Dlaczego Danuta zaczęła szydełkować buciki, sama nie wiedziała.
Jej córka, Kinga, miała już czterdzieści lat. Dwa lata temu owdowiała, nie zdążywszy urodzić dzieci. W zeszłym roku wyszła ponownie za mąż, ale mąż był znacznie młodszy i mówił, że chce jeszcze „pożyć dla siebie”, bez pośpiechu.
Syn Danuty dawno wyemigrował do Stanów i nie planował wracać. Kuzyni dorośli, ale do własnych dzieci mieli jeszcze daleko. W domu nie było już dziecięcego śmiechu, ani nadziei na wnuki.
Pewnego dnia w sklepie Danuta zauważyła włóczkę. Delikatne odcienie łotewskiej wełny urzekły ją. Chciała zrobić sobie sweter, kupiła cienkie druty i szydełko. Ale niespodziewanie zaczęła robić buciki.
Do wieczora pierwsza para była gotowa. Włóczki zostało jeszcze sporo. Następnego dnia zrobiła czapeczkę, potem bluzeczkę i śpioszki z guziczkami. Gdy skończyła komplet, wyjęła starą pudełko z guzikami i wybrała najpiękniejsze w kształcie małych słoneczek.
Wyprała wszystko w misce z delikatnym płynem, ostrożnie rozłożyła do suszenia na ręczniku. Patrząc na ten maleńki zestaw, Danuta westchnęła:
I tak umrę, nie trzymając wnuków na rękach
Ale nagle przyszła jej inna myśl:
Gdzieś na świecie jest dziecko, któremu to na pewno się przyda.
Otworzyła laptopa, by znaleźć dom dziecka w swoim mieście. Przeczytała kilka artykułów, zebrała się i poszła do sklepu po więcej włóczki tym razem w odcieniach niebieskiego.
W kilka dni później skończyła komplet dla chłopca. Potem jeszcze dziesięć par bucików i dziesięć ciepłych czapeczek, każda innego koloru. Spakowała wszystko do pudełka i pojechała do domu dziecka.
Bez certyfikatów nie możemy przyjąć rzeczy wyjaśniła pracownica. Lepiej by było, gdyby pani przywiozła pieluchy, one zawsze są potrzebne.
Danuta stała z ręcznie robionymi prezentami i płakała.
Dobrze, jakoś to załatwimy w końcu powiedziała kobieta. Chodźmy, przymierzymy buciki maluchom.
Danuta brała na ręce niemowlęta, głaskała ich miękkie policzki i zakładała na maleńkie stópki buciki. Starszym dzieciom przymierzała czapeczki.
Gdy wróciła do domu, powiedziała mężowi:
Powiedzieli, że lepiej przywozić pieluchy.
No dobrze odparł. Jutro kupimy. A teraz ugotujmy ziemniaki.
Nie dadzą nam dziecka, jesteśmy starzy, ja mam 61 lat, a ty 62 smutno powiedziała Danuta.
Może i nie dadzą, ale nikt nam drzwi nie zabije spokojnie odparł mąż. Możemy się umówić, przychodzić, pomagać. Buciki i skarpetki zawsze się przydadzą.
Jest tam para: chłopczyk i dziewczynka, bliźnięta. Jasnowłose. Mają prawie dwa lata zamyślona dodała Danuta. Myślę, że pasowałyby im sweterki. Może teraz są jeszcze za duże, ale dzieci szybko rosną. A buciki akurat są w ich rozmiarze, zrobiłam je jak trampki.
Pójdziemy razem zaproponował mąż. Ja wszystko załatwię, będziemy ich odwiedzać.
I rzeczywiście załatwił. Przez cztery miesiące Danuta z mężem byli wolontariuszami w domu dziecka. Ona robiła nowe ubranka i buciki na wyrost, a bliźnięta zaczęły nazywać ją „mamą”. Ale pewnego dnia, gdy przyszli do dzieci, maluchów tam nie było.
Wyobraźcie sobie, zostali adoptowani, oboje od razu opowiedziała pracownica. Zrobiliśmy zdjęcie w waszych sweterkach i jeszcze tego samego dnia zadzwoniła pewna par



