Po deszczu przychodzi szczęście
Po upalnym lecie nadeszła zimna i wilgotna jesień, z przejmującym wiatrem i ciągłym deszczem.
Zmęczona wichurą i mżawką, Zofia weszła do sklepu, żeby odpocząć od niepogody i przy okazji kupić coś na kolację. W środku było ciepło, sucho i jasno. Powoli szła między półkami, przyglądając się produktom.
Zebrała pełen koszyk zakupów. W dziale warzywnym wzięła cytrynę i kiść winogron. Wyobraziła sobie, jak siądzie w miękkim fotelu przed telewizorem, pijąc gorącą herbatę z cytryną i podgryzając winogrona. Może nawet wypije kieliszek wina, żeby się szybciej rozgrzać.
Zatrzymała się przed półką z wędlinami, zastanawiając się, co wybrać. Była tak głodna, że mogłaby zjeść wszystko. Od rana nic nie miała w ustach. Przełknęła ślinę i sięgnęła po szynkę – nie trzeba jej gotować. Wtedy jej dłoń zderzyła się z czyjąś inną, sięgającą po tę samą wędlinę.
Cofnęła rękę, odwróciła głowę i zobaczyła obok siebie wysokiego, przystojnego mężczyznę. Modna fryzura z delikatnymi siwymi nitkami na skroniach, piękne brązowe oczy i pełne usta. Do tego czarne palto – dokładnie taki typ, jaki lubiła.
– Przepraszam – powiedział, uśmiechając się promiennie, ukazując idealnie białe zęby.
*„Hollywood może się schować. Jak z okładki magazynu. Co taki robi w zwykłym Biedronce po szynkę?”* pomyślała Zofia. Poczuła falę gorąca od tego uśmiechu. Z trudem oderwała od niego wzrok i odeszła od półki. *„Gapię się jak sroka w gnat”* – beształa się w drodze do kasy.
W odbiciu w lodówce z napojami zobaczyła siebie i wzdrygnęła się. *„Boże, jak ja wyglądam. Co on sobie o mnie pomyślał? Ale co to w ogóle za różnica. On ma swój świat, a ja swój.”* Wyrzuciła produkty z koszyka na taśmę. Ktoś obok położył niemal identyczne rzeczy, włącznie z tą samą szynką.
Chyba zbyt długo wpatrywała się w jego zakupy, bo usłyszała:
– Mamy podobny gust, prawda?
Znów zobaczyła przystojniaka i jego olśniewający uśmiech.
– Jaki tam gust? Zwykłe codzienne zakupy. Połowa klientów ma podobne – odparła Zofia i odwróciła się, bo przypomniała sobie, że wygląda jak przemoczony wróbel.
– No, faktycznie – zgodził się.
*„Ja cała rozczochrana od wiatru, a on wygląda, jakby przed chwilą wyszedł od fryzjera.”* Wyobraziła sobie, jakie sprężyste i gęste muszą być jego włosy w dotyku, po czym natychmiast się opamiętała. *„Zobaczyła przystojniaka i już się rozmarzyła? Odłóż wyobraźnię na półkę. On nie dla ciebie.”*
Spakowała zakupy, zapłaciła i zmusiła się, by na niego nie patrzeć, wychodząc ze sklepu. Na zewnątrz podmuch wiatru uderzył ją w twarz, jakby mścił się za ucieczkę pod dach. Zupełnie zapomniała, jaka jest pogoda. Za nią otworzyły się drzwi.
– Nie najlepsza aura na spacery. Mieszkasz tu blisko? – zapytał przystojniak, który wyszedł za nią.
– A co? – Zofia zrobiła się czujna.
– Jestem samochodem. Mogę cię podwieźć.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć. *„Pewnie świetnie zna efekt, jaki wywiera na kobiety. Nie wygląda na psychopatę.”* *„A ty widziałaś w życiu wielu psychopatów?”* spytał wewnętrzny głos. *„To pierwszy”* przyznała Zofia. *„No i co, nie wsiądziesz? Będziesz szła w deszczu pół przystanku? Nie bądź głupia, zgódź się, zanim odjedzie.”*
*„Nawet jeśli psychopata, to przynajmniej przystojny.”* Ta myśl rozbawiła ją. Zeszli ze schodków, a on otworzył przed nią drzwi od pasażera.
– Proszę. Daj torbę, włożę ją z tyłu, będzie wygodniej.
W środku było ciepło i cicho. Mężczyzna usiadł za kierownicą, przekręcił kluczyk, a silnik zareagował cichym warkotem, jak oswojone zwierzę.
– Gdzie cię podwieźć? – spytał, patrząc na nią.
– Ulica Słowackiego, szesnasty. W stronę dworca – dodała Zofia.
– Znam – odpowiedział i ruszył.
Zofia patrzyła przed siebie, obserwując, jak wiatr szarpie płaszcze przechodniów i wywraca parasole. Co chwilę zerkała na jego ręce na kierownicy. Jeździł spokojnie, pewnie trzymając kierownicę. *„Podoba ci się? Rozmarzyłaś? Odwiezie cię do domu i już go nigdy nie zobaczysz.”*
– Jestem Marek, a ty? – spytał.
Chciała odpowiedzieć coś w stylu *„mówią na mnie różnie”*, ale uznała, że to zbyt dziecinne. Dlaczego w ogóle była na niego zła? To nie jego wina, że urodził się taki przystojny.
– Zosia – powiedziała.
– Piękne imię. W przedszkolu podkochiwałem się w jednej dziewczynce. Też miała na imię Zosia. Obiecałem, że się z nią ożenię.
– I co, ożeniłeś się?
– No… To było przedszkole.
Dopiero teraz Zofia usłyszała cichą muzykę w tle. Czy grała cały czas? Czy tak była skupiona na jego urodzie, że nic innego nie zauważyła?
Oprócz muzyki poczuła też zapach skórzanej tapicerki i jego perfum. Jakby nagle wróciły jej wszystkie zmysły. Wierciła się na siedzeniu, usiłując wygodniej usiąść.
– Która klatka? – zapytał Marek.
Zofia dopiero teraz zauważyła swój dom. *„Ale szybko. A ja już się przyzwyczaiłam, że jedziemy dłużej.”*
Samochód zatrzymał się, a Zofia wyskoczyła na zewnątrz, prosto w podmuch wiatru.
– A zakupy? – zawołał za nią Marek, wysiadł i podszedł z torbą.
– Dziękuję – powiedziała cicho, wzięła torbę i nie patrząc na niego, ruszyła w stronę klatki.
Długo grzebała w kieszeni po klucze. W końcu otworzyła drzwi i wślizgnęła się do środka. Dopiero wtedy odetchnęła. Usłyszała warkot silnika – czekał, aż wejdzie.
*„Boże, jak ja wyglądam?”* pomyślała, patrząc na swoje odbicieI wtedy zrozumiała, że prawdziwe szczęście nie przychodzi z deszczem, ale z ciszą zwykłych dni spędzonych z kimś, kto naprawdę czeka pod drzwiami.



