Dzisiaj znów myślałam o tamtym dniu, gdy dzwoniła Taja. Siedziałam w dusznym mieszkaniu, prasując stos ubrań, gdy nagle rozległ się dźwięk telefonu. Odłożyłam żelazko, podejrzewając kolejny telemarketing, ale na wyświetlaczu zobaczyłam znajome nazwisko – Róża Nowak.
„Co u ciebie, Róża? Tak dawno się nie odzywałaś” – powiedziałam, czując, jak serce przyśpiesza.
„Wiesz, wiesz, jadę do Wrocławia w sprawach służbowych, pomyślałam, że mogłabym u ciebie przenocować? Tylko dwa dni” – odparła Róża swoim zwyczajnym, żywiołowym tonem.
„Oczywiście, że możesz!” – zgodziłam się od razu, choć w środku coś się skurczyło. Jak powiedzieć przyjaciółce, że od miesięcy żyję w pustym mieszkaniu, w którym nawet obiad gotuję tylko dla siebie?
Róża była moją przyjaciółką od podstawówki. Poznałyśmy się, gdy jako nowa uczennica przyszła do naszej klasy w piątej klasie. Miała jasne włosy i śmiała się głośniej niż wszystkie inne dzieci razem wzięte. Potem razem zdawałyśmy na studia, ale ona szybko zakochała się w wojskowym i wyjechała z nim do garnizonu. Najpierw pisałyśmy listy, później dzwoniłyśmy, aż w końcu zostały tylko kartki na święta.
A ja? Ja wyszłam za mąż rok po studiach, urodziłam córkę, Agnieszkę, i myślałam, że to będzie już na zawsze. Ale kiedy Agnieszka wyjechała z mężem po medycynie, w domu zostaliśmy tylko my z Jackiem. I wtedy on zaczął się zmieniać. Kupił sobie dresy, zaczynał biegać. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że biega nie tylko po parku.
Gdy w końcu powiedziałam mu, żeby wziął swoje rzeczy i poszedł do tej swojej „młodej”, spakowałam mu wszystko starannie. Niech widzi, że dbałam o niego do końca.
Potem przyszła choroba. Rak. Chemia, strach przed każdym badaniem. A on? Nie było go. Nie miałam komu powiedzieć.
Kiedy Róża w końcu przyjechała, wpadłyśmy w wir rozmów. Opowiedziała mi o swoich synach – starszy poszedł w ślady ojca, młodszy całe dnie spędza przy komputerze. A ja? W końcu wyznałam jej wszystko. O Jacku, o chorobie, o pustce.
I wtedy ona zrobiła coś, czego się nie spodziewałam.
„Zakładam coś ładnego – ogłosiła. – Idziemy na kolację.”
„Po co? Lepiej zostańmy w domu” – sprzeciwiałam się.
Ale ona była nieugięta.
Gdy weszłyśmy do restauracji, od razu go zobaczyłam. Jacek. Starszy, bardziej zmęczony, ale przecież wciąż ten sam.
„To ty to uknułaś?” – zapytałam Różę, ale ona tylko wzruszyła ramionami.
„Porozmawiajcie” – powiedziała i zostawiła nas samych.
On patrzył na mnie i pytał, dlaczego nigdy mu nie powiedziałam. A ja? Ja tylko odpowiedziałam: „Czekałam.”
Po kolacji wracaliśmy jego samochodem. Zastanawiałam się, gdzie teraz mieszka, czy tęskni, czy żałuje. Nagle zatrzymał auto nad Odrą.
„Pamiętasz, jak tu pływaliśmy, kiedy się poznaliśmy?” – zapytał.
Skinęłam głową.
„Czy naprawdę chcesz, żebym wrócił?” – szepnął, a jego dłonie delikatnie objęły moje nadgarstki.
„Czy ty naprawdę chcesz wrócić?” – odwzajemniłam pytanie.
W ciemności wyglądał dokładnie tak, jak wtedy, gdy byliśmy młodzi. I wtedy zrozumiałam, że człowiek może przyzwyczaić się do samotności. Ale czy to znaczy, że powinien?



