**Dziennik Soni**
„Nie masz swojego faceta, to rzucasz się na cudzego? Tak to się przyjaźni?” – warknęła Świetlana, a jej głos drżał ze złości.
Nie chciało mi się wysiadać z autobusu. Mieszkałam w nowej dzielnicy, gdzie komunikacja miejska jeszcze nie docierała. Od przystanku do domu było kawał drogi, a na dodatek pogoda nie sprzyjała. No cóż, przy okazji wstąpię do sklepu. Obiecywali, że otworzą market w sąsiednim bloku, ale kiedy to będzie? Trzeba zapłacić za wczorajsze lenistwo – lodówka świeciła pustkami.
Gdy wysiadłam, zanim zrobiłam dwa kroki, podmuch wiatru zerwał mi kaptur i cisnął w twarz kosmyk włosów razem z garścią ostrego śniegu. Wiatr zdawał się dmuchać ze wszystkich stron na raz, uparcie próbując trafić mi w oczy.
Naciągnęłam kaptur głębiej na twarz, szłam przygarbiona, trzymając go pod brodą, jak jakaś staruszka. Tuż przed sklepem omal nie ruszyłam biegiem – tak bardzo chciałam już schować się przed wiatrem.
W końcu drzwi zamknęły się za mną, znalazłam się w względnej ciszy sklepu. Odsunęłam kaptur, strzepnęłam włosy, wzięłam koszyk i ruszyłam między półkami. Brałam tylko to, co niezbędne, żeby zmieściło się w jednej reklamówce. Resztę kupię jutro.
Ujrzałam przed sobą młodą kobietę z wózkiem, za który trzymał się może sześcioletni chłopiec, wyglądający jak astronauta w swoim grubym kombinezonie. Kobieta jedną ręką pchała wózek, w drugiej trzymała koszyk. Szli powoli, nie dało się ich wyminąć. Skręciłam w inną alejkę. Wzięłam butelkę mleka i poszłam w stronę piekarni.
I znów przede mną była ta sama kobieta z wózkiem. Chciałam już zawrócić, gdy z wózka wypadła pluszowa zabawka. Podniosłam ją.
„Proszę, pani coś zgubiła!” – zawołałam.
Kobieta zatrzymała się i odwróciła.
„Oto…” – podałam jej zabawkę i nagle rozpoznałam w niej moją dawną koleżankę ze szkoły. – „Świetlana!” – wykrzyknęłam radośnie.
„Soniu!” – rozpromieniła się.
„Idę i myślę, jaka desperatka zabiera dzieci na zakupy w taką pogodę” – zażartowałam.
„Mieszkamy w tym samym bloku. Wpadłam po mleko i kaszę mannę. Chciałam szybko wyjść sama, ale Zosia zaczęła marudzić, a Jasiek sobie nie radzi. No i wyszliśmy wszyscy.”
Na języku miałam pytanie o męża, ale się powstrzymałam.
„Mój pomocnik” – dodała Świetlana z dumą, wskazując na chłopca.
„Ile ma lat?”
„Sześć. We wrześniu idzie do szkoły.”
„Mamo, chcę już iść, chcę dokończyć bajkę” – niezadowolony Jaś spojrzał na nią wymownie.
„Jeszcze chwila” – odparła stanowczo.
Rozmawiałyśmy chwilę, w końcu Świetlana podała mi numer i kazała zadzw**Dziennik Soni**
„Nie masz swojego faceta, to rzucasz się na cudzego? Tak to się przyjaźni?” – warknęła Świetlana, a jej głos drżał ze złości.
Nie chciało mi się wysiadać z autobusu. Mieszkałam w nowej dzielnicy, gdzie komunikacja miejska jeszcze nie docierała. Od przystanku do domu było kawał drogi, a na dodatek pogoda nie sprzyjała. No cóż, przy okazji wstąpię do sklepu. Obiecywali, że otworzą market w sąsiednim bloku, ale kiedy to będzie? Trzeba zapłacić za wczorajsze lenistwo – lodówka świeciła pustkami.
Gdy wysiadłam, zanim zrobiłam dwa kroki, podmuch wiatru zerwał mi kaptur i cisnął w twarz kosmyk włosów razem z garścią ostrego śniegu. Wiatr zdawał się dmuchać ze wszystkich stron na raz, uparcie próbując trafić mi w oczy.
Naciągnęłam kaptur głębiej na twarz, szłam przygarbiona, trzymając go pod brodą, jak jakaś staruszka. Tuż przed sklepem omal nie ruszyłam biegiem – tak bardzo chciałam już schować się przed wiatrem.
W końcu drzwi zamknęły się za mną, znalazłam się w względnej ciszy sklepu. Odsunęłam kaptur, strzepnęłam włosy, wzięłam koszyk i ruszyłam między półkami. Brałam tylko to, co niezbędne, żeby zmieściło się w jednej reklamówce. Resztę kupię jutro.
Ujrzałam przed sobą młodą kobietę z wózkiem, za który trzymał się może sześcioletni chłopiec, wyglądający jak astronauta w swoim grubym kombinezonie. Kobieta jedną ręką pchała wózek, w drugiej trzymała koszyk. Szli powoli, nie dało się ich wyminąć. Skręciłam w inną alejkę. Wzięłam butelkę mleka i poszłam w stronę piekarni.
I znów przede mną była ta sama kobieta z wózkiem. Chciałam już zawrócić, gdy z wózka wypadła pluszowa zabawka. Podniosłam ją.
„Proszę, pani coś zgubiła!” – zawołałam.
Kobieta zatrzymała się i odwróciła.
„Oto…” – podałam jej zabawkę i nagle rozpoznałam w niej moją dawną koleżankę ze szkoły. – „Świetlana!” – wykrzyknęłam radośnie.
„Soniu!” – rozpromieniła się.
„Idę i myślę, jaka desperatka zabiera dzieci na zakupy w taką pogodę” – zażartowałam.
„Mieszkamy w tym samym bloku. Wpadłam po mleko i kaszę mannę. Chciałam szybko wyjść sama, ale Zosia zaczęła marudzić, a Jasiek sobie nie radzi. No i wyszliśmy wszyscy.”
Na języku miałam pytanie o męża, ale się powstrzymałem.
„Mój pomocnik” – dodała Świetlana z dumą, wskazując na chłopca.
„Ile ma lat?”
„Sześć. We wrześniu idzie do szkoły.”
„Mamo, chcę już iść, chcę dokończyć bajkę” – niezadowolony Jaś spojrzał na nią wymownie.
„Jeszcze chwila” – odparła stanowczo.
Rozmawiałyśmy chwilę, w końcu Świetlana podała mi numer i kazała zadzwonić, ale gdy po dwóch miesiącach przypadkiem się spotkałyśmy, odwróciła wzrok i odeszła, a ja zrozumiałam, że niektóre rany nigdy się nie zabliźniają.
Dodam tylko, że kilka lat później spotkałam Jasia na studiach, a gdy zapytał, czy znałam jego matkę, skinęłam głową i odeszłam w milczeniu.



