Dlaczego zgodziłam się, aby mój syn i synowa zamieszkali ze mną? Nadal nie mam pewności.

Dlaczego zgodziłam się, żeby mój syn i synowa zamieszkali ze mną? Nadal nie wiem.

Nazywam się Wanda Nowak, mieszkam w dwupokojowym mieszkaniu w jednej z poznańskich dzielnic. Mam sześćdziesiąt trzy lata, jestem wdową. Moja emerytura jest skromna, ale starcza mi na życie. Gdy mój syn Marek ożenił się dwa lata temu, cieszyłam się, jak każda matka. Jest młody ma trzydzieści jeden lat, a synowa Kasia trochę mniej. Pobrali się, zawarli związek małżeński, ale nie mieli własnego mieszkania. Powiedzieli: Mamo, pobędziemy u ciebie chwilę. Wkrótce zbierzemy na wkład własny i wyniesiemy się.

Jak głupia, ucieszyłam się myślałam, że będę zajmować się wnukami. I pozwoliłam im zostać. A teraz nawet nie wiem, jak wyjść z tej sytuacji. Bo owa chwila trwa już dwa lata, a wszyscy tracimy komfort życia.

Na początku starałam się nie wtrącać. Młodzi, przyzwyczajają się do małżeństwa. Nie przeszkadzałam, gotowałam, prałam, robiłam, co trzeba. Potem Kasia zaszła w ciążę. Wcześnie, pomyślałam skoro Bóg tak chciał, to pewnie ma powód. Urodził się mój wnuk, Tomek. Cudowny chłopczyk. Tylko że z jego narodzinami zniknęły wszystkie oszczędności. Każdy wie, ile kosztuje u dziecka: pieluchy, mleko, kaszki wszystko drogie, a Kasia chce tylko markowe produkty, zawsze świeże, najlepiej importowane.

Jestem gotowa pomóc. Ale nie jestem służącą. A jednak stałam się nianią, kucharką i sprzątaczką w jednym. Młoda mama jest strasznie zmęczona. Podobno Tomek nie daje jej spać. Więc leży do południa, przyklejona do telefonu. Dziecko w kojcu, ona na kanapie. Telewizor włączony, obiad gotuje ja, podłoga umyta, wnuk wykąpany. A Kasia narzeka, że jest wypalona.

A mój syn? Marek idzie do pracy i wraca pochmurny, nie odzywa się. Gdy próbuję porozmawiać, unika tematu. Mówi: Mamo, nie mieszaj się. A Kasia zachowuje się, jakby to był jej dom. Powiem jedno, ona odpowie trzy. I zawsze podniesionym tonem. Wtedy Marek twierdzi, że uciemiężam jego żonę. Uciemiężam! Ja, która tak im pomagam!

Nie wiem już, co robić. Mówię Markowi: Synu, znajdźcie coś do wynajęcia. Jestem zmęczona. A on: Nie mamy pieniędzy, mamo. Zaproponowałam zamianę mieszkania ja wzięłabym małe kawalerkę, a oni zebraliby na wkład i żyli jak dorośli. Byli odpowiedzialni za swoje życie. Pomogłabym czasem z Tomkiem, na ile mogę. Ale nie, Marek tylko kiwa głową, a nic się nie zmienia.

Rozumiem, że są młodzi, że to trudne. Ale ja też nie jestem ze stali. Mam problemy z ciśnieniem, bolą mnie stawy, męczy bezsenność. A gdy mnie potrzebują, od razu biegę do szpitala, na zastrzyki, zostaję z wnukiem na dni. Gdy mówię, że jestem zmęczona, patrzą na mnie jak na zdrajczynię.

Ostatnio doszło do wielkiej kłótni. Wstałam rano, posprzątałam kuchnię, zrobiłam kaszkę dla wnuka, jak zawsze. Kasia wstała i oznajmiła: Po co znowu to gotowałaś? Mówiłam, że chce kupne! Nie wytrzymałam. Powiedziałam, że jestem babcią, a nie robotem kuchennym. Że powinni utrzymywać swoją rodzinę. Ona płakała, Marek stanął po jej stronie, trzasnęli drzwiami i wyszli. Godzinę później wrócili, jakby nic się nie stało. Nawet nie przeprosili.

Teraz budzę się każdego dnia i myślę: dlaczego ich wpuściłam? Dlaczego nie postawiłam sprawy jasno od początku? Może dlatego, że jestem matką. Bo kocham syna. A coraz częściej łapię się na myśli kocham, ale jestem wykończona. I gdy siadam popijać leki na ciśnienie, myślę może już czas ich wykopać? Będzie mi przykro, ale przynajmniej nie oszaleję.

Powiedzcie mi czy tylko ja jestem tak naiwna? Czy jest jeszcze ktoś w moim wieku, kto wpadł w taką pułapkę?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × dwa =

Dlaczego zgodziłam się, aby mój syn i synowa zamieszkali ze mną? Nadal nie mam pewności.