Dlaczego teściowa dzieli wnuki na „swoje” i „obce”?

Dla niej mój syn to obcy. Dlaczego teściowa dzieli wnuki na „swoje” i „cudze”?

Nie wiem, od czego zacząć to wyznanie. Teoretycznie żyjemy jak jedna rodzina, połączeni więzami krwi. W praktyce jednak stoimy po przeciwnych stronach barykady. Nie jesteśmy wrogami, ale też nie potrafimy stać się sobie bliscy.

Mam na imię Katarzyna, mam 29 lat. Razem z mężem mamy wspaniałego synka – Marcinka, który ma trzy i pół roku. To radosny, dobry i ciekawy świata chłopiec. Zna już litery, zaczyna składać pierwsze słowa, pięknie rysuje, nie grymasi i sprząta zabawki po sobie. Jesteśmy z mężem z niego niesamowicie dumni. Ale jest jedno „ale”. Dla jego babci, mojej teściowej, on jakby nie istniał.

Nie wiem, czym zawiniłam. Może tym, że nie jestem jej córką, tylko „jedynie” żoną syna? Albo że mieszkamy u niej, bo jestem na urlopie macierzyńskim i nie stać nas jeszcze na własne mieszkanie?

Ona ma córkę – Małgosię. I to jej rodzina jest dla teściowej całym światem. Tam każdy krok to powód do zachwytu, każde słowo to osiągnięcie. Wnuk od córki to złote dziecko, cud natury, geniusz i światło jej życia. A mój syn? Cóż, chyba nie do końca wnuk.

Codziennie rano teściowa zbiera się jak do pracy i pędzi do córki. Tam zajmuje się wnukiem, zabiera go na zajęcia: basen, angielski, klub malucha. Tam są pierogi, zupy, naleśniki, bajki i nowe zabawki. Tam jest „babcią roku”. A u nas? Zmęczona, obojętna kobieta, która tylko krytykuje: źle ugotowałam, źle posprzątałam, źle zajmuję się dzieckiem.

Gotuję obiad – i nagle widzę, jak znika słoik z zupą, konfiturą czy kotletami. „To dla Małgosi, ona jest zajęta, nie ma czasu gotować”. A ja? Pewnie tylko leżę na kanapie, skoro „i tak jestem w domu”.

Mojego domowego ogórków nawet nie kosztuje: „U Małgosi były smaczniejsze. Za dużo octu dajesz”. Ale słoiki i tak zabiera. Kto nie lubi, ten by nie wziął, prawda?

A z dziećmi… To boli najbardziej. Bo mnie może nie lubić, to przeżyję. Ale Marcinka? Giedy obaj chłopcy są razem – mój syn i syn szwagierki – zaczyna się przedstawienie porównań. „Patrz, Jaś już wierszyk recytuje! A Marcinek czemu milczy?” – chociaż mój syn właśnie zaśpiewał piosenkę. „Jaś już sam je!” – mimo że Marcin od dawna je łyżką, samodzielnie i czysto. Ciągle słyszę: „A u Małgosi to…”

Na Gwiazdkę dała mojemu synowi plastikową samochodzik z osiedlowego sklepu. A Jasiowi – drogi, zdalnie sterowany model. Nawet pudełko było trzy razy większe. Mój Marcinek nie zauważył różnicy. Cieszył się swoją zabawką, jeździł nią po podłodze. A Jaś rzucił prezent na kanapę i poszedł grać na tablecie. Jest przyzwyczajony, że dostaje najlepsze. Mój syn cieszy się każdą rzeczą, bo nie zna kaprysów.

Codziennie chodzę po tym mieszkaniu, w którym mieszkamy tymczasowo, i gryzę wargi. Nie chcę awantur. Nie chcę robić scen mężowi – to dobry człowiek, kocha nas, stara się, jak może. Ale jak wytłumaczyć jego matce, że jej zachowanie rani nie tylko mnie, ale i naszego syna?

Dlaczego jedne babcie kochają wnuki jednakowo, a inne dzielą je według krwi, statusu, według tego, czy są od „swojej” córki? Przecież mój syn ma to samo nazwisko, tę samą krew. To jej wnuk. Prawdziwy, taki sam jak Jaś. Dlaczego więc zawsze jest „gorszy”?

Próbowałam rozmawiać. Ostrożnie. Bez oskarżeń. W odpowiedzi słyszę: „Nie muszę wszystkich tak samo kochać” albo „Ty mi nie jesteś rodziną, więc się nie wtrącaj”. Rozmowa się nie klei. Jakbym miała się wstydzić, że urodziłam wnuka z jej syna, a nie z własnego łona.

Moja mama mieszka daleko, w innym mieście. Gdy się jej zwierzyłam, próbowała mnie pocieszyć: „Córko, tak już bywa. Matki mają szczególny stosunek do córek”. Ale to mnie nie pociesza. Boli. Nie o siebie – o Marcinka. Bo dzieci czują wszystko. Już pyta, dlaczego babcia idzie do Jasia, a z nim nie bawi się.

Nie chcę, żeby w sercu syna została pustka – że nie jest dość dobry, by go kochać. Nie chcę, żeby wyrosło w nim poczucie, że jest gorszy, niegodny, „niewystarczający”. Codziennie powtarzam mu, jak jest dla nas ważny. Przytulam mocniej, głaszczę po włosach i szepczę: „Jesteś najwspanialszy. Nasz złoty chłopczyk”.

Ale pragnę, żeby i babcia to powiedziała. Choć raz.

Jak byście postąpili? Milczeli, by nie psuć relacji? Czy stanęlibyście w obronie dziecka, nawet jeśli wywoła to burzę? Potrzebuję wsparcia. Bo nie jestem z żelaza. A ból, który noszę w sobie, już nie daje się ukryć.

Najważniejsze, by dziecko czuło, że jest kochane – niezależnie od tego, co myślą inni. Miłość rodziców jest tym, co naprawdę buduje jego świat.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa + dwanaście =

Dlaczego teściowa dzieli wnuki na „swoje” i „obce”?