Daria wróciła wcześniej do domu z upominkami od rodziców. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, ale zamiast ciepłego powitania, Jan wysłał ją do sklepu. Skutki tego okazały się zupełnie nieoczekiwane.

8 kwietnia

Dziś wydarzyło się coś, co chyba zapamiętam do końca życia. Wróciłam do domu z Radomia wcześniej, z torbami pełnymi smakołyków od mamy i taty. Chciałam zrobić Dominikowi niespodziankę, zobaczyć, jak się ucieszy, że żona wróciła szybciej z rodzinnego domu. Ale wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałam.

Torba tak mocno wrzynała mi się w ramię, że aż syknęłam z bólu. Krzyż bolał mnie już od dwóch miesięcy, ostatnio to mój wierny towarzysz. Z ostrożnością odstawiłam walizy na ubytki w starym chodniku przy przystanku.

Wypuściłam głęboko powietrze. Malutka w brzuchu natychmiast zaczęła się kręcić. Szósty miesiąc nie żarty. Szczególnie, gdy decydujesz się wrócić do domu trzy dni wcześniej, żeby zrobić mężowi frajdę, no i kiedy tęsknisz już tak bardzo, że liczysz słupy na trasie do Warszawy.

Zastanawiałam się, co robi teraz Dominik. Możliwe nawet nie ma pojęcia, że stoję tak blisko domu, niecały kwadrans spacerem. Droga do klatki wydawała się zawieszona w nieskończoności. Torby wypchane rodzinnymi przysmakami słoikiem powideł, boczkiem, jabłkami z ogrodu ważyły jak sto kilogramów.

Po czterdziestu metrach miałam już pewność: nie doniosę. Plecy nie wybaczą.

Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer.

Dominiczku, cześć wyszeptałam, gdy po kilku sygnałach odebrał.

Basia? Co się stało? w jego głosie zabrzmiał niepokój.

Nic się nie stało, wróciłam! Jestem przy przystanku pod domem. Wyjdź, proszę, pomóc z torbami, nie mam siły. Mama znowu przesadziła z pakowaniem…

W słuchawce zapadła niezręczna cisza. Spojrzałam na wyświetlacz, czy nie rozłączył się przypadkiem.

Tu? Teraz? A czemu nie dałaś znać, przecież mówiłaś, że w czwartek przyjedziesz!

Bo to miał być prezent, niespodzianka. Cieszysz się? Jestem wykończona. Wyjdź już.

Poczekaj! niemal krzyknął. Nie idź nigdzie. Znaczy… idź, ale… Basia, w domu nie ma nawet chleba! Wczoraj wszystko zjadłem. To może skoczysz jeszcze do Żabki za rogiem? Kup trochę schabu, dobrego mięsa. Akurat dziś nie poszedłem do pracy, chciałem zrobić porządny obiad, uczcić twój powrót jak należy…

Jakie mięso, Dominik? jęknęłam. Kończę szósty miesiąc ciąży, stoję z walizami na przystanku, a ty każesz mi iść do Lidla po mięso? Naprawdę nie możesz zejść i mi pomóc?

Basia, słuchaj, chcę żeby na twój powrót było idealnie. Mięso, świeże ziemniaki, bo nasze już się rozleciały. Przecież sklep jest tuż obok… Spróbuj może tyle, ile dasz radę. Najwyżej poproś kogoś po drodze. Ja tu sprzątam, przygotowuję! Proszę cię, zrobisz to dla nas…

Patrzyłam na spuchnięte, czerwone dłonie. W środku poczułam gorąco i żal.

Dominik, chyba cię pogięło? głos mi zadrżał. Chcesz żebym poszła do sklepu z tym wszystkim, po tym wszystkim…? Nie możesz zejść i zrobić to sam?

Ale ja już tu kończę, jeżeli wyjdę, wszystko popsuję! Basia, zobaczysz, zaraz będzie gotowe. Mięsa osiemset gram, siateczka ziemniaków, błagam! Czekam!

Rozłączył się.

Stałam patrząc w ciemny ekran, mając ochotę płakać pod pomarańczową latarnią. Zamiast przytulenia i ciepłego łóżka mięsny dział i kasjerka, która patrzy na mnie współczująco.

Może faktycznie szykuje jakąś niespodziankę… przez chwilę złudziłam się.

Westchnęłam i ruszyłam ku sklepowi. Mimo, że obolała, kulejąc, dociągnęłam wózek pod kasę. Mięso ledwo doniosłam, ziemniaki wydawały się mieć ołów w środku. Gdy wróciłam pod blok, dłoń już nie zginała się, jakby ktoś zablokował stawy.

Telefon ponownie zadzwonił.

Masz już wszystko? Dominik aż brzmiał radośnie.

Mam. Stoję pod blokiem. Zejdź wreszcie.

Ale czekaj! Nie wchodź. Usiądź na ławce przy wejściu, jeszcze tylko dziesięć minut…

Serio!? nie wytrzymałam. Dominik, jakich dziesięć minut? Ledwo stoję, mam nogi jak balony, a Ty każeś mi tu siedzieć?!

Nie gotowe! powtarzał uparcie. Siedź chwilę, pooddychaj świeżym powietrzem. Pięć minut, Basia, przysięgam! Muszę zdążyć!

Usiadłam ciężko na starej ławce. Zrzuciłam siatki na ziemię prawie z wściekłością. Najchętniej rzuciłabym ten pakiet z mięsem w okno na trzecim piętrze.

Mijały minuty dziesięć, piętnaście i więcej. Czułam, jak cała gotuję się w środku. Myślałam, co on tam przygotował? Morze tulipanów? Kolację przy świecach? Skrzypek w kącie? Nic, co mogłoby wynagrodzić ten ból i zmęczenie.

Po trzydziestu pięciu minutach usłyszałam skrzypnięcie drzwi. Dominik zbiegł z klatki, koszulkę miał na lewej stronie, spocony, rozczochrany.

O, jednak siedzisz! wymusił uśmiech, łapiąc torby. No nie bądź taka zła, Basia, zobacz ciepło, wiosna w powietrzu…

Czemu jesteś cały mokry? zmrużyłam oczy z trudem podchodząc do drzwi. I czemu od ciebie tak wali Domestosem?

Zaraz zobaczysz! podskakiwał przy windzie, jakby wygrał w totolotka.

Otworzył drzwi na oścież i patrzył na mnie rozpromieniony jak nowa dwuzłotówka. W domu uderzył mnie zapach chloru i taniego odświeżacza „morska bryza”.

Obeszłam całe mieszkanie. Wszystko lśniło. Dywan odkurzony, podłoga mokra, meble bez kurzu, rzeczy popakowane. Nasze figurki samotnie przycupnęły w kącie. Kuchnia jak z reklamy.

No? Dominik wyglądał na dumniejszego niż po awansie w pracy. Jak się podoba? Niespodzianka!

W moim głosie zabrzmiał żal.

Tyle? zapytałam cicho.

Jak „tyle”? Basia, spójrz! Siedziałem przy tym trzy godziny! Myłem podłogi wszędzie, naczynia, nawet muszlę w łazience wypolerowałem. Chciałem, żebyś wróciła do porządku, żebyś mogła odpocząć! Ty tymczasem poszłaś do sklepu…

Poczułam gulę w gardle.

To po to… żebym tyrała z tymi zakupami? Dla czystej podłogi? Zamiast wyjść po żonę?

No tak! Przecież zawsze narzekasz, że dom zaniedbany. Chciałem Ci udowodnić, że potrafię się postarać! Wróciłaś wcześnie, nie zdążyłem. Musiałem cię opóźnić, żeby skończyć. Nawet „dziękuję” nie powiesz…

Dominik… głos mi się załamał i sama nie wiem, czy nie krzyknęłam. Mam gdzieś czyste mieszkanie! Plecy mam do wymiany! Jestem w ciąży, wracam z walizami, marzę, byś tylko był przy mnie i zaniósł mi torbę po schodach, a ty mopem machasz.

Dominik poczerwieniał, rzucił szmatę w zlew.

Oczywiście! Nigdy ci nie dogodzę! Z piątej rano szoruję, żeby żonie dogodzić, a ona tylko pretensje! Zobacz jak czysto, Basia! Nawet w dzień ślubu tak nie było!

Ale po co mi to wszystko, kosztem własnego zdrowia? Przez ciebie musiałam czekać pół godziny na ławce, kupować ziemniaki, kiedy nie miałam siły! To nie jest niespodzianka, to znęcanie się…

Znęcanie?! Przepraszam bardzo, że nie jestem taki, jak sobie wymarzyłaś! Jedna by się cieszyła, że mąż posprzątał, a ty tylko „plecy, spuchnięte nogi”. Ja też bywam zmęczony! Nie spałem całą noc, czekałem na ciebie, wymyślałem, jak sprawić ci przyjemność!

Zasłoniłam twarz rękami.

Ty nie rozumiesz… łkałam. Ty nic nie rozumiesz. Wybrałeś czystość zamiast nas.

Ale co ty masz do czystości! ryknął. To ty zepsułaś niespodziankę! Gdybyś przyjechała zgodnie z planem, wszedłabyś w blasku mopów i wszystko byłoby świetnie. Dzięki Tobie jestem ten zły, Basia. To ty jesteś niewdzięczna.

Wybiegł z kuchni, trzaskając drzwiami do sypialni.

Mała w brzuchu dała mi kopa. Opadłam na krzesło, wzrokiem siekając leżący na stole schab, który Dominik nawet nie włożył do lodówki. Mdliło mnie już od płaczu.

Po dziesięciu minutach uchylił drzwi.

Robić to mięso? rzucił z obrażoną miną. Pewnie chcesz głodować, żeby mi zrobić na złość?

Nic mi nie rób, Dominik. Chcę po prostu spać.

Jak chcesz! trzasnął drzwiami.

Podniosłam się i ledwie doczłapałam do łazienki. W lustrze zobaczyłam siebie: blada, podkrążone oczy, rozczochrane włosy.

Jeszcze w autobusie wyobrażałam sobie, jak mnie zamyka w ramionach, szepcze: „Dobrze, że już jesteś w domu”. Zamiast tego odebrałam tą „czystość”.

Kiedy wyszłam z łazienki, kłótnia odżyła na nowo poszło już o drobiazgi, nawet nie pamiętam o co.

Wyszłam z mieszkania w tym, w czym byłam nawet nie zdążyłam się przebrać. Pojechałam z powrotem do rodziców.

Wszyscy odradzali mi rozwód: teściowie, szwagier, rodzina. Dominik dzwonił, obiecywał poprawę, prosił, żebym wróciła. Ale ja już wiedziałam jedno: takiego męża nie potrzebuję. Rozwód na pewno będzie. Nie chcę żyć z kimś, dla kogo sprzątanie znaczy więcej niż zdrowie naszej córeczki.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 − dwanaście =

Daria wróciła wcześniej do domu z upominkami od rodziców. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, ale zamiast ciepłego powitania, Jan wysłał ją do sklepu. Skutki tego okazały się zupełnie nieoczekiwane.