Dlaczego tego nie robisz? To przecież twoja matka! Płakałeś przy niej, a teraz nie chcesz jej pochować? – Irina zduszona oburzeniem.

— Jak to nie możesz? To przecież twoja matka. Płakałeś przy jej łóżku, a teraz nie chcesz pochować? — Kinga zdławiła się z oburzenia.

— Kingo Ewono, pacjentka z czwartej sali powiedziała, że Dąbrowska nie żyje.

Kinga odłożyła długopis, wstała od biurka, spojrzała w lustro na drzwiach szafy, poprawiła wymykający się spod pielęgniarskiego czeplika kosmyk włosów i wyszła z gabinetu.

Drzwi do czwartej sali były uchylone. Kinga weszła bezszelestnie. Przy łóżku Anny Zofii Dąbrowskiej stał zgarbiony młody mężczyzna. Coś cicho mamrotał i głośno wzdychał. Kinga podeszła i od razu zrozumiała — Anna Zofia naprawdę odeszła. Leżała z zamkniętymi oczami, usta lekko rozchylone.

Spojrzała na sąsiednie łóżka. Jedno było puste, na drugim leżała starsza kobieta, która natychmiast przywołała Kingę ręką, jakby tylko na to czekała. Kinga podeszła.

— Stoi tak już z dziesięć minut. Wzdycha i prosi o przebaczenie. Zabronił wołać pielęgniarki, powiedział, że chce się pożegnać — szepnęła kobieta, wytrzeszczając oczy dla większej dramaturgii.

Kinga wróciła do łóżka zmarłej.

— Trzeba ją wynieść z sali, inni pacjenci się niepokoją… — urwała, gdy mężczyzna nagle odwrócił się do niej z twarzą czerwoną od łez. — Pana mama odeszła. Tego już się nie zmieni — powiedziała cicho.

„No proszę, dorosły facet, a tak się rozkleja po matce. Chyba mieli dobrą relację” — pomyślała ze współczuciem.

— Na co ją leczono? — zapytał nagle ochryple.

— Dziwne pytanie. Zwykle ludzie pytają, *od* czego ktoś umarł. Chodźmy do gabinetu, wszystko panu wyjaśnię — Kinga odwróciła się ku drzwiom, lecz syn Dąbrowskiej złapał ją za rękę. — Co pan wyprawia? Puść mnie. To boli! — podniosła głos.

— A pani dlaczego pozwoliła jej umrzeć? Ona nigdy nie chorowała. Ona… — zakrztusił się i zakrył oczy dłonią.

Kinga wyrwała rękę z jego uścisku.

— Jeśli nie skarżyła się panu, to nie znaczy, że była zdrowa. Albo nie mówiła, żeby pana oszczędzić. A może nie liczyła na pańską pomoc — odcięła się bezlitośnie. — Dwa tygodnie leżała na oddziale, a pan ani razu jej nie odwiedził. A teraz stoi pan tu i ryczysz.

— Nie wiedziałem. Byłem w delegacji. Sąsiadka mi dziś powiedziała — odparł już spokojniej.

— Chodźmy do gabinetu — powtórzyła zmęczona Kinga, lecz mężczyzna nie ruszył się z miejsca.

Wyszła, by wydać dyspozycje. Lecz syn Anny Zofii nigdy do niej nie przyszedł. Pielęgniarka Ola powiedziała, że wyszedł. Kinga wiedziała, że reakcje na śmierć bliskich bywają różne, więc uznała, że wróci później. Lecz po dwóch dniach zadzwonili z kostnicy — dlaczego nikt nie odebrał ciała i co z nim robić?

— Jak to nikt? — Kinga przypomniała sobie płaczącego mężczyznę. — Zaraz się tym zajmę — powiedziała i rozłączyła się.

„Nie odebrał? Jak to? Przecież tak płakał. Może coś mu się stało? Albo zapił żal, stracił poczucie czasu? Zdarza się”. Kinga znalazła kartę Dąbrowskiej, gdzie powinien być numer telefonu najbliższego krewnego.

Długo nikt nie odbierał. Kinga już miała się rozłączyć, gdy w słuchawce rozległ się charkot, a potem ochrypły, pijany głos:

— Czego?

— Jestem lekarzem prowadzącym pani matkę. Zamierza pan ją pochować?

— Ja… nie mogę… — wydukał po drugiej stronie.

— Jak to nie może pan? Upiliście się i zapomnieliście? To przecież wasza matka! Płakaliście przy jej łóżku, a teraz nie chcecie pochować? — Kinga niemal się zakrztusiła z gniewu. — Proszę pamiętać, że kostnica przechowuje ciało bezpłatnie przez siedem dni, potem…

— Zabiliście mi matkę, a teraz dzwonicie… — W słuchawce coś zatrzeszczało, rozległy się krótkie sygnały.

— Cham! — powiedziała głośno Kinga. — Jak trzeba się urżnąć, żeby zapomnieć o pogrzebie własnej matki?!

W swojej praktyce widziała już wszystko — chamstwo, wulgaryzmy, wściekłych pacjentów i ich rodziny. Nic nowego. Kinga wzięła głęboki oddech. „Nic, wytrzeźwieje, przyjdzie — pomyślała. — Jutro zadzwonię, przypomnę”.

Lecz nazajutrz wpadła w wir pracy i zapomniała. Z kostnicy też nie dzwonili — pewnie syn jednak zabrał ciało. Sprawa powinna być zamknięta, a jednak — jak to często bywa — nie dawała jej spokoju.

Przypomniała sobie, jak sama chowała matkę…

***

Ich relacje zawsze były trudne. Matka sama wychowywała Kingę i była niezwykle surowa. Nawet w liceum zakazywała córce wracać do domu po dziewiątej wieczorem. Koleżanki dawno farbowały pasemka na niebiesko lub wiśniowo, a Kinga bała się nawet o tym pomyśleć. O makijażu nie wspominając.

Ciężko było przekonać matkę, by kupiła sukienkę, którą Kinga uwielbiała. Zawsze wybierała „praktyczne” ubrania — na wszelkie okazje. Płacz i histeria nie pomagały.

W wakacje Kinga dorabiała jako salowa w szpitalu, by kupić sobie nową sukienkę i buty. Lecz radość z zakupów nie trwała długo. Matka zarzucała jej, że nie dała ani grosza z zarobionych pieniędzy, wydała wszystko na „szmaty”.

— Myślałam, że jak dorośniesz, wreszcie mi ulżysz. Jak długo mam cię utrzymywać, zdrową dziewuchę? — krzyczała, gdy Kinga oznajmiła, że dostała się na medycynę.

Życie wydawało się King**Cała podróż powrotna myślała o tym, jak dziwnie splatają się losy, i że może właśnie tam, wśród grobów i wspomnień, spotkała kogoś, kto wreszcie zrozumie jej własne niezagojone rany.**

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 − 9 =

Dlaczego tego nie robisz? To przecież twoja matka! Płakałeś przy niej, a teraz nie chcesz jej pochować? – Irina zduszona oburzeniem.