Gosia wróciła do domu wcześniej niż planowano, z torbami pełnymi smakołyków od rodziców. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, ale Piotrek zamiast serdecznego powitania wysłał żonę prosto do sklepu. Skutki były, delikatnie mówiąc, nietypowe.
Ciężka siata tak jej wykrzywiła ramię, że aż jęknęła z bólu. Krzyż bolał ją od tygodni dosłownie został jej nowym najlepszym przyjacielem, odkąd zaczęła szósty miesiąc ciąży. Delikatnie opuściła bagaż na wyszczerbiony chodnik przy przystanku.
Gosia wzięła głęboki oddech, a maluch w środku niezadowolony się poruszył. Szósty miesiąc zobowiązuje cuda niewidy! Zwłaszcza gdy zamiast wrócić do domu zgodnie z umową za trzy dni, rzucasz się na głęboką wodę i wracasz z niespodzianką. Stęskniona biła rekordy, licząc słupy podczas ostatnich kilometrów w PKS-ie.
Co tam teraz Piotruś kombinuje? Raczej nie podejrzewa, że już jestem wystarczy dziesięć minut spaceru i jestem pod klatką. Droga zdawała się nie mieć końca. Torby wypełnione wiejskimi rarytasami od mamy domowe przetwory, kawał opałanej wędzonki, jabłka od dziadka ważyły pewnie z piętnaście kilo.
Po pięćdziesięciu metrach Gosia wiedziała, że nie da rady. Plecy wysiadały na raty.
Wyjęła telefon i naskrobała do męża.
Piotrusiu, cześć! wyszeptała, kiedy w końcu raczył odebrać.
Gosia? Co się dzieje? Stało się coś?! spanikował Piotrek do słuchawki.
Nic się nie dzieje. Jestem! Czekam przed blokiem na przystanku. Przyjdź, pomóż mi z tymi siatami! Mama wypchała je po dach…
W słuchawce zapadła taka cisza, że Gosia zerknęła, czy rozmowa się nie rozłączyła.
Ty jesteś przy bloku już? Teraz? Czemu nie dałaś znać wcześniej? Przecież miałaś być pojutrze!
Chciałam zrobić ci niespodziankę zmarszczyła brwi Gosia. Nie cieszysz się? Jestem zmęczona, wyjdź wreszcie, proszę.
Poczekaj! Nie wchodź! To znaczy… och, Gosiu, w domu puchy jak w polskim kinie narodowym. Wszystko wyjadłem wczoraj. Zrób tak: wpadnij po drodze do spożywczaka, weź mięso, najlepiej trochę wołowiny. Wziąłem dziś urlop, chcę zrobić porządny obiad, przywitać cię po ludzku!
Ty ze mną żartujesz? Ja jestem w szóstym miesiącu, ledwo stoję z tymi bagażami, a ty mnie wysyłasz po mięso? Kartofle w domu są, jajka też, z głodu nie padniesz. Wyjdź iś mnie, chcę usiąść i coś przekąsić.
Nie rozumiesz, Gosiu! Ma być idealnie. Sklep za rogiem, ogarnij jeszcze świeże ziemniaki, bo nasze już jak papier. Poproś kogoś o pomoc albo zanieś na raty tylko, proszę cię! To dla nas, przysięgam, robię superniespodziankę!
Gosia spojrzała na swoje czerwone dłonie. W środku aż zagotowało się z bezsilności.
Ty masz coś z głową? głos jej zadrżał. W ciąży, objuczona jak muł, mam jeszcze targać żarcie do domu, bo ty musisz mieć idealne przywitanie?
Ty nie możesz zejść i się poświęcić?
Ale ja już… eee… przygotowania zaczęte! Zejdę i wszystko zepsuję. Gosiula, dla mnie! Wołowina, osiemset gram. Mały worek ziemniaków. No zlituj się! Czekam!
Rozłączył się, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Gosia patrzyła na wygaszony ekran i ręce miała ochotę rozłożyć z rozpaczy. Zamiast uścisków, kolacji i łóżka misja rzeźnik. Może naprawdę szykuje coś spektakularnego? Westchnęła, zebrała bagaże i powłóczyła nogami do sklepu.
Gosia przepychała się między półkami, pod spojrzeniem współczującej kasjerki, której oczy mówiły tylko Biedna kobiecina. Wołowina ciężka jak grzech, ziemniaków siatka nie do ogarnięcia. Po wyjściu, palców już nie czuła wcale.
Komórka zabrzęczała niemal od razu.
Kupiłaś wszystko? rozbrzmiał głos Piotrka aż za wesoło.
Tak… rzuciła przez zęby Gosia. Jestem już pod klatką. Otwieraj!
Nie, stój! Nie wchodź! Poczekaj na ławce. Dziesięć minut, obiecuję.
Ty żartujesz sobie? Mam ci się jeszcze na tej ławce gotować? Stopy mnie palą, zaraz padnę!
No bo niespodzianka niegotowa! Siądź, pooddychaj świeżym powietrzem. Pięć minut, KOCHANIE, słowo daję! Lecę, bo nie zdążę!
Z ciężkim sercem opadła na drewnianą ławkę, obok runęły siaty. Miała ochotę rzucić ten worek z mięsem prosto w okno na trzecim piętrze.
Mija dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Gosia gotowała się w środku. Wyobrażała sobie, że za chwilę wejdzie, a tam co, orkiestra góralska? Płatki róż pod nogi? Absolutnie żadne powitanie nie uzasadniało robienia z niej jelenia.
W trzydziestej piątej minucie Piotrek wypadł z klatki. Koszulkę miał tył na przód, czoło spocone, fryzura w stylu poraziło prądem.
O, siedzisz! uśmiechnął się wymuszenie, łapiąc siaty. Taka markotna? No popatrz, jaka pogoda… chociaż, no tak. Dawaj, chodź!
Czemu jesteś mokry i czemu śmierdzisz jak proszek do kibla? Gosia wygrzebała się z ławki, prawie podciągając się na balustradzie.
Zobaczysz! Piotrek podskakiwał do windy jak spanikowany królik.
Weszli do mieszkania. Piotrek rozwarł drzwi z miną, jakby wręczał jej wygraną w totka. Gosia weszła, a tam… uderzył ją zapach chloru i bryzy morskiej po promocji z Rossmanna.
Obeszła mieszkanie. W salonie pusto, w kuchni połyskiwała podłoga, dywan ociekał wilgocią po mopowaniu, a jej figurki nagle w kącie jak smutne pancerniki. Kurz zniknął, sedes lśnił jak nowy, wszystko błyszczało. Rzeczy, które zawsze walały się po krzesłach też, jakby UFO porwało.
No i co? Piotrek rozkwitł jak nowa pięciozłotówka. Podoba się? Niespodzianka!
Gosia popatrzyła na niego powoli.
I to wszystko…? spytała szeptem.
Jak to wszystko?! Ja trzy godziny tu harowałem! Wszystko umyte, nawet pod kanapą! Zastawę! Próbowałem, żebyś miała jak w pałacu, jak wrócisz… Ty sobie chodzisz do sklepu, a ja tutaj…!
Łzy zaczęły jej napływać do oczu.
Ty naprawdę… próbowała powstrzymać szloch. Dla mycia podłogi kazałeś mi tachać siaty? Nie mogłeś zejść, bo szorowałeś kibel?!
Gosiu, chciałem dobrze! Wciąż narzekasz, że nic w domu nie dotknę. Teraz się postarałem i źle?! Przyjechałaś za wcześnie, nie zdążyłem! To przez ciebie musiałem cię spowolnić, żeby dopucować. Ty zamiast podziękować, masz minę, jakby cię teściowa odwiedziła…
Tobie naprawdę odbiło? Co mnie obchodzą twoje podłogi?! Mnie kręgosłup boli! Siat nie czułam w palcach, jestem w ciąży i nie dźwigam wołowiny z kartoflami. Ja potrzebowałam, żebyś mnie wziął pod rękę, a nie szorowania łazienki!
Piotrek aż zzieleniał. Ścierkę, którą ściskał do tej pory, walnął do zlewu z takim impetem, że omal nie potłukł kubka.
O matko, zaczyna się! Zawsze źle! Ja od świtu tu latam, żeby ci było miło, a ty wracasz i zrzędzisz! Widziałaś, jak tu czyściutko? Nawet w dzień ślubu tak nie było posprzątane!
Ale po co mi taka czystość, jak za taką cenę? Gosia aż trzęsła się z żalu. Kazałeś mi czekać na ławce pół godziny, zmarzłam, nogi mi spuchły! Kupiłam mięso i kartofle, choć ledwo stałam! To nie niespodzianka, to ironia z mojej cierpliwości!
Ironia?! Piotrek zaczął dreptać po kuchni. Inna by się cieszyła dom wysprzątany, mąż obiad gotuje, a ty…! Wszystko tylko moje plecy, moje zdrowie! Może ja też zmęczony?! Całą noc nie spałem, czekałem na ciebie, myślałem jak zrobić ci przyjemność!
Gosia zakryła twarz rękami.
Ty nic nie rozumiesz… wyszeptała. Przemieniłeś moje zdrowie i nasze dziecko na czysty kibel…
Jaki kibel?! wrzasnął Piotrek. Gdybyś przyjechała w czwartek, jak miałaś, zastałabyś tu raj! Ale nie, trzeba się wprosić wcześniej i zrobić ze mnie winnego! To przez ciebie wszystko nie wyszło! Jesteś niewdzięczna i tyle!
Trzasnął drzwiami od sypialni. Gosia usiadła przy kuchennym stole i patrzyła na zapomniane mięso. Było jej słabo i niedobrze.
Po dziesięciu minutach drzwi uchyliły się delikatnie.
To smażyć mięso? mruknął spod nosa. Czy już nawet jeść nie chcesz, żeby mnie ukarać?
Nie trzeba, Piotrku, odezwała się cicho Gosia Zostaw mnie w spokoju, chcę spać.
To śpij! zamknął się w pokoju z trzaskiem.
Gosia weszła do łazienki, spojrzała w lustro: zmęczona, oczy podkrążone, włosy jak po szkole przetrwania.
Wyobraziła sobie, jak w autobusie marzyła, że Piotrek ją przytuli i powie: Na szczęście jesteś! Dobrze, że wróciłaś. A on? No przytulił… ze ścierką.
Kiedy wróciła do kuchni, kłótnia zaczęła się na nowo tym razem o to, że zostawiła worek w przedpokoju. Wyszła z mieszkania, w czym była. Świetnie, że nie przebrała się w piżamę. Wróciła do rodziców.
Wszyscy ją odwodzili od rozwodu: teściowie, szwagierka, nawet ciotka z Wrocławia. Piotrek też wydzwaniał, błagał, przekonywał, że przemyślał, zmądrzał. Ale Gosia już wiedziała takiego męża nie potrzebuje i rozwód będzie na pewno. Nie po to brała ślub, żeby ktoś cenił umytą kuchnię wyżej od zdrowia własnego dziecka.


