Pszczelarz, który wychował pięcioro cudzych dzieci, zostawił pasiekę tylko jednej z nich

Nazywam się Dymitr. Mam trzydzieści osiem lat i jeżdżę terenową toyotą, którą kupiłem za pieniądze z ostatniego kontraktu w Norwegii. Pracuję na platformach wiertniczych, trzy tygodnie na morzu, trzy tygodnie w domu. Dom to kawalerka w Gdańsku, trzydzieści dwa metry, lodówka pusta, łóżko nieposłane. Jak wracam z szychty, to przez pierwsze dwa dni śpię po czternaście godzin i nie odbieram telefonów. Mama by powiedziała, że się zapracowuję. Mama nie żyje od siedemnastu lat.

Wychował mnie dziadek. Nie był moim dziadkiem naprawdę. Nazywał się Teofil Gąsior. Mieszkał w Puszczy Knyszyńskiej, siedem kilometrów od najbliższego asfaltu, w drewnianej chacie przy pasiece. Sto czterdzieści uli, pszczoła augustowska, miód nawłociowy i gryczany. W okolicy mówili, że dziadek gada z pszczołami. Bzdura. On z nimi nie gadał. On ich słuchał. To różnica, której nikt z miasta nie zrozumie.

Było nas pięcioro. Wszyscy przygarnięci. Ja, Olek, Renata, Bartek i najmłodsza — Klarcia. Klarcia trafiła do dziadka, jak miała półtora roku. Ktoś zostawił ją w pudle po bananach na przystanku PKS w Sokółce. Dziadek przywiózł ją do siebie wozem drabiniastym, zawiniętą w stary sweter wełniany. Do dzisiaj nie wiadomo, kto ją podrzucił. I nikt z nas nigdy o to nie pytał.

Dziadek każdemu z nas opłacił szkołę, potem studia. Sprzedawał miód na targowisku miejskim w Białymstoku. W sezonie potrafił zarobić osiemnaście tysięcy złotych. Wszystko szło na nas. Na podręczniki, na akademik, na ciepłe buty na zimę. Mnie wysyłał pieniądze, jak studiowałem inżynierię mechaniczną na politechnice w Gdańsku. Piętnaście lat temu to były kwoty, za które można było przeżyć miesiąc. Dziadek nigdy nie wziął ani złotówki z powrotem. Jak mu się chciało oddać, to udawał, że nie słyszy. Patrzył w okno i zmieniał temat na pogodę.

Niedawno zadzwonił do mnie Olek. Olek jest lekarzem, ordynatorem na kardiologii w Białymstoku. Ważna figura. Zawsze chodził w garniturze, nawet na wesele sąsiadów. Powiedział, że dziadek wzywa wszystkich do siebie. Że chce coś przekazać. — Coś, czyli wiadomo co — dodał. Olek nigdy nie owijał w bawełnę.

Nie chciało mi się jechać. Serio. Pół Polski w jedną stronę. Ale wziąłem dwa dni urlopu i pojechałem. Trasa jak zawsze: Warszawa, potem na Białystok, potem w las. Im bliżej, tym droga gorsza. Asfalt się kończy, zaczyna się piach. Za Czarną Białostocką skręciłem w dróżkę, której nie było na żadnej mapie. W aucie pachniało odświeżaczem waniliowym i kawą ze stacji benzynowej. Za szybą — sierpniowy upał, kurz, bzyczenie much końskich.

Przyjechałem ostatni. Wszyscy już siedzieli w izbie. Olek, Renata z mężem — wojskowym z Giżycka, Bartek ze swoją teczką prawniczą. Klarcia też była. Siedziała na zydlu przy piecu, piła herbatę z kubka w kwiatki. Zawsze siedziała przy piecu, nawet latem. Zawsze milczała pierwsza kwadrans. Taką miała naturę.

Dziadek postawił na stole garnek lipowego miodu. Nakroił chleba na desce, która jeszcze pachniała lasem. Rozmowa się nie kleiła. Każdy patrzył w swój telefon, chociaż zasięg był jeden na krzyż. Olek opowiadał o nowych normach unijnych, o tym, ile trzeba zapłacić za remont oddziału. Renata o tym, jak ciężko z mężem na wyjeździe i z dziećmi w szkole. Bartek o klientach, którzy nie czytają umów. Klarcia milczała. Ja patrzyłem przez okno na pasiekę.

Potem dziadek powiedział wprost: pasieka jest za duża na jego siły. Nie da rady dźwigać korpusów. Rodzin pszczelich ubywa. Trzeba zdecydować, kto przejmie pasiekę. Sto czterdzieści uli, sprzęt, suszarnia, dziesięć hektarów miododajnej łąki. Wartość rynkowa — grubo ponad trzysta tysięcy złotych. Nie wspominając o tym, że miód z tej pasieki ma certyfikat i zbyt do najlepszych sklepów ekologicznych w całym kraju.

I wiecie, co się zaczęło?

Olek od razu powiedział, że on jako najstarszy powinien dostać. Że jest lekarzem, że rozumie biologię pszczół, że ma głowę do zarządzania. Renata, że jej mąż wojskowy to człowiek z zasadami i taki majątek to dla niej zabezpieczenie dzieci. Bartek, że jako prawnik pomoże wszystko ładnie przepisać, tylko trzeba zdecydować, ile udziałów komu. Ja siedziałem z kubkiem i myślałem, że miód smakuje tak samo jak piętnaście lat temu.

Dziadek słuchał. Gładził brodę. Kiwał głową. Potem powiedział jedno zdanie, którego długo nie zapomnę: — Widzę, że wszyscy macie pomysł na pasiekę. A kto z was ma czas do pszczół?

Zapadło cicho. W izbie słychać było tylko brzęczenie muchy, która biła o szybę. Nikt nie odpowiedział. Bo każdy z nas wiedział, że pasieka to robota od świtu do nocy. Że pszczoły nie czekają na weekend, nie rozumieją urlopu, nie odbierają maili. Dziadek wstawał o czwartej rano, jak miał osiemdziesiąt lat. I to nas wszystkich wychowało. Nie po to, żebyśmy chcieli z tego czerpać.

Wreszcie z kąta odezwała się Klarcia. Cicho, jak zawsze: — Ja mogę tu zostać.

Olek prychnął. Powiedział, że to niepoważne, bo Klarcia pracuje w ODR w Suwałkach, co to za zarobki. Bartek dodał, że w pasiece potrzebny jest biznesplan, a nie sentymenty. Renata — że Klarcia nie ma pojęcia o handlu i nie ogarnie sprzedaży. I tu Klarcia zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał. Wstała, podeszła do szafki i wyjęła zeszyt. Gruby, w kratkę, z wytartymi rogami. Położyła go na stole obok garnka z miodem.

— Prowadzę pasiekę edukacyjną w gminie — powiedziała. — Rój z czterech rodzin dziadka. Od trzech lat. W zeszłym sezonie zebrałam sto osiemdziesiąt kilo miodu. Mam odbiorców na wszystko i zamówienia na przyszły rok. A tutaj jest plan przejęcia. Rozpisany na pięć lat. Z ilością rodzin, z terminami przeglądów, z kosztami leczenia, z rynkami zbytu.

Olek chwycił ten zeszyt. Przewracał kartki. Nie wierzył. Bartek zajrzał mu przez ramię. Renata milczała i patrzyła na Klarcię tak, jakby zobaczyła ją pierwszy raz w życiu. Ja nie wytrzymałem i się roześmiałem. Sam nie wiem, czemu. Może z ulgi, że to nie na mnie spada ten obowiązek. Może z głupoty. Ale najbardziej chyba z dumy, że najmłodsza z nas, ta cicha od pieca, jako jedyna nie przyjechała z gotową listą żądań, tylko z gotową robotą.

Dziadek nie powiedział ani słowa. Wstał, nalał sobie herbaty, potem jeszcze Klarci. Podał jej kubek z szacunkiem, jakby odbierała jakąś nagrodę. Reszta dostała gorzki smak w ustach. Ja doskonale wiem, co czuli, bo czułem to samo. Tylko że ja nie zacząłem z nimi spierać się o udziały. Nie miałem do tego prawa. Siedem lat nie przyjechałem na święta.

Dwa dni później dziadek zrobił to po swojemu. Spisał u notariusza w Sokółce darowiznę. Cała pasieka, ziemia, sprzęt, marka, certyfikaty — wszystko na Klarcię. Bez podziału. Bez udziałów. Bartek przysłał potem pismo, że to można zakwestionować, że darowizna narusza prawo do zachowku. Dziadek mu odpisał na kartce pocztowej, jednym zdaniem: „Was wszystkich zachowałem. Pszczół nie sprzedawaj”.

Bartek nic więcej nie napisał. Przynajmniej nie do dziadka. Do mnie napisał, że to „stary człowiek, nieświadomy konsekwencji prawnych”. Odpisałem mu, żeby dał spokój. I żeby przyjechał na wigilię, bo Klarcia gotuje lepiej niż Renata. Nie przyjechał.

Ja przyjechałem. W listopadzie, na zaduszki. W lesie pachniało mokrą ziemią i dymem z komina. Klarcia przerabiała poddasze na suszarnię pyłku. Sama obiła deskami całą ścianę wschodnią. Stałem z siekierą i łupałem drwa, żeby było czym napalić w piecu. Rąbałem tak z godzinę, aż mnie plecy rozbolały. A Klarcia krzątała się przy ulach, nosiła maty słomiane, sprawdzała podmór. Patrzyłem na nią przez szybę. Dziadek stał obok mnie i też patrzył. Nie mówił nic. Tylko palcem pokazał na pasiekę, jakby chciał powiedzieć: widzisz, komu to oddałem. I miał rację. Teraz to widzę.

Za miesiąc lecę na kolejny kontrakt, do Danii. Mieszkanie w Gdańsku nadal stoi puste. Ale w portfelu mam zdjęcie, którego nigdy nie miałem. Zrobione w pasiece, na starym telefonie Klarci. Dziadek siedzi na ławce pod lipą, Klarcia obok, a na kolanach trzyma słoik miodu gryczanego, taki ciemny, prawie czarny. I śmieje się. Do tej pory myślałem, że dziadek nie umie się śmiać.

Przelaliśmy jej w tym roku na konto czterdzieści tysięcy. Od nas wszystkich, po równo. Na nowe ule i na lepszy sprzęt. Klarcia nie chciała. Ale dziadek powiedział, że to nie dla niej, tylko dla pszczół. Wtedy wzięła. A ja pierwszy raz od lat poczułem, że jestem z czegoś naprawdę dumny.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście − pięć =

Pszczelarz, który wychował pięcioro cudzych dzieci, zostawił pasiekę tylko jednej z nich