Połowę mojego dzieciństwa wraz z moją siostrą bliźniaczką, Grażyną, spędziłyśmy w domach dziecka na Śląsku. Nasza ciotka, siostra mamy, Jagoda, tuż po osiemnastce postanowiła sprowadzić nas do siebie do Krakowa. Wkrótce, kiedy poznała swojego męża, Pana Zenka, oboje byli dla nas jak druga rodzina, której wdzięczność nie zmieściłaby się w żadnej polskiej książce skarg i zażaleń.
Na nasze osiemnaste urodziny ciocia z wujkiem zabrali nas do mieszkania w centrum Katowic trzy pokoje z PRL-owskim balkonem i kotem imieniem Klops. Mieszkanie należało kiedyś do naszych rodziców (ponoć tata próbował tam hodować ogórki na parapecie), cały czas było wynajmowane studentom medycyny, a teraz Jagoda i Zenek uznali, że najlepiej będzie je sprzedać i pieniądze podzielić między nas. Pomysł spodobał nam się bardziej niż niedzielny sernik. Pieniędzy wyszło tyle, że mogłam kupić sobie przytulne dwupokojowe mieszkanie w Gliwicach do kredytu dopłaciła mi jeszcze praca w firmie budowlanej, a całość udało się spłacić w ciągu roku. Potem ruszył klasyczny polski remont ściany, podłogi, meble z IKEI, dyskusja z teściową w sklepie o kolor tapety słowem: pełen folklor.
Moja polska rodzina była dumna z tego, że zaczęłam żyć na własny rachunek. Jednak Grażyna była trochę inną kobyłą. O zakupie mieszkania nie chciała słyszeć za to wydawała z szaleństwem prawdziwej szlachcianki: najnowsze telewizory, sushi w każdą środę i weekendowe wypady do Barcelony (na bilety lotnicze szło więcej niż większość moich znajomych wydaje w Biedronce przez miesiąc).
W końcu ciotka Jagoda nie wytrzymała i rzuciła groźbę godną polskiej matrony: Kup to mieszkanie Grażyna, zanim całe te pieniądze przehulujesz na to swoje sushi!. Gdy już zostało jej tyle, że starczyło tylko na kawalerkę w Sosnowcu, Grażyna zdecydowała się na wynajem czegoś z chłopakiem, Marcinem. Tam zaczęli wspólne życie, powoli przestali wydawać na restauracje, a mnie cieszyło, że Grażyna wreszcie ogarnęła rzeczywistość.
W międzyczasie mnie wszystko szło jak z płatka awansowałam na kierowniczkę, pomagałam cioci i wujkowi, wyjechałam na urlop nad Bałtyk i poznałam fajnego chłopaka, Kacpra, z którym planowałam się wprowadzić.
I wtedy, gdy już życie miało kolor malinowych obłoków, zebraliśmy się całą rodziną u mnie. Grażyna, cała promieniejąca, oświadczyła, że jest w ciąży, po czym wygłosiła epopeję o tym, jak trudno znaleźć tanie mieszkanie, kiedy czynsz przekracza domowy budżet nawet w Warszawie. Słuchałam tego jak opowieści wujka Zenka po trzech piwach, aż padło na mnie:
Oddasz mi swoje mieszkanie? W końcu urodzę dziecko, a ty siedzisz tam sama jak mrówka w słoiku. U ciotki będzie ci równie dobrze, a ona zawsze marzyła o pustym pokoju na robótki ręczne! stwierdziła Grażyna z miną, której nie powstydziłaby się żadna polska babcia.
Odpowiedziałam twarde nie. Grażyna wyściskała męża, wyłamała się w szloch i wyszła, trzaskając drzwiami jakby miała właśnie wygrać Złotą Piłkę.
Potem dzwoniła kilka razy, pytając, czy przypadkiem nie zmieniłam zdania. Ale ja twardo stałam przy swoim przecież każda cegła, każda fuga w moim mieszkaniu to była krew, pot i łzy, a nie prezent od losu.
No cóż, życie uczy nawet głębokimi, polskimi frazami: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.


