**Dziennik osobisty**
Po upalnym lecie nadeszła zimna, przesiąknięta wilgocią jesień. Przenikliwy wiatr i nieustanny deszcz sprawiały, że każdy powrót do domu był jak test wytrzymałości.
Tego dnia, zmęczona wiatrem i mżawką, Weronika weszła do sklepu, żeby trochę odpocząć od niepogody i przy okazji coś kupić na obiad. W środku było ciepło, sucho i jasno. Powoli przechodziła między półkami, przeglądając opakowania.
Nabrała pełen koszyk produktów. W dziale warzywnym wzięła cytrynę i kiść winogron. Wyobraziła sobie, jak usiądzie z nogami pod koc na kanapie, będzie pić gorącą herbatę z cytryną i zajadać słodkie winogrona. Może nawet wypije kieliszek wina, żeby szybciej się rozgrzać.
Zatrzymała się przed półką z wędlinami, zastanawiając się, co wybrać. Od rana nic nie jadła, więc chętnie wzięłaby wszystko. Wyciągnęła rękę po kiełbasę — gotować nie trzeba — gdy nagle jej palce natknęły się na czyjąś dłoń, sięgającą po ten sam kawałek.
Odruchowo cofnęła rękę i spojrzała w bok. Stał tam wysoki przystojniak. Modna fryzura z lekko siwiejącymi skroniami, ciemnobrązowe oczy, pełne usta. I jeszcze czarne płaszcz. Wszystko, co lubiła.
– Przepraszam – powiedział, pokazując w uśmiechu idealnie równe, białe zęby.
*Hollywood może się schować. Jak z okładki „Vivy!”. Co taki robi w zwykłym „Biedronce”?* – pomyślała, czując, jak gorąco rozlewa się po jej policzkach. Z trudem oderwała wzrok i odeszła od półki. *„Gapię się jak sroka w gnat”* – zbeształa się w myślach, idąc w stronę kasy.
Zobaczyła swoje odbicie w szybie z napojami i zamarła. *„Boże, co za wygląd. Co on sobie o mnie pomyślał? Ale co mnie to obchodzi, on i ja to dwa różne światy.”* Wysypała zakupy na taśmę. Obok ktoś położył niemal identyczne produkty, w tym tę samą kiełbasę.
Najwyraźniej zbyt długo się im przyglądała, bo usłyszała:
– Mamy podobne gusta, co?
Znów zobaczyła jego biały uśmiech.
– Jaki gust? Zwykłe zakupy. Połowa klientów bierze to samo – odparła i odwróciła głowę, przypomniawszy sobie, że wygląda jak przemoczone kurczątko.
– No, fakt – przyznał.
*„Ja wiatr rozczochrał, a on wygląda, jakby wyszedł z salonu”.* Wyobraziła sobie, jak jego włosy muszą być sprężyste w dotyku, i natychmiast się opamiętała. *„Zobaczyła przystojniaka i już ślini się jak pies? Odczep się. Nie dla ciebie.”*
Spakowała zakupy do torby, zapłaciła i, nie pozwalając sobie na spojrzenie w jego stronę, ruszyła do wyjścia. Na zewnątrz wiatr uderzył ją w twarz, jakby mścił się za chwilę spokoju. Zapomniała, jaka jest pogoda. Za sobą usłyszała otwierające się drzwi.
– Niezbyt spacerowa aura. Mieszkasz gdzieś blisko? – zapytał, podchodząc do niej.
– A co? – zaniepokoiła się.
– No, jadę samochodem, mogę cię podrzucić.
Weronika nie wiedziała, co odpowiedzieć. *„Pewnie wie, jak działa na kobiety. Na maniaka raczej nie wygląda.”* *„A dużo ich w życiu widziałaś?”* – spytał wewnętrzny głos. *„To pierwszy”* – przyznała. *„No i co, nie wsiądziesz? Pójdziesz w deszczu pół przystanku? Nie bądź głupia, zgódź się, póki nie odjechał.”*
*„Nawet jeśli maniak, to przynajmniej przystojny.”* Rozbawiła się tą myślą. Zeszli ze schodów, a on otworzył przed nią drzwi.
– Proszę. Daj torbę, włożę za siedzenie, będzie wygodniej.
W środku było ciepło i cicho. Mężczyzna wsiadł, przekręcił kluczyk, silnik zareagował miękkim pomrukiem.
– Gdzie cię zawieźć? – spytał, patrząc na nią.
– Ulica Długa, szesnaście. W stronę dworca – dodała.
– Wiem – odparł i ruszył spod sklepu.
Weronika obserwowała, jak wiatr szarpie przechodniów, wywraca parasole i zrywa kaptury. Co chwilę zerkała na jego dłoń na kierownicy. Jeździł spokojnie, pewnie trzymał kierownicę. Piękny, idealny. *„Podoba ci się? Rozmarzyłaś? Odwiezie cię do domu i już go nigdy nie zobaczysz.”*
– Jestem Adam, a ty?
Chciała odpowiedzieć coś w stylu *„Wołają mnie wołają”*, ale uznała, że to zbyt dziecinne. I czemu się na niego wścieka? Co on winien, że taki urodziwy?
– Weronika.
– Ładne imię. W przedszkolu podobała mi się dziewczynka o takim imieniu. Obiecałem, że się z nią ożenię.
– I co, ożeniłeś się?
– No… To było przedszkole.
Dopiero teraz zauważyła cichą muzykę. Czy zawsze grała? Czy tak bardzo skupiała się na nim, że niczego nie słyszała?
Usłyszała nie tylko muzykę, ale i poczuła zapach skóry i czegoś jeszcze. Jakby wróciły jej zmysły. Przysunęła się na siedzeniu.
– Która klatka? – zapytał.
Dopiero teraz zobaczyła swój blok. *„Ale szybko. A ja już się rozmarzyłam.”* *„Otrząśnij się”*, nakazała sobie.
Samochód stanął. Weronika wysiadła, znów wiatr uderzył jej w twarz.
– A zakupy? – zawołał Adam, wysiadł i podszedł z torbą.
– Dzięki – wzięła ją i, nie patrząc na niego, ruszyła do klatki.
Długo grzebała w kieszeniach, w końcu znalazła klucze. Wpadła do środka, dopiero wtedy odetchnęła. Usłyszała odgłos silnika. Czekał, aż wejdzie.
*„Boże, jak ja wyglądam?”* – pomyślała, widząc swoje odbicie w lustrze windy. *„Tacy faceci nie są sami. Pewnie żonaty z równie piękną kobietą, mają dziecko, jego kopię. Podwiózł cię. Zapomnij.”*
Codziennie wstępowała teraz do tego sklepu, ale już go nie spotkała.
Aż dwa dni później zobaczyła jego auto pod blokiem. Najpierw pomyślała, że się myli. Numerów nie zapamiętała, ale intuicja podpowiadała, że to on. *„CzekPewnego dnia, gdy Weronika wyszła na spacer z mężem i córeczką, spotkali Adama z żoną i ich dziećmi – wtedy zrozumiała, że prawdziwe szczęście nie leży w przeszłości, ale tuż obok, w dłoni, która nigdy jej nie puściła.



