DAJ MI WIĘKSZE BIAŁE PTAKÓW skrzydła

Hej, kochana, muszę Ci opowiedzieć, co się u mnie wydarzyło ostatniej nocy. W moim małym pokoju w kamienicy przy ul. Mariackiej w Krakowie było tak duszno, że prawie nie mogłam wziąć oddechu, więc podeszłam do okna. Na dworze już noc się wkradała, a lekki podmuch wiatru zdawał się szarpać zasłony. Pewnie to ja tu dusi się, pomyślałam i naprawdę poczułam, że w gardle coś się zaciska. To uczucie znałam już nie raz mieszanka słabości, pustki i obojętności. Nogi mi się poddały, a świadomość przygasła, jakby ktoś przycisnął przycisk wyłączania światła.

Położyłam się na łóżku i ledwie zamknęłam oczy, zanurzyłam się w sen. Najpierw przelatywały mi się przez głowę chaotyczne obrazy: fragmenty rozmów, czyjeś kroki po schodach, światło latarni w mgiełce Potem wszystko się wyczyściło. Stałam się ptakiem z ogromnymi, białymi skrzydłami, lekkimi i ostrymi niczym pierwszy oddech po długiej ciszy. Wzleciałam nad miasto, które pod nami migotało jak rozrzucone po niebie małe światła, jakby setki małych wszechświatów.

To miasto nie było mi znane, a jednak czułam się w nim jak w domu. Wysokie cienie kamienic sięgały w niebo, jakby chciały dotknąć gwiazd. Pomiędzy nimi rozciągały się mosty, wąskie uliczki, oddech wolności, którego nie da się wyjaśnić, a jedynie poczuć. Tam było lekko, tam nagle przypomniałam sobie, jaka mogę być: nie zmęczona, nie potrzebująca aprobaty, nie ściśnięta w środku po prostu żywa. Wolna.

Krążyłam nad tą panoramą, przelatywałam między dachami, muskając chłodne powietrze skrzydłami, i miałam wrażenie, że tak będzie zawsze. Ale coś pociągnęło mnie w dół, jak niewidzialne wspomnienie. Muszę się położyć usłyszałam własny głos, jakby dochodził z oddali. Świat zadrżał, światło rozproszyło się i zaczęłam spadać lekko, jak piórko, wracając do tej samej dusznej kamienicy, w której wszystko się zaczęło.

Otworzyłam oczy nagle, jakby ktoś zawołał mnie po imieniu. Pokój przywitał mnie tym samym dusznym powietrzem, ale teraz było chłodniejsze, jakby część mnie nie wróciła w pełni, zostawiając coś w mieście świateł i cieni skrzydeł. Powoli usiadłam na łóżku. Cisza była prawie namacalna, jak płyta wytarty na jednym dźwięku. Świat wokół wydawał się znajomy, a jednocześnie obcy, jakby ściany lekko się przesunęły, gdy spałam.

Przesunęłam dłoń po klatce piersiowej tam, gdzie w śnie uderzały moje skrzydła. Ale dotknęłam tylko materiału koszulki. Dziwne prawie leciałam pomyślałam. Jednak wspomnienie snu topniało jak mokry śnieg na dłoniach. Zostało tylko delikatne poruszenie w środku, ledwie zauważalne, ale prawdziwe.

Wtedy zrozumiałam: ten sen nie był o locie. Nie o mieście, którego nie da się wypowiedzieć. Był o tym, że mam dość życia na ziemi, gdzie każdy krok to ciężar. O tym, że potrzebuję innego nieba. O tym, że skrzydła to nie bajka, a stara, prawie zapomniana pamięć.

Wstrzymałam oddech, by nie wypłoszyć tego uczucia, i szepnęłam w ciemność: Jeśli kiedykolwiek się odważę wrócę tam. Wzbiję się naprawdę. W tej samej chwili coś w środku cicho odpowiedziało: Zaczęłaś już.

Stałam przy oknie tak długo, że noc zaczęła powoli oddawać się w dzień. Cienie robiły się cieńsze, niebo jaśniejsze, i miałam wrażenie, że świat wciąga głęboki oddech, zanim znów zanurzy się w codziennym zgiełku. A w środku mnie coś się zmieniło. Niewidocznie, cicho, ale nieodwracalnie.

Patrzyłam na horyzont, gdzie cienka smugą światła dzieliła świat na przed i po. Wtedy zrozumiałam, że nie boję się już niczego żadnych słabości, pustki ani tej obojętnej zmęczonej apatii, co kiedyś przytłaczała mnie jak fala.

Zrozumiałam, że te skrzydła nie były tylko snem. Były częścią mnie. Zamknęłam oczy i położyłam dłoń na sercu, które lekko uderzyło, jakby potwierdzając myśl. Nie głośno, nie triumfalnie, ale zdecydowanie.

Szepnęłam: Dość żyć cudzymi oczekiwaniami. Dość cierpieć. Dość czekać, aż ktoś da mi pozwolenie, by być sobą. I w tej chwili we mnie coś rozpostarło się. Nie skrzydła coś głębszego. Jakby moja dusza, którą długo trzymałem w kącie ciemności, w końcu wyprostowała się na pełen wzrost.

Otworzyłam oczy. Niebo już było blade różowe, a pierwszy poranny blask łagodnie muskał twarz. Cofnęłam się od okna i poczułam, że podłoga pod stopami drgnęła. A może to świat się poruszył? Nieważne. Liczyło się, że już nie spadam.

Wzięłam głęboki oddech prawdziwie wolny, po wielu miesiącach. I powiedziałam głośno, spokojnie, jak przysięgę: Wzbiję się. Sama. Na te szczyty, które odwiedzam w snach. Żaden duszny pokój nie będzie już moją klatką.

Odwróciłam się, a mój krok był lekki, prawie powietrzny. Nie dlatego, że się spieszyłam, ale dlatego, że człowiek, który odnalazł własne skrzydła, już nigdy nie będzie taki sam.

Trzymaj się, kochana, i pamiętaj, że nasze wewnętrzne skrzydła czekają, by się rozwinąć.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × 1 =

DAJ MI WIĘKSZE BIAŁE PTAKÓW skrzydła