31 grudnia, piątek
Zawsze czekałam na listy. Od dzieciństwa. Przez całe swoje życie.
Zmieniały się adresy, drzewa wydawały się coraz niższe, ludzie stawali się odleglejsi, a wyczekiwanie cichło.
On nikomu nie ufał i niczego nie oczekiwał. Był zwyczajnym, silnym mężczyzną. Praca. W domu pies. Podróże sam albo z czworonogiem.
Ja uważana za sympatyczną dziewczynę z dużymi, smutnymi oczami. Ktoś kiedyś spytał:
Bez czego nie wychodzisz z domu?
Bez uśmiechu! i wtedy zawsze pojawiały się te małe dołeczki w moich policzkach.
Od zawsze lepiej dogadywałam się z chłopakami. Wołali na mnie piratka w spódnicy. Miałam jednak swoją grę na samotne chwile udawałam mamę, która ma gromadkę dzieci, dobrego męża i mieszkają razem w dużym, ciepłym domu z pięknym ogrodem.
On nie wyobrażał sobie życia bez sportu. W garażu, w kartonie, drzemały puchary, medale, dyplomy. Nie bardzo wiedział, czemu je trzyma chyba z szacunku do rodziców, którzy byli z niego dumni… Zawsze obiecywał sobie, że im je w końcu zaniesie. Zdobywanie pierwszych miejsc nigdy nie było najważniejsze. Liczył się dla niego wysiłek, walka ze sobą, ten moment wycieńczenia i ponownego wzlotu.
Moi rodzice zginęli. Miałam wtedy około siedmiu lat. Mojego młodszego brata i mnie umieszczono w różnych domach dziecka. Tak dorastaliśmy z własnymi walkami, smutkami i radościami. Tamto życie już za nami. Dziś mieszkaliśmy naprzeciwko siebie, w spokojnej dzielnicy niskich bloków, na ciepłych uliczkach pełnych kwiatów i bazarków. Brat stał się moją najważniejszą rodziną.
To był niespokojny dzień… Kończyłam zmianę. Przechodziłam przez podwórze zaplecza. Dogonił mnie pan Wacław, objął po ojcowsku i podziękował za sernik.
Odpocznij w domu, dobrze?
Zdam jeszcze radę! uśmiechnęłam się, pocałowałam go w policzek i poszłam do samochodu.
Oj… westchnął kierowca karetki, patrząc za mną.
Na dyżurach świątecznych często łączyli nas razem mało komu chciało się wtedy pracować, nawet lekarzom.
W ekipie były jeszcze dwie osoby. Panowie średnio za mną przepadali. Lubiłam dbać o wygląd, wiedziałam, że to wpływa na nastrój, także pacjentów.
On gnał co sił. Puchary podskakiwały w bagażniku, pies na tylnym siedzeniu popiskiwał niespokojnie. Ojciec zaproponował wspólnego sylwestra tego samego dnia przełożył karton z nagrodami do auta. Był podekscytowany, pierwszy raz od lat miał wolne. Tęsknił do pracy z chłopakami, do treningów, lecz cenił rzadkie chwile z rodzicami. Kilka dni przed Sylwestrem zadzwonił telefon o świcie.
Mama źle się czuje głos ojca drżał. Były wojskowy, pułkownik na emeryturze, nie potrafił ukryć emocji. Rodzice byli ze sobą od czasów szkolnych i do dziś patrzyli na siebie z zachwytem jakby kryli jakąś tajemnicę…
Zmęczona uśmiechałam się do siebie. Co roku tuż przed Nowym Rokiem piekłam stos ciast i po dyżurze rozwoziłam je po mieście znajomym i pacjentom. Dziś nawet udało mi się na chwilę zdrzemnąć w pokoiku dla ekip ratunkowych w innym wypadku pan Wacław nie pozwoliłby mi wsiąść za kółko.
Do rodzinnego domu zostało dziesięć kilometrów. A tu nagle śnieżna zamieć. Przypomniałam sobie, jak dziś rano pies uparcie nie chciał wsiadać do samochodu, dzwoniące puchary w aucie, wieczne delegacje… Droga, droga… tylko droga…
Mamo, tato, musicie wytrzymać… Jesteście wszystkim, co mam…
Pies polizał go w tył głowy, jakby czytał w myślach.
Przepraszam, przyjacielu… i oczywiście także ciebie!…
Zgasiłam silnik zamieć zaczęła się nie w porę. Została mi jeszcze jedna blacha makowca. Jeszcze kilka kilometrów, potem już tylko boczna droga i ogródek działkowy, gdzie mieszka moja ukochana pacjentka, pogodna starsza pani nie sposób mi jej nazwać babcią, tyle jest w niej energii i błysku w oku. Jej mąż także taki radość mają w oczach. Zawsze myślę, że takimi by byli moi rodzice…
Nagle ciemna plama pod kołami. W śnieżnej zadymce.
Skąd się tu wzięłaś, psino? Z lasu czy komuś uciekłaś?… No masz piękne oczy! Ale dlaczego szyja lepka?… Wilgotny sweter… Tak bardzo chce mi się spać… Dinuś, Dinuś, przyjacielu… Czemu aż tak boli?… Mamo, tato, jadę… Już blisko… Ciemno…
Nie mogłam dodzwonić się do pana Wacława pojechał po wnuki. Tu karetka nie przejedzie. Zaspy nie do przebicia.
Spokojnie, chłopie… Wyciągnę cię stąd. O matko! Nawet pies tu jest…
Już miałam ruszać, kiedy minęło mnie szare auto ktoś się śpieszył do domu pomyślałam. Po chwili, na poboczu kręcił się wywrócony szary samochód, zsuwając się do rowu. Kilka metrów dalej leżał czarny pies chyba żył.
Która w ogóle godzina? zniosłam gorący prysznic, tylko gorąca woda ratowała mnie z dreszczy. Przysiadłam na kafelkach w łazience, zamknęłam oczy. To choć chwilę odpocząć, zasnąć…
Jak ty go wyciągnęłaś, taki kawał chłopa?! Bliźniaczy głos brata dźwięczał mi w głowie. Poczułam całe zmęczenie w kościach.
Jego, dwa psy, zawiozłam do szpitala swoim autem. Po drodze spotkałam brata, pomógł. Wróciłam jeszcze do ogródków działkowych, żeby jednak zostawić makowiec. Nie wiem czemu, zabrałam karton wypadły z bagażnika szarego auta.
Może to coś ważnego dla tamtego chłopaka. Najważniejsze, że wszyscy żyją. Odzyska przytomność, oddam mu.
Mąż starszej kobiety otworzył drzwi z zaskoczeniem.
Coś się stało? wymsknęło mi się.
Żona w szpitalu. Szykuję się, by ją odwiedzić. Syn nie przyjechał. Dzwonię codziennie i nic…
Milczałam, głowa mi opadła.
A u ciebie wszystko dobrze? ujął mnie za rękę.
Zawiozę pana. zaproponowałam.
Jechaliśmy w ciszy, śnieg przestał padać.
Ma pani jakiś karton na tylnym siedzeniu. Skąd się tam wziął? spytał cicho starszy pan.
Był wypadek. Pewien mężczyzna próbował ominąć wybiegającego z lasu psa, jego auto dachowało, no i z bagażnika wypadł…
Szare auto, w środku biały pies, ale ten z lasu był czarny? wyszeptał niemal.
Zatrzymałam samochód, spojrzałam na niego. Chwycił kierownicę, zbijając pięść.
On żyje! I pańska żona wyzdrowieje. Przytuliłam go.
Wiesz… mogę mówić na ciebie córeczko?
Oczywiście! łzy stanęły mi w oczach.
Żona miała ostatnio dziwny sen o czarnym psie. Nasz syn ma białego… Skąd się wziął czarny!?…
Piękne, niezwykłe, smutne oczy… pierwsza myśl, gdy się ocknął. Na krześle przy łóżku drzemał ojciec.
Mama. Wypadek. Przypomniał sobie wszystko. I oczy dziewczyny…
Nowy Rok świętowaliśmy pod koniec stycznia. Mama wracała do zdrowia. Tata był szczęśliwy. Dinus lekko kulał, ale miał dobrą prognozę. Praca już czekała, chłopców trzeba było odstawić na trening po feriach i szykować do zawodów. Przesiadywał w rodzinnym domu dłużej niż zwykle. Jednak nieustannie myślał o tej dziewczynie…
Już miał wyjeżdżać, gdy tata zawołał go z okna strychu.
Tato, w czym pomóc?
Ojciec uśmiechnął się chytrze. Przesuwając wzrokiem po półkach, młody mężczyzna dostrzegł swoje medale i puchary.
Skąd to, panie pułkowniku? zaśmiał się.
Domyśl się! Idę przejść się z Dinem przed twoim wyjazdem.
Wracałam do domu wcześniej niż zwykle. Czekała na mnie Dina. Nie mogłam jej zostawić w lecznicy, kiedy wyzdrowiała. Inaczej trafiłaby do schroniska. Czarna, z białą łatką w kształcie serca na piersi.
Weszłam do klatki, niemal bezmyślnie otwarłam skrzynkę na listy. Już miałam ją zamknąć, gdy kątem oka zobaczyłam biały kopertę.
W liście było:
Przyjdę dziś wieczorem. Dziękuję ci, kochana!
Miłość, jak kompas, prowadzi do domu.


