Dobrze, moja mama mi uwierzyła.

Dziś mama w końcu mi uwierzyła.

Zdarzyło się to w Wielki Czwartek zeszłego roku. Było już późno, koło ósmej wieczór. Szedłem ciemną ulicą w Warszawie, gdzie tylko jedna latarnia rzucała mdłe światło. Reszta tonęła w mroku. Nagle w oddali dostrzegłem ogromny cień. To na pewno nie był człowiek – nie poruszał się jak żywa istota, tylko sunął w moją stronę… bezszelestnie, niematerialnie.

Im bardziej się zbliżałem, tym wyraźniej czułem jego obecność. Aż nagle, w mgnieniu oka, zniknął. Po prostu rozpłynął się w powietrzu. Zdrętwiałem, nie mogąc pojąć, co przed chwilą zobaczyłem. Najgorsze, że ledwie kilkadziesiąt metrów dalej był cmentarz.

Od tamtej pory, ilekroć przechodzę tą ulicą, nigdy nie patrzę w stronę końca. Na wszelki wypadek. Boję się, że może wrócić…

Nauczyłem się, że niektórych rzeczy lepiej nie kwestionować – świat ma swoje tajemnice, a strach czasem jest najlepszym doradcą.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście − jedenaście =

Dobrze, moja mama mi uwierzyła.