**8 marca, poranek**
— Wszystko w porządku? Otwórz, Marysiu! — Paulina znowu zastukała w drzwi łazienki, tym razem mocniej.
Obudziła się wczesnym rankiem, gdy przez firankę przedzierały się pierwsze promienie marcowego słońca. Obok chrapał mąż. Spojrzała na zegar na ścianie i poderwała się, myśląc, że się spóźni do pracy — aż w końcu przypomniała sobie, że dziś święto. No tak, ósmy marca.
Wstała cicho, nie chcąc budzić ani Marysi, ani Piotra. Ale on i tak się obudził, przecierając oczy.
— Która godzina? — ziewnął, ledwo otwierając powieki.
— Ósma trzydzieści.
Piotr gwałtownie usiadł na łóżku.
— Spokojnie, dziś wolne — uśmiechnęła się Paulina.
— To dlaczego ty już wstałaś? — Piotr przyciągnął ją do siebie, wtulając twarz w jej szyję. — Wszystkiego najlepszego, moja droga. Matka mojego dziecka.
— Dziecka? Mamy tylko jedno! — zaśmiała się Paulina, wyrywając z jego objęć. — Idę robić śniadanie, a ty się jeszcze prześpij.
— Najpierw pobiegam. Pogoda świetna. — Piotr zerwał się z łóżka i bosymi stopami powlókł się do łazienki.
Paulina wieczorem przygotowała twaróg na racuchy. Teraz tylko dodała banana, obtoczyła w mące i wrzuciła na patelnię. Wkrótce cała kuchnia wypełniła się słodkawym zapachem.
— Ale pachnie! — W drzwiach stanęła rozczochrana Marysia w koszulce i krótkich spodenkach, mrużąc oczy od światła.
Promień słońca przebił się przez chmury, rozświetlając kuchnię i odbijając się od metalowego czajnika.
Nagle Marysia przycisnęła dłoń do ust i zniknęła za drzwiami. Paulina zamarła, a potem ruszyła za nią.
— Marysiu, otwórz! Co się dzieje? — Paulina zastukała w zamknięte drzwi łazienki. Słychać było szum wody. — Marysiu! — Zaczęła walić pięścią w drzwi.
Serce zabiło jej mocniej. „Może tylko źle się poczuła?” — próbowała się uspokoić. Ale nagle uderzyła ją myśl, od której zrobiło jej się zimno. „Nie, nie Marysia. Maturę ma przed sobą, studia… Boże, dlaczego?!”
Z kuchni dobiegł zapach spalenizny. Paulina wróciła tam, przeklinając pod nosem, i wyszorowała przypalone racuchy. „Bez paniki” — powtarzała sobie.
Gdy zadzwonił domofon, pomyślała, że to Piotr wrócił z biegania. Otworzyła drzwi — a tam stał młody chłopak z bukietem kolorowych tulipanów.
— Dzień dobry, pani Paulino. Dla pani. — Podał jej kwiaty z nieśmiałym uśmiechem.
— Dziękuję… — Paulina wzięła bukiet, oszołomiona. — Wchodź, Marysia jest w łazience.
Chłopak wszedł, ale nie zdjął kurtki, nerwowo przerzucając się z nogi na nogę. Paulina spojrzała na niego uważniej — i zrozumiała.
— To ty? — syknęła. — Wiesz, że mogę cię wsadzić za uwiedzenie małoletniej?
Chłopak gwałtownie przełknął ślinę.
— Przyszedłem porozmawiać. Kocham Marysię i nie ucieknę od odpowiedzialności…
W tej chwili z łazienki wyszła blada Marysia. Spojrzała na matkę, potem na chłopaka.
— Ty? — spytała dokładnie tak samo jak Paulina.
— Kto mi wytłumaczy, o co chodzi? Czemu rano wymiotuje? To przez ciebie? — Paulina podniosła głos, wbijając w niego wzrok.
— Mamo, nic się nie dzieje! — Marysia podniosła ręce w geście obrony i uciekła do pokoju.
— Marysiu, wracaj! — krzyknęła Paulina.
W tej chwili drzwi się otworzyły i wszedł Piotr.
— O, adorator? — wskazał na tulipany. — Mam nadzieję, że krzyczałaś z radości, bo słychać było na klatce.
— Z radości? — Paulina ledwo złapała oddech. — On… — nie mogła wydusić z siebie słów.
— Kocham waszą córkę i chcę się z nią ożenić — wydukał chłopak, czerwony jak burak.
— Ciekawe. A ja już zacząłem zazdrościć żonie — zażartował Piotr. — Marysia jeszcze w liceum, ty pewnie też. Rozumiem, że mamy poważną rozmowę. Jak się nazywasz?
— Kamil, Kamil Nowak. Przyszedłem, żeby…
— Rozbieraj się i wchodź. Pola, wstaw kwiaty. Szybki prysznic i do was dołączę — rzucił Piotr, znikając w łazience.
Obecność męża uspokoiła Paulinę. Wstawiła tulipany do wazonu, spojrzała, jak barwne płatki ożywiają kuchnię, i wróciła do racuchów.
Słońce schowało się za chmurami, jakby bało się jej gniewu. Wkrótce na talerzu urosła góra racuchów. Piotr wrócił, pachnący żelem pod prysznic.
— Marysiu, zaproś gościa do stołu! — zawołał. — Więc o co chodzi? — Spojrzał na żonę uważnie.
Paulina nie zdążyła odpowiedzieć — do kuchni wszedł Kamil. W świetle dnia wyglądał na bardzo młodego i przestraszonego. Marysia weszła za nim, już przebrana, z uczesanymi włosami.
„Może mi się wydawało?” — pomyślała Paulina z nadzieją, sięgając po cukiernicę.
— Pola, uspokój się. — Piotr nałożył Kamilowi dwa racuchy. — A ty czemu nie siadasz? — zwrócił się do Marysi.
— Nie chce mi się jeść — odparła.
Paulina spojrzała na nią z niepokojem. „Boje się, że znowu zwymiotuje?”
— Też nie jesteś głodna? — Piotr skinął głową w stronę żony. Wyszła bez słowa.
Znalazł ją w pokoju, siedzącą na kanapie.
— Co się stało? — zapytał.
— Stało się… — zaczęła, ale w drzwiach stanęli Marysia z Kamilem.
— Czas wyjaśnić, o co chodzi — rzekł Piotr. — Czemu tak wystraszyłeś moją żonę?
— Ja… — Kamil przełknął ślinę. — Kocham Marysię i biorę odpowiedzialność za to, co się stało. Chcę się z nią ożenić.
— Jest powód do takiego pośpiechu? — spytał Piotr poważnie.
— Jest — odezwała się Paulina. — Nasza córka jest w ciąży.
— Mamo! — Marysia zakryła twarz dłońmi.
— To prawda?— To prawda — szepnęła Marysia, a w jej głosie zabrzmiała ulga, jakby wreszcie spadł z niej ciężar, który przytłaczał ją od tygodni.



