Dlaczego ludzie stali się tacy niewdzięczni? Chyba jestem zbyt dobry!
Po prostu wchodzą mi na głowę
Mam problem – jestem zbyt dobry…
Gorycz dobroci
Niedawno, po śmierci ojca, mama zapytała mnie, czy nie powinna zaprosić swojej siostry Wiesi, żeby zamieszkała z nią w naszym domu na obrzeżach Szczecina. Razem miało być im łatwiej – mogłyby sobie wzajemnie pomagać i dzielić koszty za ogrzewanie i prąd. No i nie byłoby tak strasznie samotnie zostawać nocą w dużym domu.
Zgodziłem się. W końcu jestem jej siostrzeńcem, a do tego człowiekiem dobrym. Chociaż ciotka Wiesia nigdy mi się nie podobała – odkąd pamiętam, była zrzędliwa, skąpa i złośliwa jak jesienny wiatr. Ale pomyślałem: może z wiekiem dojrzała?
Ludzka niewdzięczność
Jakże się myliłem! Zaledwie ciotka Wiesia wprowadziła się do nas, zaczęły się kłopoty. Mama dzwoniła do mnie niemal codziennie z płaczem. Ciocia, jak się okazało, szybko przejęła kontrolę – rządziła, jakby była generałem, narzucała swoje zasady, krzyczała na mamę z byle powodu, chowała jedzenie, a sama udawała chorą, byle się nie ruszać.
Wtedy pracowałem w Warszawie, daleko od rodzinnego Szczecina, i nie mogłem się wyrwać do domu, by wszystko wyjaśnić. A potem zadzwonili do mnie i powiedzieli, że mamy już nie ma.
Pojechałem na pogrzeb z mocnym postanowieniem sprzedaży domu – pieniądze były mi pilnie potrzebne. Ale ciotka Wiesia tak płakała na cmentarzu, że serce mi zmiękło. Nie mogłem jej powiedzieć o swoich planach. A dokąd by miała pójść, biedaczka? Jej syn wynajął jej mieszkanie, zostawiając staruszkę bez dachu nad głową. Pomyślałem: niech mieszka w domu, ile chce.
Łzy i chaos
Minęło trochę czasu i zaczęły się telefony od sąsiadów. Skargi sypały się jedna po drugiej. Ciotka Wiesia, nie pytając mnie, wycięła winorośl w ogrodzie – tę, którą ojciec z miłością pielęgnował latami. Postawiła jakiś kurnik na działce. A jej syn, ten leń, wprowadził się do niej i urządzał pijackie imprezy do rana.
Zadzwoniłem do niej, powiedziałem wprost: „To nie może tak być, sprzedam dom i koniec, nie chcę więcej problemów”. Ale za każdym razem, gdy przyjeżdżałem do Szczecina z zamiarem znalezienia kupca, spotykała mnie prawdziwa powódź łez – nie rzeka, a burza! Opowiadała o mamie, jaka była święta, jak jej się każdej nocy śni… Topniałem jak wosk i wycofywałem się.
A potem – grom z jasnego nieba. Z prokuratury zadzwonili, że ciotka Wiesia z synem próbowali sprzedać mój dom na podstawie fałszywych dokumentów. Wpadłem w szał. Pojechałem do niej, a ona znów – łzy, z progu rzuciła się mi do rąk, prosząc o wybaczenie.
Byłem zszokowany. Trzasnąłem drzwiami i poszedłem przenocować do kuzynki Lidki. Opowiedziałem jej wszystko jak na spowiedzi – o łzach ciotki, o tym, jak mnie rozczuliła. A Lidka nagle się roześmiała: „Nie wiesz, Krzyśku? Ciotka Wiesia od dwudziestu lat ma chroniczne zapalenie gruczołów łzowych! Proponowano jej operację, ale odmówiła. Te jej łzy to wcale nie łzy, tylko wydzielina. Taka żmija jak ona nie potrafi płakać. To ona z tej złośliwości mamę twoją do grobu wcześniej zawiodła”.
Wtedy ja sam się rozpłakałem – ze złości i z żalu. O mało co nie dałem się podejść jakiejś starej wyjadaczce! O mało co nie straciłem domu, który odziedziczyłem po rodzicach!
Teraz jestem zdecydowany: koniec z moją dobrocią. Dość bycia naiwnym. Ciotka Wiesia z synem już nie zobaczą ani domu, ani mnie. Niech się toczą, gdzie chcą. A ja w końcu zacznę myśleć o sobie. Chyba zbyt długo byłem zbyt dobry.



