Dajcie nam klucze do waszej działki, chcemy tam zamieszkać na święta – małżeństwo pozwoliło znajomym…

2 stycznia

Te święta to dla mnie prawdziwy sprawdzian cierpliwości i wyrozumiałości. Zostałam z Piotrem w Warszawie, bo jego mama, pani Iwona, ciężko zachorowała tuż przed Nowym Rokiem. Oczywiście, nasze rodzinne plany musiały się zmienić spotkanie w gronie najbliższych, skromna kolacja, żadnych fajerwerków ani hucznej zabawy. Szczerze, była mi bliska rozczarowania, ale z perspektywy czasu wiem, że zrobiliśmy słusznie.

Z wiadomością o naszych planach zadzwoniła Magda, moja przyjaciółka jeszcze z czasów studiów. Ona i jej mąż, Marek, marzyli o Nowym Roku w naszym domku na Mazurach, na który czekali całą jesień. Byli szczerze zawiedzeni, że odwołaliśmy wspólny wyjazd, ale przecież nikt nie przewidział, że pani Iwona rozchoruje się akurat w tym czasie.

Mimo wszystko miałam wyrzuty sumienia, a kiedy Magda zadzwoniła i zaczęła żalić się na teściową, poczułam kolejne ukłucie winy.
Musiałam przeżyć kaprysy mojej teściowej. Przyszła do nas w Sylwestra, bo w jej mieszkaniu ledwie grzało! Teraz chce u nas mieszkać do końca przerwy świątecznej, nim administracja naprawi rury! Ja już nie wytrzymuję! Rozwiodę się z Markiem przez jego matkę lamentowała Magda.
Współczuję, Magdo. Z panią Iwoną mamy na ogół dobre relacje, ale po chorobie stała się trudna. odpowiedziałam szczerze. Chciałabym ci jakoś pomóc.

Po krótkiej ciszy Magda rzuciła:
Ale możesz mi pomóc. Dajcie nam klucze do domku. Uciekniemy od teściowej, niech sama mieszka, skoro tak chce.
Muszę zapytać Piotra, odpowiedziałam. Domek jest formalnie jego własnością.
Rozumiem, ale obiecuję, że zadbamy o wszystko.

Od razu wyobraziłam sobie zasypane śniegiem drogi na Mazurach, nie sprawdzaliśmy też kotła od dawna. Magda jednak uparcie przekonywała, że dadzą sobie radę mają terenowe auto, a Marek niby rozumie kotły.

Przemyślałam sprawę z Piotrem. Mieliśmy wątpliwości, ale Magda była naprawdę zdesperowana. W końcu ustaliliśmy: oddajemy klucze, ale nie będziemy interweniować w razie problemów.

Magda była szczęśliwa i dziękowała mi jak mało kiedy. Ruszyli z Markiem na Mazury, ale już po trzech godzinach dzwonili utknęli w zaspach. Oczywiście, nikt w środku zimowych ferii nie czyści drogi, więc znów potrzebowali pomocy: musiałam dzwonić do lokalnego traktorzysty, pana Zygmunta, znajomego Piotra.

Traktorzysta przyjechał po godzinie, ale i tak Markowi przypadło otwieranie śnieżnej trasy łopatą aż do drzwi domku. Kotłownia okazała się problematyczna Marek nie potrafił sobie poradzić z naszym starym piecem. Znów dzwonili do Piotra, który przez dwie godziny tłumaczył, jak to ugryźć.

Potem zaczęły się drobiazgi Magda wydzwaniała z pytaniami, gdzie jest patelnia, dlaczego jest zimno, gdzie aromaty do sauny Wieczorem wyłączyłam telefon; oboje z Piotrem byliśmy już wykończeni.

Nazajutrz dziesiątki nieodebranych połączeń. Kiedy w końcu oddzwoniłam, Magda powiedziała, że o mało nie spalili się w saunie, bo nie wiedzieli, że na kominie jest zaślepka. Marek w porę się zorientował, więc nie doszło do tragedii…

Potem pokłóciliśmy się o zniszczony grill, którego szukali, bo chcieli zrobić kiełbaski. Powiedziałam, że stary już był zepsuty, a ja nie mam czasu na takie sprawy.

Po tej rozmowie Magda przestała wydzwaniać. Widocznie zrozumiała, że nasza cierpliwość się kończy.

Na koniec ferii Piotr pojechał na Mazury odebrać klucze i sprawdzić stan domku. O dziwo, wrócił w fatalnym nastroju, nie chciał mówić, dlaczego. Prawdę ujawniała Magda zadzwoniła do mnie i zaprosiła na rozmowę.

W jej mieszkaniu dostałam listę wydatków: opłata dla traktorzysty, elektryczna łopata, nowy grill z rusztem, brykiety, olejki do sauny, nawet żarówki, które wymienili. Magda stwierdziła, że powinniśmy podzielić te koszty po połowie, bo przecież będziemy korzystać z tych rzeczy.

Zamurowało mnie. Przecież nie prowadzimy pensjonatu, żeby serwować gościom szampon i mydło. Nie prosiłam o nowy grill czy elektryczną łopatę wszystko kupili według własnych potrzeb. Odmówiłam zwrotu większości kosztów, poza żarówkami, bo rzeczywiście były potrzebne. Przelałam jej 35 złotych, uprzejmie podziękowałam i wyszłam.

Przestałam odbierać telefony. Z Piotrem pojechaliśmy później na Mazury, zabraliśmy wszystkie rzeczy Magdy i Marka i wysłaliśmy im kurierem do Warszawy.

Pani Iwona niemal wyzdrowiała i znowu mogliśmy jeździć na nasz domek, ciesząc się weekendami w spokoju. Z Magdą i Markiem kontakt się rozmył, a po tej nauczce nie mamy już ochoty dzielić się własnością.

Chcieliśmy pomóc, a wyszło jak zwykle. Magda do dziś wydzwania, żaląc się, że niepotrzebna jej elektryczna łopata, ale przecież bez paragonu nie odda w sklepie. Cóż, czasem warto nauczyć się stawiać granice.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × 3 =

Dajcie nam klucze do waszej działki, chcemy tam zamieszkać na święta – małżeństwo pozwoliło znajomym…