiu. Helena otworzyła jej drzwi i odskoczyła.

Co się dzieje? zapytała Zofia ze zdumieniem.

Tak jakoś… bałam się, że jest pani zła.

Zofia spojrzała zdziwiona. Ha! Danuta…! To przez nią miała nastrój od rana spaprany.

Widzisz, mówiła, kto ci zdrową synową da… I co ona urodzi, Zośka? Jeszcze chora. Może lepiej…

Danuta, a ty jaką masz duszę? Co, mama cię w dzieciństwie nie tuliła, że takaś zawistna?

Phi, to tylko tak, żartowałam! Niech wam się wiedzie!

Zofia odwróciła się na pięcie. Całą drogę próbowała odetchnąć, ale nie szło. Helena od razu wyczuła atmosferę.

Nie przejmuj się, Helenko. To przez autobus, dwie baby się pokłóciły i mi się udzieliło.

Helena uśmiechnęła się, wiedząc, że Zośka nie umie kłamać.

No dobrze, już mam spakowane rzeczy. Tylko nie chce mi się do szpitala.

Musisz, Helenko! O dziecko trzeba dbać. Stasia dopilnuję jak oka w głowie.

Łukasz zawiózł Helenę do szpitala i zaczęły się dni czekania tygodnie mijały, lekarze patrzyli coraz przychylniej.

Jeszcze trochę i wypuścimy panią do domu. Ma pani kogoś do pomocy?

Tak, teściowa przyjechała i opiekuje się synkiem.

Teściowa? I wy się dogadujecie?

Oczywiście, mam najlepszą teściową na świecie!

Rzadko się to słyszy lekarka uśmiechnęła się.

A w tym czasie Zofia kursowała po wsi, z duszą na ramieniu.

Panie Boże, co powiem Helenie, jak…!?!

Stasiu zniknął rano. Wiedząc, że chłopiec zawsze był posłuszny, puściła go na podwórze, a sama zabrała się za gotowanie. Przez okno widziała go przy piaskownicy, skupiony, coś tam klecił. Na chwilę oderwała się, zdjęła garnek z pieca, patrzy a Stasia nie ma.

Wyszła przed dom. Podwórze puste, nigdzie się nie schował. Z przerażeniem podeszła do furtki otwarta na oścież. Ulica pusta. Ile czasu go nie widziała? Chwilka, dosłownie! Ale gdzie mógł pójść?

Nie wiedziała, że Stasio, usłyszawszy zamieszanie za płotem, pobiegł zobaczyć. Starsi chłopcy pastwili się nad szczeniakiem, dusząc go sznurkiem.

Puśćcie go, boli go! Stasiu szarpał furtkę, aż w końcu się otworzyła.

Chłopaki zamiast puścić, śmiali się i kopali psa, a Stasiu pchał się między nich, próbując odebrać szczeniaka. Nawet nie zauważył, jak skręcili w inną ulicę, potem kolejną, aż w końcu, po ostrym Dość! jakiejś kobiety, zostawili psa i uciekli. Stasiu zorientował się, że jest daleko od domu i nie wie, gdzie jest.

No ładnie, czego wy uczycie te dzieci! Od małego takie okropieństwa. Mało was w domu bili?

Kobieta rzuciła coś pod nosem i spojrzała surowo na Stasia, który tulił szczeniaka.

A ty? Też chcesz go męczyć?

Nie On malutki, jemu boli!

No właśnie.

Kobieta poszła dalej. Stasio został na obcej ulicy, tulił nowego przyjaciela. Przypomniał sobie, co mama mówiła: jak się zgubisz, stań w miejscu, to cię szybciej znajdą. Usiadł więc na ławce przy furtce. Będzie czekał, aż ktoś go znajdzie babcia albo mama.

Nie wiedział, że od domu już daleko, a Zofia biega po sąsiednich uliczkach i szuka. Łukasz, po przyjeździe, widząc otwartą furtkę, od razu się zorientował.

Poczekaj Ola, zaraz cię sprowadzę.

Sam rzucił się na poszukiwania. Zofię spotkał zapłakaną.

Łukasz, Stasiu zniknął!

Jak to?! Opowiedz mi spokojnie…

Gdy wszystko wytłumaczyła, obmyślili plan: ona szuka po okolicy, on trochę dalej. Heleny nie wolno było martwić.

Stasia znalazł po godzinie, śpiącego na ławce, z szczeniakiem przytulonym pod pachą. Piesek od razu zaszczekał.

Będzie z ciebie porządny stróż. Łukasz pogłaskał psa, a syna wziął na ręce.

Tato siedziałem na miejscu, jak uczyliście.

Super synku, dlatego cię znalazłem. A ten kto? wskazał na szczeniaka.

Wygląda trochę jak Labrus, babci pies.

Raczej Puchatek, taki gruby. Chcesz go?

Można?

Jasne! Dom bez psa to nie dom. Zobaczymy, co z niego wyrośnie.

Szybko wrócili do domu. Zofia siedziała na ławce, pusta z nerwów. Na widok syna i wnuka rozkleiła się.

Kochanie, odnalazł się, jest cały. Już wszystko dobrze!

Zofia tuliła wnuka, łzy same leciały.

Babciu, przepraszam. Już nigdy!

Zofia cichutko szlochała, tuląc dziecko i myślała: kto mówi, że on mi nie rodzony? Czym ta Danuta się przejmuje?

Helena dowiedziała się o wszystkim później. Stasiu milczał, bo wyczuwał, że mama i tak się martwi. Myli pieska w wannie, śmieli się razem byli szczęśliwi.

Córeczka na świat przyszła punktualnie. Małą, wrzaskliwą dziewczynkę nazwali za babcią Zosia. Babcia aż promieniała, przyjeżdżała przy każdej okazji do wnuków. Czasem jeszcze martwiła się, czy Helena znowu odda jej pod opiekę swojego syna po wszystkim Ale Helena nigdy jej nie wypominała.

On tak samo mógł u mnie wyjść! Nie miej żalu. Dla niego każda mróweczka to przyjaciel, nawet biedronki nosi na trawę, żeby ich nie rozdeptać.

Serce dobre tak trzeba, nie ominie cię w życiu dobro.

Zofia nigdy się w sprawy córki nie wtrącała, pomagała, kiedy trzeba, bez pouczania. Wystarczało jej jedno:

Dziękuję mamo!

Gdy Stasiu biegł się przytulić, a Helena oddawała jej córeczkę na ręce i uśmiechała się z wdzięcznością, Zofia wiedziała, że wszystko zrobiła dobrze.

Znów do wnusi? Danuta stała w furtce, patrząc, jak Zofia zamyka swoją Rozpieścisz ich!

Idę do wnuków, Danuśka. Mam ich dwoje.

No ale przecież tylko jedno twoje?

Obojga, Danka, obojga! I wnuk, i wnuczka. Tylko ty nie zrozumiesz Zofia pakowała klucze do torebki. A wiesz zdradzę ci sekret, tylko już nie ucz mnie życia.

Dobre, dawaj.

Miłość, kochana, jest dwustronna. Jak chcesz, żeby cię kochali, sama musisz się postarać. Moje dzieci mnie kochają, a twoje?

Cóż, mnie szanują!

Też nieźle, ale miłość lepsza. A teraz leć, bo autobus zaraz, a ja muszę do swoich!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziesięć − pięć =

Dodatkowy Akcent